MAREK KĘSKRAWIEC, MICHAŁ KUŹMIŃSKI: Sąd apelacyjny zmienił wyrok pierwszej instancji i uniewinnił Roberta J. od zarzutu tortur i okrutnego morderstwa krakowskiej studentki w 1998 r. Z poćwiartowanego ciała Katarzyny Z. sprawca ściągnął skórę, którą znaleziono potem wkręconą w silnik statku na Wiśle. Obserwowałaś tę głośną sprawę od lat, napisałaś o niej książkę. Jesteś zdziwiona, że sąd oczyścił z winy oskarżonego, zamiast skierować sprawę do powtórnego rozpatrzenia?
Monika Góra: Jestem pozytywnie zaskoczona tym wyrokiem i postawą sądu, który zechciał spokojnie i wnikliwie przyjrzeć się materiałowi zebranemu przez prokuraturę. Gdy obserwowałam sposób, w jaki byli przesłuchiwani świadkowie incognito, którzy na szczęście w końcu stali się jawni, odniosłam wrażenie, iż sąd zadaje istotne pytania, chcąc się czegoś dowiedzieć i nie przyjmując z góry żadnej tezy. Na koniec zaś uznał, że z tej sprawy nie da się już nic „wycisnąć”, a Roberta J. trzeba uniewinnić z braku przekonujących dowodów winy.
Byłaś w sądzie podczas zeznań dwóch świadków incognito, sąsiadek Roberta J. Słyszeliśmy, że to było ostre, dociskające przesłuchanie, jakby pod tezę, wedle której kobiety nie mają prawa pamiętać pewnych szczegółów i tym samym przekonująco wykazać, że widziały ofiarę w towarzystwie sprawcy, wchodzącą do jego mieszkania.
Nie zgadzam się z tą opinią. Moim zdaniem ich przesłuchanie było rzetelne i obiektywne. Sąd po prostu wnikliwie wypytywał o szczegóły i próbował wyjaśnić nieścisłości. Trudno uwierzyć na przykład w to, że siedmioletnia dziewczynka zapamiętała, jak wyglądały buty, wyraz twarzy i kolor oczu kobiety, którą przez moment widziała na schodach – 20 lat wcześniej.
Przede wszystkim sąd uznał, iż z powodu zbyt dużej anonimizacji zeznań świadków incognito – z niektórych protokołów prokurator wykreślił niemal całą treść, zostawiając tylko jedno, dwa zdania – naruszone zostało prawo do obrony Roberta J. Dlatego postanowił przesłuchać dwóch najważniejszych świadków jawnie. Obie kobiety najpierw się na to zgodziły, ale już na sali się rozmyśliły. Ostatecznie dziennikarze mogli zostać na rozprawie, ale nie mogli jej nagrywać.
To była ogromna zmiana względem pierwszego procesu, gdzie nawet ustne motywy wyroku ogłoszono w sposób niejawny.
To prawda. Drugi skład był bardziej dociekliwy, sędzia powtarzał nie raz, że być może na podstawie zeznań świadków incognito Robert J. spędzi w więzieniu resztę życia. Próbował więc ustalić jak najwięcej szczegółów tego, co kobiety widziały, oraz porównać zeznania z sali sądowej z wcześniejszymi – w prawie każdej ważnej kwestii pojawiały się nieścisłości. Na przykład młodsza z kobiet, która w chwili zbrodni miała 7 lat, twierdziła, że gdy ujrzała zdjęcie Katarzyny w telewizji, od razu skojarzyła, że widziała tę dziewczynę idącą z Robertem do jego mieszkania. Tyle że raz zeznawała, iż fotografię tę zobaczyła zaraz po wyłowieniu skóry z Wisły, czyli w 1999 r., a innym razem, że dopiero po zatrzymaniu Roberta w 2017 r. To prawie 20 lat różnicy. Wydaje się, że powinna lepiej pamiętać, czy tak ważne skojarzenie urodziło się w jej głowie, jak miała 8 lat, czy 26.
