Max Blecher (1909-1938) był młodzieńcem utalentowanym, ambitnym, zainteresowanym zarówno literaturą, jak i naukami ścisłymi, wzorowym uczniem wyróżnionym przez szkołę w rodzinnym rumuńskim Roman za najlepiej zdany egzamin maturalny. Zamożni rodzice, posiadający fabrykę porcelany i sklep, nie szczędzili środków, by Max mógł się rozwijać.
Codzienną beztroskę, której oddawał się w prowincjonalnym mieście, mącił tylko jeden problem: doskwierały mu bóle pleców. Najpierw lekkie, z czasem coraz dotkliwsze.
Max Blecher: radykalny realista
W wieku, w którym młodzi ludzie szykują się do spektakularnego skoku w przyszłość, Blecher otrzymał druzgocący wyrok. Pierwsze rozpoznanie przyczyn dotkliwego bólu było błędne. Max przeszedł kurację antyreumatyczną. W 1928 r., jako dziewiętnastolatek, wyjechał do Francji, by na Uniwersytecie w Rouen podjąć studia w zakresie medycyny. Niestety, jego stan się zaostrzył. Francuscy specjaliści postawili nową diagnozę: choroba Potta, nazywana gruźlicą kości i stawów, w jego przypadku wyniszczająca kręgosłup.
Kolejną dekadę, aż do przedwczesnej śmierci, Blecher spędził w szpitalach i uzdrowiskach. Leczył się we Francji, w szwajcarskim Leysin, rumuńskim Techirghiolu, a potem jeszcze w Bukareszcie. Fizyczne cierpienie, które stało się częścią jego losu, miało źródła tyleż w samym schorzeniu, ile w stosowanych ówcześnie metodach terapeutycznych.
Chorobę Potta wywołuje bakteria. W tamtych czasach antybiotykoterapia była niedostępna, więc chorym zalecano odpoczynek i słoneczne kąpiele. Jako że bakcyl petryfikował kości, okresowo używano gipsowych skafandrów, aby przeciwdziałać ewentualnym przeciążeniom i złamaniom. W Berck-sur-Mer, nazywanym miastem gruźlików, Blecher został dosłownie zagipsowany. Założono mu usztywnienie, które uniemożliwiało normalne poruszanie się. W zasadzie mógł tylko leżeć. Od czasu do czasu korzystał ze specjalnego powozu dla pacjentów zmuszonych do zajmowania pozycji horyzontalnej.
Nie wchodził w rolę ofiary. W korespondencji z Geo Bogzą, zaprzyjaźnionym rumuńskim poetą i krytykiem literackim, zapewniał, że nie chce przybliżać przyjaciołom i znajomym szczegółów choroby, gdyż byłoby to obciążające dla obu stron. Wolał być postrzegany jako pisarz i człowiek pełen pasji, a nie schorowany męczennik, dla którego słabe zdrowie stanowi zarówno wizytówkę, jak i wymówkę.
Korespondował z największymi, zjednując ich sobie błyskotliwością i talentem, które wybuchały z wielką siłą w każdym zapisanym przez niego zdaniu. Jeśli na coś utyskiwał, to na specyficzny rodzaj osamotnienia, którego nie był w stanie do końca zdefiniować. Czuł się pozbawiony naturalnej emocjonalnej ochrony gwarantującej człowiekowi dystans wobec świata. Z drugiej strony na skutek poważnego deficytu ruchowego nie mógł swobodnie nawiązywać relacji z innymi.
Spotkanie z nim było możliwe wyłącznie wtedy, gdy przyjaciele obdarowywali go swoją obecnością, przyjeżdżając do sanatorium, szpitala czy rodzinnego domu. Względną autonomię odczuwał – paradoksalnie – tylko w ich towarzystwie. Stanowili jedyną szansę na zbudowanie palisady oddzielającej go choć na chwilę od świata. A przecież koszt takiej wizyty był ogromny, nad bólem rzadko bowiem udawało się zapanować, a fizycznej zapaści nie sposób było ukryć.
