Owinięty przemokniętym śpiworem autostopowicz stoi w ulewie przy wjeździe na drogę stanową gdzieś na Środkowym Zachodzie USA. Wcześniej podczas tej podróży z jednym kierowcą palił haszysz, natomiast od innego, gadatliwego akwizytora, wziął pigułki, po których czuł się, „jakby coś przeżarło mu żyły”. Autostopowicz ma wielki bałagan w głowie, a przez to być może widzi pewne sprawy całkiem jasno, uzyskując wgląd w mechanikę przyszłości.
„Przeczuwałem wszystko, co się miało zdarzyć” – opowiada. „Jeden taki oldsmobile jeszcze nie zaczął zwalniać, a wiedziałem już, że się przy mnie zatrzyma, a gdy usłyszałem słodkie głosy rodzinki w środku, wiedziałem, że podczas tej burzy czeka nas wypadek. Miałem to gdzieś” – wyznaje. „Zwinąłem śpiwór, oparłem się o drzwi po lewej stronie i zasnąłem. Cały czas wiedziałem, co się wydarzy. I nic nie mogły zmienić żywiołowe protesty, którymi obudzili mnie mężczyzna i jego żona: – O nie! NIE!”.
Tak zaczyna się jedno z najsłynniejszych amerykańskich opowiadań drugiej połowy XX w., czyli „Wypadek autostopowicza” Denisa Johnsona. Tekst otwiera wydany w 1992 r. tom „Syn Jezusa” (wyd. pol. 2020, przeł. Szymon Żuchowski).
Jest tu jednak dodatkowy kontekst: ten wypadek naprawdę miał miejsce, a przemokniętym i znarkotyzowanym autostopowiczem był, wówczas niespełna 23-letni, Denis Johnson.
Denis Johnson: przewodniczący tragedii
Zdarzyło się to 20 kwietnia 1972 r. w okolicach miasta Bethany w stanie Missouri, na wąskim odcinku drogi nr 69, przez miejscowych, ze względu na liczbę ofiar rozmaitych kolizji, zwanej złośliwie Szlakiem Ho Chi Minha (czyli ścieżką zaopatrzeniową Wietkongu z północy na południe Wietnamu).
Johnson – na szlaku od wielu dni – zmierzał z domu rodziców w Arizonie do Iowa City, gdzie studiował pisarstwo w słynnym Iowa Writer’s Workshop. To z grubsza 2500 kilometrów, wypadek przytrafił się zasadniczo pod koniec trasy.
Buick (nie Oldsmobile), który zabrał Johnsona ze stacji benzynowej, należał do małżeństwa Eckhartów: podróżowali z dwiema córkami, czteroletnią i roczną. Do zderzenia doszło przy mostku i na zakręcie – Ford prowadzony z nadmierną prędkością przez niejakiego Williama Webba wpadł w poślizg i rąbnął czołowo w Buicka Eckhartów, ulewny deszcz oraz śliska nawierzchnia były dodatkowym problemem.
W Buicku nikt nie zginął, a Johnson wyszedł z wypadku praktycznie bez szwanku, podobnie zresztą jak roczna córeczka Eckhartów, którą – zarówno w opowiadaniu, jak i w rzeczywistości – pisarz nosił na rękach zaraz po zdarzeniu. „Ciecz, w której od razu rozpoznałem ludzką krew, [a która] tryskała wszędzie i obryzgała mi twarz”, okazała się szczęśliwie sosem do tacosów.
Kierowca Forda miał mniej szczęścia: zmarł wkrótce po przewiezieniu do szpitala, gdzie trafili na obserwację również wszyscy jadący Buickiem, w tym Johnson, „przewodniczący tej tragedii”. „Korytarzem nadeszła żona zmarłego – czytamy w opowiadaniu, które jest jednocześnie deliryczne i zimno trzeźwe. – Była wspaniała, płomienna. Nie wiedziała jeszcze, że jej mąż nie żyje. A myśmy wiedzieli. Właśnie dlatego miała nad nami taką władzę. Lekarz zaprowadził ją do gabinetu na końcu korytarza. Spod zamkniętych drzwi promieniała tafla blasku, jak gdyby wewnątrz – na drodze jakiegoś zdumiewającego procesu – poddawano kremacji diamenty. Co za płuca! Krzyknęła, jak mógłby krzyknąć orzeł. Cudownie było móc usłyszeć coś takiego. Od tej pory wciąż gonię za tym uczuciem”.