Czy to prawda, że jej matka, drugi ze świadków incognito, odwołała swoje zeznania?
Tak, ostatecznie powiedziała, że nie jest przekonana, iż dziewczyną, która szła wtedy z Robertem do jego mieszkania, była Katarzyna. Zeznała, że widziała go z jakąś dziewczyną i właściwie to jest pewna tylko tego, że to nie był chłopak.
Dociskana pytaniami przez sąd i obrońcę, irytowała się i narzekała, że ma już dość tego przychodzenia do sądu. Myślę, że sąd nie tylko był dociekliwy, ale i wyjątkowo cierpliwy, gdy starsza z kobiet rzucała obelgami pod adresem obrońcy Roberta J.
Dlaczego Twoim zdaniem sąd nie przesłuchał biegłych, których tak licznie powołano do tej sprawy, korzystając też z zagranicznych ekspertów, m.in. z FBI?
Myślę, że już nie widział takiej potrzeby, miał te opinie w aktach – one zresztą są w całości tajne, bo taki też był proces w pierwszej instancji – po czym ocenił je i uznał, że nie uzasadniają skazania, bo nie przesądzają o winie Roberta. Dotyczyło to również koronnych argumentów prokuratury, jak choćby badania wariografem, które z przyczyn formalnych nie zostało wzięte pod uwagę. Podejrzanemu nie ogłoszono wcześniej zarzutów, nie pouczono go również we właściwy sposób przed samym badaniem. Zresztą wynik z wariografu może być co najwyżej dowodem wspomagającym.
Nawiasem mówiąc, moim zdaniem to badanie nie przyniosło żadnych rewelacji, bo trudno za takie uznać np. fakt, że Robert J. zareagował na pytanie o opracowanie pod tytułem „10 powodów, dla których bohaterowie Star Treka są lepsi od bohaterów Star Wars”, a taką właśnie pracę miała Katarzyna w swoim plecaku.
To może o czymś świadczyć, ale nie musi. Czy masz wrażenie, że w tym całym śledztwie, prowadzonym od pewnego momentu przez słynne Archiwum X – jednostkę specjalną policji, stosującą nowoczesne metody śledcze do starych, nierozwiązanych spraw – komuś zbyt mocno zależało, aby rozwiązać zagadkę „Skóry”? Nie zauważano elementów nie pasujących do układanki?
Ogromne ciśnienie na rozwikłanie tej sprawy miał Bogdan Michalec, ówczesny szef Archiwum X. W wywiadach powtarzał, że już od 2000 r., czyli od momentu, kiedy Robert J. po raz pierwszy został zatrzymany i przesłuchany, a jego mieszkanie przeszukane, miał przekonanie, iż to on był sprawcą. Raz, podczas wizyty Roberta J. na komendzie, Michalec puścił mu reportaż o zabójstwie, w którym wypowiadała się matka ofiary. Na ekranie widać było tylko jej dłonie. W reakcji na słowa matki podejrzany ukląkł przed monitorem i zaczął te ręce całować. Michalec uznał to za emanację śladu, jaki dokonanie zbrodni wyryło na jego duszy. Tak samo podszedł do faktu, że Robert J. odwiedzał grób Katarzyny. A przecież on mógł być po prostu przejęty historią, w którą chciano go uwikłać. Pamiętajmy też, że to człowiek od lat chorujący na schizofrenię i trzy razy z tego powodu hospitalizowany. Nie jest łatwo interpretować zachowania takiej osoby.
Bogdan Michalec budzi różne emocje. Nie lubi rutyny, lubi się za to popisywać, cytować Senekę. Niektórzy uważają, że uciekając od sztampy za mocno się „zafiksował” na swoich nieco ezoterycznych teoriach, opartych na intuicji i przeczuciach. Nie jesteś do niego z tego powodu uprzedzona?