Mimo że rugował chorobę z listów czy rozmów, miał poczucie, że jest w nim wszechobecna. I decyduje o tym, jak postrzega siebie i rzeczywistość. Blecher był przy tym radykalnym realistą. Choroba zmieniła kurs jego życia, to oczywiste. Odcięła go od ludzi i przykuła do łóżka, ale zawdzięczał jej wyjątkowe objawienie: oto odsłoniła się przed nim materia istnienia w całej swojej rozciągłości. Pierwszą reakcją było przerażenie. Potem z wolna zaczął się proces oswajania. Blecher szukał też – emocjonalnych oraz literackich – środków zaradczych. Właśnie ukazały się po polsku jego „Dzieła zebrane”.
„Zabliźnione serca”: cała prawda naszego istnienia
W jednej z początkowych scen powieści „Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości” narrator wyznaje, że nienawidzi osób, które mogą skryć się przed światem, nie znosi ludzi zamkniętych szczelnie w granicach własnego istnienia, zdolnych zachować wobec innych zdrowy dystans. On sam czuje się wystawiony na impulsy przychodzące z zewnątrz. „Wszystko, co mnie otaczało, zalewało moją osobę od stóp do głów, jakby moja skóra była podziurawiona” (przeł. Joanna Kornaś-Warwas). Świat oplata go mackami, jawi mu się jako hydra, której ruchliwe ramiona przenikają ciało.
Analogiczna scena znajduje się w powieści „Zabliźnione serca”. Główny bohater, dziewiętnastoletni Emanuel, studiujący we Francji chemię, odwiedza lekarza, gdyż dręczą go bóle kręgosłupa. Potrzebne jest prześwietlenie. Sama procedura, choć stresująca, przebiega szybko. Wstrząs następuje później, gdy specjalista stawia diagnozę: gruźlica kręgosłupa. W ułamku sekundy wszystko, co stałe, ulatnia się w powietrzu. Emanuelowi wydaje się, że został obnażony, że wszyscy wiedzą o jego chorobie, że jej symptomy są czytelne nawet dla otaczających go zwierząt i rzeczy. Dystans między nim a światem znika, nie da się już wytyczyć granicy między wnętrzem a zewnętrzem, dochodzi do pomieszania sfer.
Podobnych przykładów znajdziemy w twórczości Blechera więcej. Jego bohaterowie czują się brutalnie wrzuceni w świat, który przyjmuje postać bezkresnej i napierającej plątaniny atomów. Próbują się z niej wydostać, wybić się na powierzchnię tego nieskończonego oceanu, wdrapać się na choćby lichą tratwę, jakoś się odróżnić, zindywidualizować i zapanować nad przelewającym się wokół nich i przez nich życiem.
W „Zabliźnionych sercach” po wyjściu od lekarza Emanuel ma wrażenie, że wszystko uległo zasadniczej metamorfozie: „Szedł po miękkim chodniku, jakby płynął w miękkiej konsystencji asfaltu. W czasie, w którym siedział zamknięty w gabinecie lekarskim, świat dziwnie się rozrzedził. Kontury przedmiotów wciąż tam istniały, ale ta cienka niteczka, która, podobnie jak na rysunku, otacza dom, czyniąc z niego dom, albo wyznacza profil człowieka, ten zarys, który obejmuje rzeczy i ludzi, drzewa i psy, ledwo trzymała dalej w swych granicach tę materię, gotową runąć w każdej chwili. Wystarczyłoby, że ktoś wyrwałby tę niteczkę z krawędzi rzeczy, żeby nagle te okazałe domy, pozbawione własnego konturu, rozpłynęły się w jednolicie mętnej i szarej materii”.