Państwo Eckhartowie nigdy więcej nie zobaczyli przemokniętego autostopowicza, nie wiedzieli, że sam był już wówczas ojcem, że właśnie zakończyło się z hukiem jego młodzieńcze, studenckie małżeństwo, że miał za sobą bezskuteczny odwyk w klinice psychiatrycznej, że ostro pił, brał piguły, szprycował się heroiną, a jego przyszłość w tamtym momencie miała bardzo bliski horyzont: sprowadzała się zasadniczo do rychłego przedawkowania na jakiejś melinie.
Nie wiedzieli również, że po latach jakoś się z tego wszystkiego wykaraskał i został słynnym prozaikiem, a ponadto unieśmiertelnił ich w literaturze. Bo Johnson z reguły unieśmiertelniał w ten sposób ludzi, których spotkał na swojej drodze, niekoniecznie pytając ich o zgodę. Prócz tego, że był poetą zdania i akapitu, był również mistrzem autofikcji pozostającej w skomplikowanej, nieco paranoicznej relacji z prawdą.
Denis Johnson po polsku i w amerykańskiej tradycji literackiej
Któregoś dnia, całkiem niedawno, do pary emerytów dotarł dziennikarz „New Yorkera” Ted Geltner. Jego dociekliwości zawdzięczamy skrupulatną rekonstrukcję opisanych wyżej wydarzeń. Na początku listopada zeszłego roku ukazała się na amerykańskim rynku (nakładem University of Iowa Press) książka Geltnera „Flagrant, Self-Destructive Gestures” („Ostentacyjne, autodestrukcyjne gesty”) – pierwsza biografia Johnsona zmarłego w 2017 r.
Zresztą i u nas Johnson nie daje o sobie zapomnieć. Po pierwsze, można obejrzeć nominowaną do Oscarów w czterech kategoriach ekranizację noweli „Sny o pociągach” (reż. Clint Bentley). Po drugie, przeczytać debiut powieściowy Johnsona z 1983 r., „Anioły”, opublikowany przez Karakter w tłumaczeniu Krzysztofa Majera. Właściwie to i „Sny o pociągach” (oryg. wyd. 2012, wyd. pol. Czarne 2021), w przekładzie Tomasza S. Gałązki, warto sobie przy okazji przypomnieć.

Oba spolszczenia są świetne, a każde skrajnie odmienne: „Anioły” to frenetyczna, rozedrgana opowieść o społecznych wyrzutkach (i powodach, dla których droga powrotna do społeczeństwa pozostaje dla nich, z nielicznymi wyjątkami, zamknięta), natomiast „Sny o pociągach”, jeden z ostatnich utworów wydanych za życia pisarza, w sposób wyciszony, wręcz medytacyjny traktują o stracie, odkupieniu i ciężkiej fizycznej pracy.
Tym, co je łączy, jest głęboka świadomość Johnsona, że kamień węgielny Ameryki stanowi kultura wszechobecnej przemocy. Oraz jego empatyczna fascynacja (mająca swoje korzenie również w obserwacji uczestniczącej) wobec wszelkiej maści outsiderów.

W amerykańskiej tradycji literackiej istnieje osobna ścieżka dla opowieści o outsiderach. Książki o nich się kocha, kocha się także ich autorów – być może dlatego, że uchylają drzwi do mitu, nie kłamiąc o jego okrutnym obliczu. Kiedy więc blisko dziewięć lat temu Denis Johnson zmarł na raka wątroby, przez tamtejszą prasę przetoczyła się potężna fala pożegnań, epitafiów i wspomnień. Były to często teksty bardzo osobiste i silnie emocjonalne, pisane przez ludzi z branży.
W pewnym sensie: wyznania platonicznej miłości. Było to dlatego ciekawe, że nie chodziło o autora z pierwszego szeregu gwiazd. Johnson miał w zasadzie dwa niedługie momenty sławy – pierwszy przy okazji wydania wspomnianego „Syna Jezusa”, drugi, gdy ukazał się nagrodzony Pulitzerem monumentalny quasithriller szpiegowski „Drzewo dymu” (2007, wyd. pol. Sonia Draga 2009, przeł. Alina Siewior-Kuś), przez wielu recenzentów zresztą poddany wówczas ostrej krytyce jako nieczytelna, wtórna i spóźniona o wiele dekad wariacja na temat wojny wietnamskiej.