Nie jestem. Napisałam książkę o zabójstwie Iwony Cygan i wydaje mi się, że wytypował w tej niezwykle trudnej sprawie właściwych sprawców – uznawałam go dotychczas za świetnego policjanta. Jednak w kwestii Roberta J. moim zdaniem się pomylił. Mieliśmy tu tandem dwóch wzajemnie nakręcających się osób: Michalca i prokuratora Piotra Krupińskiego. Obydwaj trochę „popłynęli” w swoich wyobrażeniach na temat sprawy „Skóry”. Za dużo było tu klimatu rodem z thrillerów o seryjnych zabójcach, w stylu Hannibala Lectera.
Z drugiej strony Robert J. mógł budzić podejrzenia. Istnieją relacje kobiet, które czuły się przez niego nękane. To jednak jeszcze nie dowód, że Katarzynę zamordował, poćwiartował i oskórował. Nie ma nawet potwierdzenia, że w ogóle się znali.
Poprzedni skład sędziowski przyjął jednak linię prokuratury, o czym świadczy choćby fakt, że pierwszy wyrok – skazujący Roberta J. na dożywocie – w swym uzasadnieniu powiela wprost obszerne fragmenty aktu oskarżenia. Tymczasem w apelacji upadł nawet koronny dowód prokuratury: analiza morfologiczna włosów znalezionych w stelażu wanny w mieszkaniu Roberta J. i jego matki.
W sumie znaleziono 39 włosów, a dwa miały rzekomo należeć do Katarzyny – tak stwierdziła biegła w badaniu morfologicznym, podczas którego układa się włosy pod mikroskopem i analizuje podobieństwo ich cech, takich jak kolor czy grubość. Tu biegła porównywała włosy pochodzące z odpływu wanny z włosami pobranymi z ciała zabitej. Tyle że na podstawie takiego badania nie można powiedzieć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że włosy pochodzą od danej osoby, a tylko że są do nich podobne. Aby stwierdzić, że są identyczne lub prawie identyczne, trzeba badań DNA, a tych nie wykonano, bo włosy były mocno zniszczone. Ujawniona poszlaka byłaby więc wartościowa, gdyby istniały inne przekonujące dowody winy, ale takich prokurator nie przedstawił.
Na udział Roberta w zbrodni wskazywać miały też drobiny pióra bażanta…
Tak, matka Roberta J. miała w mieszkaniu pióra tego ptaka, które kupiła sobie na targu. Drobiny z piór jakiegoś bażanta znaleziono też na szczątkach ofiary, ale skąd wiadomo, że to były drobiny właśnie z pióra znalezionego wśród biżuterii matki Roberta? Mówimy przecież o szczątkach, które pływały w Wiśle, zostały wkręcone w silnik statku – wtedy mogły się na nie nanieść pozostałości ptaka. W tej sprawie naprawdę trudno znaleźć coś, co można by jednoznacznie zinterpretować.
W Twojej książce podajesz wiele przykładów przeinaczeń i błędów, obiegowych lub medialnych opinii, które później miały stawać się faktami i uzasadniać winę Roberta J. Czy mamy tu do czynienia z kompromitacją ludzi dotychczas uważanych za profesjonalistów, którzy na siłę chcieli odtrąbić sukces, bo naciskali ich przełożeni? A może to był spisek?
Nie sądzę. To Krupiński i Michalec w tym śledztwie zlecali czynności i ekspertyzy, a potem wszystko interpretowali. Akta są niejawne, więc nie wiem, czy np. fakty oraz poszlaki nie pasujące do założeń ignorowano. Natomiast na podstawie własnego śledztwa dziennikarskiego i obserwacji rozpraw odwoławczych muszę przyznać, że byłam zszokowana skalą naginania faktów, podciągania ich pod tezę, dziur logicznych.
W sprawie zabójstwa Katarzyny nie wiemy nawet tego, gdzie dokonano zbrodni.