Emanuel (podobnie jak Max) nie traktuje swych odczuć jako aberracji. Zyskał nowy rodzaj percepcji. Widzi coś, co wcześniej mu umykało lub przed czym się zasłaniał. W wyniku przemiany zatarły się nie tylko granice między wnętrzem a zewnętrzem, jednostką a światem, ale także pomiędzy duchem, prawdą i zmyśleniem, realnością i nierzeczywistością. I właśnie to zostaje przez niego uznane za prawdę naszego istnienia.
Dlatego u Blechera nie ma twardych opozycji. Przeciwieństwa zarysowują się w języku tylko na chwilę, by ostatecznie rozpłynąć się w niezróżnicowaniu. Jednak nie skutkuje to chaosem wrażeń. Na przestrzeni jednego akapitu może ulec zmianie tonacja opowieści, scenografia, w której rozgrywa się jakaś sytuacja, stan emocjonalny danej postaci, a nawet jej forma życia. Ale to nie jest gmatwanina myśli, raczej formuła przeznaczona do rozszyfrowania, którą Blecher dostrzegł i uchwycił. W ten sposób pisarz konfrontuje nas z trudnym do przyjęcia faktem – że to, co wydawało się trwałe, jest tak naprawdę kruche i błyskawicznie może rozpaść się na drobne kawałki, to zaś, co braliśmy za ułudę, staje się namacalne, dotkliwe, istnieje i nie chce zniknąć, często wbrew naszej woli.
Skąd ta odwaga, by żyć?
Zadebiutował w 1930 r. opowiadankiem (sceną z Berck) pt. „Herrant”. Cztery lata później ukazał się tom wierszy pt. „Przezroczyste ciało”. Najważniejsze rzeczy napisał po powrocie do Roman. Został do tego zmuszony w 1935 r. Wieloletnie leczenie w zagranicznych placówkach okazało się dla rodziny za drogie. W domu mógł przynajmniej przyjmować przyjaciół, przede wszystkim innych autorów, których zapraszał do siebie, by prowadzić niekończące się dialogi o literaturze. Ale nie trwonił czasu, wiedział, że ma go bardzo mało, więc inne kontakty ograniczał do minimum, by jak najwięcej tworzyć.
Uważał, że pisarz, choć nie ma wpływu na bieg wielkich zdarzeń historycznych, choć nie jest słuchany przez ogół społeczeństwa, nie może ignorować zmian cywilizacyjnych. Powinien rozumieć ducha czasów i znać tło, na którym rozgrywa się jego indywidualny dramat lub prywatna komedia. Sympatyzował z młodym pokoleniem, przyklaskiwał wszystkim zbuntowanym, wspierał ich walkę z kulturalnym i politycznym establishmentem, jednak dla siebie rezerwował miejsce ponad podziałami, z dala od centrum.
W styczniu 1936 r. wydał „Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości”, rodzaj pamiętnika z okresu dojrzewania, przepełnionego zmysłowością, przywoływaną z pamięci i przeżywaną już niemal wyłącznie na sposób wirtualny, co nie znaczy, że mniej intensywny.
Książka została dobrze przyjęta. Jego przyjaciele dołożyli starań, by dotarła do szerszego kręgu odbiorców. Nad kolejnym dziełem pracował niemal gorączkowo. Myśl o śmierci nie była obezwładniająca, co podkreślali odwiedzający go ludzie, ale nie ignorował jej. Mihail Sebastian, świetny dramaturg i powieściopisarz, po wizycie u Maksa we wrześniu 1936 r. zanotował w dzienniku, że „żyje [on] całkowicie pogodzony ze śmiercią. Nie jest to śmierć abstrakcyjna, wydumana, odległa. Jego śmierć jest konkretna, nieodwołalna, znana w każdym szczególe, niczym rzecz codziennego użytku. Skąd u niego ta odwaga, aby jeszcze żyć? Co go podtrzymuje na duchu? Nie jest nawet zrozpaczony. Nie rozumiem tego, przyznaję, że nie rozumiem” (przeł. Jerzy Kotliński).
