Pierwsza edycja „Tchórzy” Josefa Škvoreckiego (1924-2012), która w 1972 r. ukazała się w katowickim Wydawnictwie „Śląsk”, w pamiętnej serii Biblioteka Pisarzy Czeskich i Słowackich, zaopatrzona została w asekuracyjny wstęp Witolda Nawrockiego, starający się otulić książkę miękkim kocykiem postępowego marksizmu-leninizmu.
Nie bez powodu – z „Tchórzami” nawet w Polsce epoki gierkowskiej odwilży należało się obchodzić jak z jajkiem. Publikacja w poststalinowskiej Czechosłowacji w roku 1958 wywołała bowiem coś na kształt trzęsienia ziemi: zarówno wśród czytelników, jak i w gronie aparatczyków z pionu kultury. Historia prasowej i partyjnej nagonki na autora jest równie ciekawa jak pozycja, o której mowa. Zacznijmy jednak od samej książki.
Škvorecký był pierwszy
„Tchórzami” 34-letni wówczas autor debiutował, choć napisał tę powieść niemal dekadę wcześniej, niedługo po tym, jak komuniści dokonali ostatecznego przejęcia władzy w Czechosłowacji (jeśli chcielibyście poczuć atmosferę tamtego zamachu stanu, przeczytajcie opowiadanie „Świadkowie lutowej nocy” Škvoreckiego – znajdziecie je w przekładzie Andrzeja S. Jagodzińskiego w tomie „Gorzki świat”).
Mamy zatem do czynienia z dziełem dwudziestoparolatka, w co uwierzyć jest zarazem łatwo i trudno. Łatwo, bo „Tchórze” są bardzo młodzieńczą książką. W tonacji, dzięki amerykańskim fascynacjom autora i temu, że znał dobrze angielski już jako nastolatek, przypominającą nieco „Buszującego w zbożu” J.D. Salingera (choć to naturalnie Škvorecký był pierwszy — i chyba bardziej utalentowany). A trudno, bo nawet dziś świetnie się tę książkę czyta, doceniając jej gorzką ironię, staranną kompozycję i pyszne hemingwayowskie dialogi. To nie żadna zakurzona ramota, ale rzecz świeża i uniwersalna.
Akcja obejmuje osiem majowych dni 1945 r. w rodzinnym mieście pisarza, Náchodzie (powieściowym Kostelcu). Dziś można się wybrać do Náchodu spacerem z terytorium Polski, ale wówczas miejscowość ta leżała praktycznie na granicy z Niemcami. W książce ma to konkretne reperkusje – Kostelec jest zalewany chaotycznymi falami uchodźców z terytorium Rzeszy, głównie jeńców zwalnianych bądź uciekających z różnego rodzaju obozów.
W mieście wciąż stacjonuje niemiecki kontyngent, bo wojna wprawdzie się kończy, ale nikt nie wydał formalnego rozkazu odwrotu. Kosteleccy mieszczanie, przez całą okupację potulnie znoszący nazistowskie porządki, organizują naprędce ruch oporu, jednak nie bardzo wiadomo, jakiemu wrogowi miałby się on przeciwstawić: we wspólnym interesie większości jeńców i niemieckich żołnierzy jest przedostać się do amerykańskiej strefy okupacyjnej, zanim zjawią się Sowieci. Może chodzi o to, by uzbroić się właśnie na przyjście Sowietów?
A może po prostu o to, żeby pod pretekstem mobilizacji obywatele zdali poukrywaną broń i pozbyli się głupich pomysłów na bohaterskie czyny? W każdym razie władze miasta idą na układ z Niemcami: ci wycofają się bez jednego strzału, a w zamian będą mogli oddać się w ręce Amerykanów. Problem w tym, że z Rzeszy uciekają także oddziały Waffen SS, a te nie zamierzają przestrzegać żadnych paktów: walczą na śmierć i życie z depczącą im po piętach Armią Czerwoną. W Kostelcu poleje się krew.
Škvorecký i czeszczyzna
Dałoby się z tego materiału ułożyć pompatyczną prozę wojenną. Albo agitkę o komunistach przynoszących wyzwolenie i nowy ład. Ale to nie jest przypadek „Tchórzy”. Narracja historyczna to tylko jedna, drugoplanowa zresztą, warstwa tej powieści. To, co najważniejsze, dotyczy narratora, 20-letniego Danny’ego Smiřickiego (alter ego samego pisarza) i jego rówieśników, przypatrujących się światu dorosłych z niesmakiem połączonym z ogólnym désintéressement.