Zdaniem prokuratury, w mieszkaniu J., choć badano też wątek działki znajomego ojca Roberta leżącej pod Krakowem, ale mimo dwukrotnego przekopania i użycia georadaru nic tam nie znaleziono. Ponadto Robert J. nie miał auta, więc musiałby mu ktoś pomóc. Co jednak ciekawe, prokurator cały czas prowadzi osobne śledztwo w sprawie ewentualnego pomocnictwa ze strony rodziców J. Podejrzewa o nie matkę, a także ojca Roberta, który mieszkał w innym mieszkaniu, ale prokuratorowi wydało się dziwne, że nie potrafił powiedzieć, co jego dorosły syn robił, gdy zaginęła Katarzyna – prawie 20 lat wcześniej.
Czy w pracy nad książką był jakiś przełomowy moment?
Podeszłam do sprawy bez nastawienia na jakąś tezę, z otwartym umysłem, a jednak historia przedstawiana przez prokuraturę szybko zaczęła się rozłazić. Dużo dały mi rozmowy z psychiatrą oskarżonego, Jackiem Matkowskim, który leczył go przez prawie 30 lat i prowadził jego terapię. Znał Roberta J. bardzo dobrze, a jednak nie pasował mu on zupełnie do portretu tak okrutnego mordercy. Wtedy zapaliła mi się pierwsza czerwona lampka. Później dotarłam do opinii psychologicznej, w której była opisana cała ta historia, i tam zetknęłam się z pierwszą osobą, która doniosła na Roberta J.
Postać nieżyjącego już Leszka L. pchnęła Twoje własne śledztwo w innym kierunku.
A z każdą następną osobą, która o nim opowiadała, upewniałam się, że on dużo bardziej pasował do portretu sprawcy. Leszek L. był kolegą Roberta od czasów zawodówki, a zarazem bardzo barwną postacią. W swoim mieszkaniu trzymał gady – krokodyle, jadowite węże, był nawet biegłym sądowym w kwestii egzotycznych zwierząt. Zdarzało mu się je preparować, wieszać w mieszkaniu ich skóry. Potrafił posługiwać się nożem i skalpelem, a nawet przeprowadzał sekcje zwłok zwierząt na stole w swojej kuchni. Znał się z wieloma policjantami, spotykał ich na imprezach, spędzali wspólnie sylwestra. Miał też na pewno znajomych prokuratorów, a jego teściowa pracowała w Sądzie Okręgowym w Krakowie. W pewnym momencie pokłócił się z Robertem J. o pieniądze.
Może być tak, że z jakiegoś powodu go chroniono?
Nie mam na to żadnego dowodu, ale zdziwiło mnie, że jego wątku nie sprawdzono zbyt dokładnie. Tymczasem ja dotarłam do wiarygodnych świadków, którzy mówią, że nałogowo pił alkohol, zdarzało mu się też brutalnie traktować kobiety i zmuszać je do ostrych form seksu. To on zadzwonił na policję i powiedział, że Robert J. lubi spacerować nad Wisłą, nienawidzi kobiet i dręczy zwierzęta, co jego zdaniem mogło świadczyć, że jest mordercą Katarzyny.
Weszło to później do kanonu przekonań na temat oskarżonego.
Tak. Robert J. jako młody człowiek odbywał zastępczą służbę wojskową w szpitalu. Czasem przebywał też w prosektorium, z czego wywnioskowano, że mógł tam nabyć umiejętności w oddzielaniu skóry od ciała, chociaż nie ma żadnego dowodu, iż brał udział w sekcjach – on sam twierdzi, że nikt by go do nich nie dopuścił. Potem w przestrzeni medialnej pojawiło się twierdzenie, że w Instytucie Zoologii UJ, gdzie pracował, wykazywał się okrucieństwem, a pewnego dnia uśpił wszystkie króliki. Te opowieści też okazały się nieprawdziwe, choć rzeczywiście czasem zdarzało mu się zabijać zwierzęta w niehumanitarny sposób. Śladów umiejętności preparowania zwłok jednak nie znalazłam, a to jest w tej sprawie kluczowe.