Nikt tego nie rozumiał, choć odpowiedź znajdowała się na wyciągnięcie ręki, w kolejnych tekstach Blechera. Planował napisać tryptyk uzdrowiskowy. Ostatecznie druga powieść – opublikowane w 1937 r. „Zabliźnione serca” – opowiada o jego przetransponowanych doświadczeniach z Berck. Ciało już niemal całkowicie odmówiło posłuszeństwa. Tego samego roku, po powrocie z kilkumiesięcznej hospitalizacji w Bukareszcie, zaczął układać dziennik sanatoryjny, którego fragmenty ukazały się niemal dziesięć lat po jego śmierci w 1947, a pełna wersja zatytułowana „Rozświetlona jama” dopiero w 1971 r. Do publikacji doszło dzięki staraniom Saşy Pany, lekarza i pisarza, który Maksa wprost uwielbiał.
List z prośbą o zakopanie kręgosłupa
Blecher był również utalentowany malarsko. Tworzył portrety, martwe natury, dużo rysował. Zdaje się, że twórczość wizualna była dla niego sposobem na ekspresję najbardziej negatywnych emocji, których nie znajdziemy w tekstach. Część jego prac, ze względu na ich wydźwięk, rodzice ukrywali przed rodzeństwem Maksa. Dora, siostra pisarza, zobaczyła je dopiero w 1946 r. Była przerażona. Każdy rysunek stanowił inscenizację wybuchu destrukcyjnych sił – potężnych, nieopanowanych, biorących w posiadanie drobne i bezradne postaci.
W udzielonym po latach wywiadzie Dora zwróciła uwagę na rozwój jego świadomości. Według niej spokój przyszedł dopiero w drugiej fazie choroby. Początkowo Max podlegał tak wielkim przeciążeniom fizycznym i wstrząsom emocjonalnym, że jego umysł poszukiwał pocieszenia niemal we wszystkim. Z francuskiego sanatorium wysłał do ojca list z prośbą, by zakopał fragment kręgosłupa, który był przechowywany w rodzinnym domu w szafce na książki wraz z innymi rekwizytami młodego adepta studiów medycznych.
Blecher zdawał się wierzyć, że choroba ustąpi, jeśli tylko odda ziemi kręg, część szkieletu prawdziwego człowieka, którego duch nie zazna spokoju tak długo, jak długo jego pośmiertna forma będzie niekompletna. Najbliżsi uznali, że strach przed chorobą i śmiercią pomieszał mu zmysły i zmienił w człowieka zabobonnego. Pisarz niczego im nie wyjaśnił. Miał swoje powody i konsekwentnie działał w zgodzie z nimi.
Według Dory Max padł ofiarą niekompetencji lekarzy. Wiązała jego problemy zdrowotne z wypadkiem, któremu uległ za młodu podczas meczu piłkarskiego. Kolega przejechał mu butem po plecach, zadając głęboką ranę. Niewystarczająco zdezynfekowane cięcie stało się zaczynem rozległej podskórnej infekcji, która ostatecznie zaatakowała kręgosłup.
Blecher słucha dudnienia swojej krwi i szuka schronienia
W „Rozświetlonej jamie” znajduje się niesamowita, złożona z trzech części, wizja. Zaczyna się od wspomnień. Dla człowieka unieruchomionego przeszłość nie znika, nie jest nawet do końca przeszłością. Gdy w głowie chorego siłują się ze sobą to, co minione, i to, co aktualne, teraźniejszość zawsze oddaje pole przeszłości, tak że nie wiadomo, co jest czym.