Przez środowisko Johnson (nazywany, może nieco ironicznie, „pisarzem pisarzy”) był jednak postrzegany jako wynalazca swego rodzaju kamienia filozoficznego: udało mu się uniknąć klątwy pokoleniowości. Będąc rozbitkiem po epoce kontrkultury lat 60., dał radę przyciągnąć uwagę czytelników o generację młodszych – znalazł wspólny język z członkami Pokolenia X, i to nie jako dziadyga-weteran, ale jako człowiek o podobnej do nich, ironiczno-apokaliptycznej wrażliwości. A ponieważ klimat ogólnej paranoi tylko się w Ameryce (jak i w całym świecie) wzmaga, Johnson zapewnił sobie kolejne grupy odbiorców zapewne aż po kres naszej cywilizacji.
Za tę międzypokoleniową łączność odpowiada w jakiejś mierze przypadek – zwany też losem albo przeznaczeniem. W życiu Johnsona różne sprawy działy się bowiem albo za wcześnie, albo za późno (jeśli uwzględnić odchylenia od średniej); nowi czytelnicy w latach 90. mogli go zaakceptować jako swojego również z tego powodu, że wydał opętańczo młodzieńczą książkę („Syna Jezusa”), będąc już po czterdziestce: książkę niby przeterminowaną o dwie dekady, a jednak – lub właśnie dlatego – uderzająco aktualną.
Co wiemy o Denisie Johnsonie
Johnson urodził się w 1949 r. w Monachium, ale nie dlatego, że był z pochodzenia Niemcem (jak z osobliwej przyczyny podaje polska Wikipedia), ale z tej przyczyny, że jego ojciec Alfred pracował tam w amerykańskiej misji wojskowej. W latach późniejszych, wraz z kolejnymi awansami ojca – i w związku z jego karierą dyplomatyczną w USIA (United States Information Agency), agencji zajmującej się koordynacją polityki propagandowej Stanów Zjednoczonych – mieszkał w Japonii i na Filipinach.
Wraz z rodzicami i młodszym bratem wrócił do Ameryki dopiero jako czternastolatek. To dziwne wykorzenienie i poczucie obcości musiały wywrzeć wpływ na młodego Johnsona, zwłaszcza że zaraz potem Ameryka zaczęła wrzeć – wojennie, obyczajowo, kontrkulturowo.
Johnson w 1967 r. rozpoczął studia na Uniwersytecie Iowa, w jednej z najbardziej znanych szkół kreatywnego pisania. Możemy się podśmiewać z głębokiego przekonania Jankesów, że tworzenie literatury to praktyczny przedmiot akademicki jak każdy inny, ale tamtejsze wydziały creative writing wyprodukowały mnóstwo pisarek i pisarzy, stwarzając sieć, która nie tylko zapewniała – i nadal zapewnia – miejsca pracy literatom uczącym innych literatów, lecz także oferuje sieć kontaktów między studentami, wykładowcami, agentami, wydawcami i redaktorami.
Kiedy osiemnastoletni Johnson przybywał do Iowa City, czyli, jak sobie żartowano, „Paryża i Berkeley Midwestu”, Kurt Vonnegut właśnie stamtąd wyjeżdżał po dwuletniej przygodzie z nauczaniem, a przygoda ta – choć bywało różnie – dosłownie uratowała jego podupadającą karierę podstarzałego ekscentryka, którego nikt nie czyta: zarobił wystarczająco dużo pieniędzy, aby móc w spokoju pisać, a dzięki nabytym w Iowa kontaktom w środowisku dostał stypendium Guggenheima i zmienił wydawcę swojej kolejnej książki, niezapomnianej „Rzeźni numer pięć”.
W wypadku Johnsona było w pewnym sensie podobnie – znajomości zawarte w czasie studiów procentowały przez całe życie, niejednokrotnie chodziło o sytuacje podbramkowe, w których czyjaś niespodziewana pomoc dosłownie ściągała pisarza znad krawędzi alkoholowej albo heroinowej otchłani.