Czy dowiemy się kiedykolwiek, kto jest sprawcą tej zbrodni?
Nie sądzę, by takiego zabójstwa dokonano zupełnie bez świadków, żeby nikt nic nie wiedział. Być może ta sprawa została w pewnym momencie zatuszowana lub skierowana na ślepy tor, ale nie mam na to dowodów. W każdym razie musieliby się pojawić nowi świadkowie, co po tylu latach jest mało prawdopodobne. Istnieje też hipoteza, że Katarzyna przed śmiercią uległa upadkowi z dużej wysokości lub zderzeniu z autem, o czym mogłyby świadczyć specyficzne rozstępy na nodze. Dopiero potem ktoś jej ciało znalazł i oskórował. Tak wynika z niektórych badań.
Ta teza upadła, ale sprawa jest tak tajemnicza, że nawet najbardziej niezwykły scenariusz przestaje być taki.
Nawet jeśli w śledztwie konieczne jest oderwanie się od sztampy i oparcie na intuicji oraz przeczuciach, to na koniec trzeba wszystko przełożyć na dowody. Sąd nie może skazać kogoś na dożywocie, bo przekona go teoria „śladów na duszy” albo uwierzy, że jasnowidz Jackowski coś zobaczył w swej wizji, bo i z jego usług korzystano.
À propos spraw duchowych, je także wykorzystano przeciwko Robertowi J.
Sąsiadka oskarżonego zeznała, że w pewnym momencie zaczął często chodzić do kościoła, gdzie leżał krzyżem, głośno słuchał z matką mszy w mieszkaniu. Prokurator przedstawił to tak, że oskarżony nawrócił się po zabójstwie, choć ona wcale nie wskazała, że to było właśnie wtedy, a koledzy mówią o jego religijności już w latach 80. Cała ta sprawa pełna jest stronniczych interpretacji, czasem nawet plotek, jak ta, że przebierał się w damskie ubrania albo był homoseksualistą nienawidzącym kobiet. Budowano atmosferę grozy wokół niego, a jak coś przeczyło przyjętej wersji, to ten fakt pomijano.
Sprawie nie pomógł sposób życia ofiary.
Katarzyna była tajemniczą osobą. W ostatnim okresie przed zaginięciem wychodziła rano z domu i nikt nie wiedział, dokąd idzie. Nawet jej matka nie miała pojęcia, że przerwała studia. Słyszałam, że mogła pracować w sklepie zoologicznym u Leszka L., ale nie mam jak tego potwierdzić.
Jakie zrobił na Tobie wrażenie sam Robert J.?
Gdy go zobaczyłam na sali rozpraw, odruchowo skinęłam głową i powiedziałam „dzień dobry”. Popatrzył na mnie takim wzrokiem, że po prostu mnie zmroziło. I wtedy zrozumiałam, dlaczego ludzie się go bali i dlaczego tak łatwo wzbudzał negatywne emocje. Myślę, że jest zagubionym, chorym i samotnym człowiekiem, bardzo skrzywdzonym przez to państwo. A wiele jego zachowań, które śledczy interpretowali jako dowody dokonania w przeszłości zbrodni, tak naprawdę wynikało z choroby psychicznej, za którą zapłacił siedmioma latami w areszcie.

MONIKA GÓRA, reporterka i scenarzystka, przez kilkanaście lat związana z TVN. Autorka m.in. książek non fiction: „Miasteczko zbrodni. Dlaczego zginęła Iwona Cygan”, „Człowiek, który wiedział za dużo. Dlaczego zginęli Jaroszewiczowie” oraz „Kryptonim »Skóra«”.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