Kiedyś Max mógł biegać z kolegami po boisku. Jego ciało nie znało ograniczeń, które teraz niejako wzmacniają grawitację i czynią go niemal całkowicie niemobilnym. Po tym passusie Blecher zaznacza, że zdarza mu się słyszeć dudnienie swojej krwi. „W chwili, gdy piszę, ciemnymi kanalikami, w bystrych wężowatych rzeczułkach, przez mroczne jamy wydrążone w ciele, zrytmizowanym pulsem przelewa się z drobnym gulgotem w noc ciała, krążąc przez tkanki, nerwy i kości, moja krew. W ciemnościach krew płynie jak mapa z tysiącami rzeczek przez setki tysięcy rur, i jeśli wyobrażam sobie, że jestem dość maleńki, by kursować tratwą na jednej z tych arterii, huk płynu niosącego mnie wartko wypełnia mi głowę ogromnym dudnieniem, w którym na tle fal wyróżniają się pełne uderzenia pulsu, niczym uderzenia w gong” (przeł. Joanna Kornaś-Warwas).
Max widzi wszystkie istnienia, nie tylko ludzkie, jako pozbawioną ciała (cielesnej powłoki) strukturę żył i tętnic, nieskończoną pajęczynę arterii pompujących życiodajną krew. Nie jest to wizja fantastyczna. Blecher uważa, że właśnie tak wygląda jeden z wymiarów istnienia, ukryty przed naszym spojrzeniem, ale na wskroś prawdziwy: „To świat czystej krwi, świat istot z tętnic i włóknistych ciał, świat, którego sobie nie wyobrażam, lecz który istnieje taki, jakim go widzę pod skórą ludzi i wszystkich zwierząt. W chwili, gdy piszę i kiedy o nim myślę”.
Kolejny obraz, naturalnie kiełkujący z poprzedniego, staje się dla pisarza źródłem przerażenia. Tak jak przypadkowo splątane są obiegi krwi, tak też – bez żadnego porządku – stykają się ze sobą ludzie, zwierzęta, budynki, kamienie, drzewa, książki na półce, słowem – atomy. Ich współobecność jawi się Blecherowi jako całkowicie przypadkowa. Tym właśnie jest niezróżnicowana materia życia, szary bełt, który na co dzień przeoczamy, by nie stracić poczucia rzeczywistości i nie zgubić się w plątaninie drobin. Jednak człowiek dotknięty chorobą percypuje inaczej. Kiedy dostrzega całe to mrowie zdarzeń i bytów, zaczyna przeżywać swoje istnienie jako „bezkształtność w masie wydarzeń świata”.
Co można zrobić w takiej sytuacji i z takim doświadczeniem? Nasza świadomość może rozświetlić jakiś wycinek bezkresnej rzeczywistości i uczynić z niego niepewne, ale wciąż pożądane miejsce schronienia. Chyba niczego Blecher nie pożądał tak bardzo, jak kryjówek dostępnych wyłącznie dla niego. W „Zdarzeniach…” źródłem ukojenia jest rozświetlona podziemna jama. To nie jest nowa wersja jaskini Platona, w której oglądamy grę cieni i pozorów, nie mając dostępu do prawdy. W świecie Blechera – powtarzam – prawdziwa jest wyłącznie materia. Człowiek jako jedyny spośród wszystkich atomów wszechświata, znikomy i kruchy, potrafi nadawać jej sens, może przypisać znaczenie sobie, innym ludziom, zdarzeniom etc. Niby nic to nie zmienia, a jednak dla Blechera było wartością bezwzględną, gdy naprzeciw pojawiał się drugi człowiek.
Właśnie dlatego w ostatnich miesiącach przed śmiercią, wybudzając się z wywoływanego środkami przeciwbólowymi letargu jedynie na kilka godzin dziennie, kontynuował pisanie. Żywił nadzieję, że pozostawione na papierze krzywe linie będą miały sens dla nieznanych mu czytelników, że ten list w butelce do kogoś dotrze i stanie się dla niego ważny. Trzeba specyficznej wrażliwości, by pojąć, że istotą naszej egzystencji jest właśnie to: (nie)możliwość spotkania.

Max Blecher, DZIEŁA ZEBRANE, przeł. Joanna Kornaś-Warwas, PIW, Warszawa 2025
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