Johnson nie był jednak produktem programowej edukacji literackiej, on już przyjechał jako gotowy poeta, wunderkind. Na zajęciach towarzyszyła mu aura wycofanego geniusza, który pisze inaczej i lepiej niż wszyscy. Budził zainteresowanie, może nawet olśniewał. W wieku dziewiętnastu lat miał już wydany tom poematów, „The Man among Seals”, wymieniano go w rozmaitych rankingach jako wielką nadzieję amerykańskiej liryki.
Rzecz w tym wszelako, że nie było jednego Johnsona, ale dwóch: ten, który brylował na akademickich salonach, oraz ten, który zaliczył wpadkę z dziewczyną, a rodziny uznały, że młodzi powinni wziąć ślub, zanim urodzi się dziecko; ten, który planował literacką karierę, i ten, którego ciągnęło na margines uporządkowanego świata, do żuli, odklejów, złodziejaszków i włóczęgów.

Z czasem zaczął przeważać ten drugi Johnson, a wypadek w kwietniu 1972 r. stanowił jakąś cezurę: przez kolejne sześć lat przyszły autor „Aniołów” tułał się po Stanach, pijąc i ćpając w rozmaitych katastrofalnych konfiguracjach towarzyskich, na drodze ku samounicestwieniu. Nieco kolorytu tej historii niech nada fakt, że w 1973 r., czyli pod koniec pobytu Johnsona w Iowa City, Iowa Writer’s Workshop nawiedziło aż dwóch wielkich pisarzy i zarazem wielkich pijaków: Raymond Carver i John Cheever. Ich straszliwe libacje, również z udziałem przyszłego autora „Snów o pociągach”, przeszły do legendy. Nie chodziło zresztą tylko o wspólne chlanie whiskey: ich mistrzowska nowelistyka także nie pozostała bez wpływu na Johnsona.
Ten wytrzeźwiał dopiero pod koniec lat 70. – dzięki silnej woli i kolejnemu bardzo amerykańskiemu wynalazkowi: ruchowi AA, którego pozostał wiernym (do granic dewocji) uczestnikiem przez resztę życia. Co ciekawe, ani przez chwilę nie przestał być pisarzem. Kumple od strzykawki i kieliszka drwili z Johnsona, że zadaje się z nimi i ładuje w żyłę, bo zamierza ich wszystkich później opisać. Jak już wspominałem, nie pomylili się. Johnson mógł kompletnie nie panować nad biegiem swojego losu, ale pamięć miał fotograficzną, a zmysł literacki niezawodny.
Pisanie opowiadań powinno przypominać wizytę na imprezie
„Anioły”, powieść pełna wspaniałych zdań i sytuacji o ludzkich odpadach, których państwo amerykańskie wytwarza, wysysa (dosłownie – przypatrzcie się scenom przedstawiającym pobieranie osocza; Johnson też tak dorabiał) i porzuca na zatracenie, powstały z opowiadania napisanego na początku lat 70. Stanowi ono pierwszy rozdział powieści. Ale właściwą materię – pisarskie mięso – Johnson zgromadził, gdy dekadę później podjął się prowadzenia warsztatów literackich w więzieniu stanowym we Florence w stanie Arizona.
Więźniowie, w tym wielokrotni mordercy, darzyli go szczerym, niemal miłosnym uczuciem, on ich chyba na swój sposób też, bo „Anioły” są historią o próbie zrozumienia zła i szaleństwa bez warunków wstępnych. Z drugiej strony: Johnson całkiem na zimno wykorzystał to wszystko, co usłyszał od swoich skazanych podopiecznych na kursie. Być może zimna krew jest tym, co odróżnia profesjonalistę od amatora.
„Syn Jezusa” zawiera z kolei historie z przełomu lat 60. i 70., stricte autobiograficzne. Nawet gdy uwzględnić niewielkie różnice i fabularyzacje, główny bohater – Pojeb – jest Johnsonem, a Johnson, cóż, jest Pojebem. Geltner dokładnie inwentaryzuje te przygody i udowadnia, że zdarzyły się naprawdę. Ale jak to jest napisane (i jak przełożone – znakomite tłumaczenie na polski to dzieło przedwcześnie zmarłego wiosną zeszłego roku poety Szymona Żuchowskiego)!