Grupie znajomych z Kostelca (staną się, w różnym i zmiennym składzie osobowym, bohaterami wielu kolejnych utworów Škvoreckiego) przyświeca w tych burzliwych czasach jeden cel – żyć mimo wszystko. Innymi słowy: szwendać się z dziewczynami, popijać i grać w jazzowej kapeli, choć na ich oczach wali się stary świat, który pokolenie rodziców stara się utrzymać w jednym kawałku w kolejnych aktach rozpaczliwego konformizmu i uległości. Bohaterstwo zdarza się tu raczej mimochodem, zderzone natychmiast z okrucieństwem bezsensownej śmierci.
Okupacyjna przeszłość była traumatyczna i męcząca, perspektywy są mgliste, horyzont przyszłości tak bliski, że można go dosłownie dotknąć. Ale w „Tchórzach” nie ma mowy ani o dekadencji, ani o młodzieńczym buncie – jest skrajna niepewność przykrywana dezynwolturą i eskapizmem. Przejawia się to także w języku, co można docenić przede wszystkim w oryginale: Škvorecký wykorzystał specyficzny podział czeszczyzny na literacką (tzw. spisovná čeština) i potoczną (tzw. obecná čeština), który jest znacznie ostrzej zarysowany niż w języku polskim – potoczna, uliczna czeszczyzna pozostaje w zasadzie, nawet współcześnie, odrębnym dialektem.
W „Tchórzach” pierwszoosobowa narracja prowadzona jest zgodnie z literacką normą, ale dialogi młodych bohaterów suną bez oporów argotem ulicy (w redakcji i tak podobno wypadła większość wulgaryzmów). Zarówno w momencie, gdy Škvorecký to pisał, jak i w chwili, gdy książkę opublikowano, był to gest obrazoburczy i kontrkulturowy. Trudno oddać tę ekspresję w polszczyźnie, która przy próbie takiej stylizacji od razu popadłaby w slangowość, a nie o to tutaj szło.
Metoda twórcza Škvoreckiego
Wielka literatura powstaje niekiedy z pobudek nostalgicznych albo, by tak rzec, kompensacyjnych. W wypadku „Tchórzy” aktualne są oba te wyjaśnienia. Metoda twórcza Škvoreckiego w całym, rozległym cyklu o Dannym Smiřickým (w skład którego wchodzą takie teksty jak „Koniec epoki nylonu”, „Batalion czołgów”, „Cud”, „Fajny sezon”, „Przypadki inżyniera ludzkich dusz” czy „Zwyczajne żywoty” – wszystkie wspaniałe) polega na ostrożnym fabularyzowaniu przeszłości.
Innymi słowy, jest duża szansa, że w prozie Škvoreckiego natkniemy się na ledwie podmalowane portrety jego przyjaciół, sąsiadów, kolegów z pracy czy nauczycieli; te portrety mogą być poddane rozmaitym zabiegom pisarskim (alternatywne, choć równoległe losy postaci i pierwowzoru, jeden bohater będący syntezą paru istniejących osób), ale zarazem pozostają autentyczne.
Osobne miejsce w tej układance zajmuje sam narrator, Danny Smiřický. Tu otwiera się pole dla wspomnianej kompensacji – bo Danny, niby alter ego, jest jednak zazwyczaj odrobinę lepszy we wszystkim, za co się weźmie. Zasada ostrożnego fabularyzowania sprawdza się i tu, niemniej ma zawsze określony kierunek – od rzeczywistości ku marzeniu. Młody Škvorecký uwielbiał jazz i śnił o byciu knajpianym saksofonistą, okazało się jednak, że brak mu zarówno zdrowia (całe dzieciństwo chorował na płuca), jak i talentu, Danny z kolei gra z powodzeniem w dixielandowym zespole.
Škvorecký w szczenięcych latach uważał się za nieudacznika, walczył z nieśmiałością i kompleksem niższości, zakochując się po sztubacku w dziewczętach, których nie mógł w żaden sposób zdobyć (przejdzie mu dopiero po trzydziestce). Danny też jest nieszczęśliwie zakochany, ale rozgrywa to ze zblazowanym wdziękiem bohatera filmu noir. Jest też ciut odważniejszy. I po prostu przydarza mu się więcej przygód – ostatecznie to bohater powieści.
Wydanie „Tchórzy”
Tak czy owak, w wypadku „Tchórzy” nie ma żadnej tajemnicy ani żadnego wielkiego projektu artystycznego. Jest desperacka – i niemożliwa do zaspokojenia – chęć powrotu. W maju 1945 r. można było jeszcze mieć nadzieję, że uda się wyjść z wojennego mroku w jednym kawałku. Jesienią 1948 roku było już wiadomo, że to niemożliwe: narastał stalinowski terror, wielu znajomych przyszłego pisarza trafiało do więzień, jako syn zamożnego urzędnika bankowego (który zresztą po lutowym puczu także trafił na krótko do aresztu) on sam nie mógł w żadnym razie liczyć na świetlaną ścieżkę kariery w państwie robotników i chłopów, w perspektywie miał przed sobą dekady dorywczych fuch, emigracji wewnętrznej i pisania do szuflady.
Niedługo po ukończeniu „Tchórzy” ten scenariusz zaczął się zresztą urzeczywistniać: najpierw, po ukończeniu studiów anglistycznych, Škvorecký musiał z przydziału podjąć uciążliwą pracę nauczycielską w prowincjonalnych szkołach na północy Czech. Następnie upomniała się o niego (i opiekowała się nim przez kolejne dwa lata) Armia Czechosłowacka. A potem – na szczęście – umarł Stalin.
Pomyślmy jeszcze przez chwilę o przewrotnym tytule powieści Škvoreckiego: owi „tchórze” są być może po prostu ludźmi, którzy praktykują szlachetną sztukę przetrwania. To, czy udaje się przetrwać z pomocą bohaterskich czynów, czy też dzięki umiejętnej sztuce mimikry, jest już sprawą drugorzędną. A najlepiej po prostu grać jazz (traktuje o tym choćby fenomenalna nowela Škvoreckiego „Saksofon basowy” – do przeczytania w przekładzie Jana Stachowskiego w tomie „Zwyczajne żywoty”).
W roku 1958 sytuacja była już nieco inna. Reżim komunistyczny trochę zmiękł po słynnym wystąpieniu Chruszczowa. Škvorecký, świeżo upieczony małżonek, pracował w Pradze w dużym państwowym wydawnictwie, tłumaczył z angielskiego, utrzymywał też kontakty z literackim undergroundem, któremu udało się przetrwać stalinowską nawałę (bywał choćby na spotkaniach u słynnego awangardowego poety, tłumacza i grafika Jiřiego Kolářa, gdzie swoje niepublikowane utwory czytał również pewien pracownik skupu makulatury, nazwiskiem Hrabal).
„Tchórzy” wyjął z szuflady, gdy okazało się, że cenzura nie puszcza mikropowieści „Koniec epoki nylonu” (cenzorka była ponoć oburzona prostackim słownictwem). Redaktorzy wydawnictwa Československý spisovatel postanowili więc zaryzykować. I „Tchórze” – ku zdziwieniu autora oraz wydawcy – przedostali się przez to sito. W ramach prewencji łagodzącej przyszły szok Škvorecký jeszcze przed premierą udzielił prasie wywiadu, w której utrzymywał, że jego powieść to satyra na burżujów. Doniesiono mu, że towarzysze z KC przeczytali i też tak uważają. Mimo to był pewien obaw. „Już się zaczynam cieszyć na ten moment, kiedy na mnie ruszą. To będzie bardzo interesująca parada hipokrytów i kretynów” – pisał w liście do żony. Miał rację.
Atak na Škvoreckiego
Okazało się bowiem, że towarzysze z KC nie zapoznali się jednak z „Tchórzami”. Wierchuszka Partii dowiedziała się o istnieniu obywatela Škvoreckiego i jego książki dopiero, gdy ta pod koniec listopada trafiła do księgarń i sypnęło pierwszymi recenzjami – przeważnie pozytywnymi. W aparacie wybuchła panika, jakby do krwiobiegu państwa dostała się jakaś straszliwa toksyna. Mobilizacja objęła wszystkie poziomy zarządzania kulturą: od skromnych redakcji czasopism, przez ponure nasiadówki egzekutywy w Związku Pisarzy Czechosłowackich, po narady w samym KC.
W tym zalewie lojalistycznych deklaracji trudno było odróżnić głosy autentycznie wzburzone bezczelną „amerykańszczyzną” Škvoreckiego od tych, które odzywały się tylko taktycznie, aby dołączyć unisono do chóru i zabezpieczyć swoją pozycję. Niejaka Majerová na spotkaniu w Związku Pisarzy oświadczyła: „Czytałam tę książkę i po przeczytaniu czułam się tak strasznie, że musiałam natychmiast umyć ręce. Towarzysze, to było naprawdę obrzydliwe!”. Zasłużony socrealista Karel Nový wydał z kolei taką oto opinię: „Utalentowany autor przywodzi mi na myśl kociątko – doświadczone i przebiegłe, ale zarazem niebezpiecznie sparszywiałe. Jeśli ma ono pozostać przy życiu, postarajcie się zrobić to, co redakcja wydawnictwa Československý spisovatel pozwoliła sobie zaniedbać: natychmiast zabierzcie kociątko do weterynarza”.
Strzelano też z grubszej amunicji – pisano we wstępniakach na jedynkach dzienników o tym, że powieść Škvoreckiego, niestety, nie wybrała na bohaterów „tych bezimiennych mieszkańców, którzy u progu wolności (...) z otwartymi ramionami witali Armię Czerwoną”, Danny zaś „chce osądzać, lecz sam zostanie osądzony. Będą go sądzić przede wszystkim bojownicy za wolność, ludzie, którzy w podziemiu organizowali ruch oporu (...), a także młodzież – ta powieść wymierza jej siarczysty policzek”. Škvorecký dowiedział się, że jest „erotycznym ekshibicjonistą”, „cynicznym fotografem”, „snobem”, „wykształciuchem”.
Nawet autorzy wcześniejszych pozytywnych recenzji „Tchórzy” zaczęli publikować aneksy, w których tłumaczyli, dlaczego za pierwszym razem pomylili się w ocenie. Także prezydent Antonín Novotný nie omieszkał w przemówieniu wspomnieć o konieczności walki z drobnomieszczańskim indywidualizmem i amoralnością w literaturze. Reakcja Škvoreckiego była prawidłowa: wysłał swoje pozostałe rękopisy do znajomych na prowincję z poleceniem ukrycia ich w dobrych miejscach.
Sprawa „Tchórzy”
A potem zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Sprawa „Tchórzy” posłużyła do przeprowadzenia potężnej czystki w instytucjach kultury – ze stanowisk zrzucono odwilżowych postępowców, a zatrudniono na powrót stalinistów. Na tym jednak energia tej systemowej reakcji jakby się wyczerpała. Sam Škvorecký nawet nie stracił pracy – na jakiś czas został po prostu przesunięty w ramach firmy do innej, mniej prominentnej redakcji. No i, oczywiście, przez parę lat nie mógł publikować pod własnym nazwiskiem. Ale w 1959 r. w każdym razie nie stawiali już pod mur.
Nakład jego powieści rozszedł się natomiast błyskawicznie – ostatecznie w dziedzinie reklamy nic lepszego niż prasowa nagonka nie mogło się „Tchórzom” przytrafić. Socrealizm był skompromitowanym trupem. „W ten sposób narodził się enfant terrible współczesnej powieści czeskiej, Danny Smiřický, a także success scandal współczesnej czeskiej literatury, który – nieistotne, czy zabrzmi to jak samochwalstwo – zadał w latach 50. śmiertelny cios socrealizmowi” – pisał w „Autosztambuchu”.
Lata 60. były dla Škvoreckiego pasmem literackich sukcesów. A potem znowu przyjechały sowieckie czołgi. W roku 1969, po klęsce Praskiej Wiosny, pisarz wyjechał na stałe do Kanady, gdzie nie tylko z powodzeniem pisał dalej, lecz także założył z żoną, Zdeną Salivarovą, najsłynniejsze czeskie wydawnictwo emigracyjne, Sixty-Eight Publishers. Ale to już zupełnie inna historia.

Josef Škvorecký, Tchórze, przeł. Emilia Witwicka, Dowody, Warszawa 2025
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