„Denis uważał, że pisanie opowiadań powinno przypominać wizytę na imprezie, gdy przychodzi się późno i wcześnie się wychodzi. Narracje Pojeba ułożono właśnie w ten sposób – niekoniecznie prowadzą do konkluzji, ale raczej do momentu, w którym opada napięcie” – zauważa Geltner. Warto wspomnieć, że istnieje zadziwiająco sensowna ekranizacja tej książki, film „Syn Jezusa” w reżyserii Alison Maclean (1999). Grający główną rolę Billy Crudup jest rzeczywiście Pojebem/Johnsonem, a przynajmniej łatwo w to uwierzyć, natomiast sam autor zagrał niewielką rolę faceta, który przychodzi na ostry dyżur do szpitala z nożem wbitym w oko po rękojeść.
Była to zresztą jedyna udana próba współpracy Johnsona z przemysłem filmowym – może dlatego, że sam nie pisał scenariusza. Pozostałe, starannie wyliczone przez biografa, skończyły się spektakularnym fiaskiem: Johnson nie umiał się podporządkować bezwzględnej zespołowej robocie, w której scenarzysta zajmuje poślednią pozycję w łańcuchu pokarmowym.
Nim wyszedł u nas „Syn Jezusa”, Johnson miał dwa podejścia do polskiego rynku – w 2001 r. ukazało się w efemerycznym wydawnictwie Libros „Zagubione wybrzeże” (przeł. Jędrzej Polak, amerykański tytuł jest inny, „Already dead”), osobliwy thriller o północnokalifornijskich wariatach i wykolejeńcach, właściwie smoliście czarna komedia w pynchonowskim duchu. Johnson nie byłby Johnsonem, gdyby nie zasiedlił tej komedii ludźmi, których znał albo o których słyszał. Dla przykładu, dwumetrowy Wilhelm Frankheimer, odludek zamieszkujący zdemolowane śmietnisko z widokiem na Pacyfik, to Bill Winkelholz, jeden z najbliższych przyjaciół pisarza.
Tak czy owak, „Zagubione wybrzeże” nie zażarło, podobnie zresztą jak wspomniane już „Drzewo dymu”, schizofreniczna dekonstrukcja lat wojny wietnamskiej, w której Johnson sportretował zarówno swojego ojca (pod postacią cichociemnego pułkownika Francisa Xaviera Sandsa), jak i własne alter ego (w kamuflażu Williama „Skipa” Sandsa), dopisał też wcześniejsze losy głównym bohaterom „Aniołów”.
To są trudne książki, łamiące wiele reguł typowej narracji powieściowej, w jakiejś mierze ambitne porażki, choć czyta się je z rosnącą fascynacją.
Książki Johnsona: na co jeszcze czekamy
Mamy jeszcze wzmiankowane wcześniej, przepiękne i stonowane „Sny o pociągach” – owoc paru lat spędzonych przez Johnsona w lasach północnego Idaho, pod granicą kanadyjską. Ekranizacja Netfliksa jest niezła, choć przenosi akcenty: u Johnsona czytamy historię o pogodzeniu się z absurdalnością i przypadkowością życia, w filmie silniej podkreśla się nostalgię i tęsknotę za tym, co minione. Tymczasem „Sny o pociągach” układają się w oczywistą metaforę tego, co połączone w biografii i twórczości samego pisarza.
Johnson nie pił i nie ćpał – może poza pewną słabością do marihuany – od 1978 r., ale pozostał pod wieloma względami człowiekiem uzależnionym. Zmieniały się tylko nałogi. Raz były to seksoholiczne akty niewierności. Innym razem wariacka jazda samochodem na granicy samobójczego ryzyka. Wreszcie zaś silna potrzeba przebywania w miejscach i sytuacjach niebezpiecznych – tę akurat Johnson zamienił na parę znakomitych reportaży ze stref wojny, drukowało mu je przeważnie „Esquire”.
No i już na zawsze pozostało dwóch Johnsonów. Pierwszy: najsłodszy na świecie dowcipniś i brat łata, drugi niczym jego mroczny cień: płaczliwy, nieprzewidywalny awanturnik. Pod sam koniec życia doszedł jeszcze trzeci – terminalnie chory i głęboko świadomy własnej śmiertelności.
To była kwestia pokoleniowo-środowiskowa: wszyscy w zasadzie kompani Johnsona z czasów heroinowego haju chorowali na zapalenie wątroby typu C, nie wiedząc o tym. Przez brudne igły przekazywali sobie wirusa, którego naukowcy wyizolowali i nazwali dopiero na przełomie lat 80. i 90. Zapalenie wątroby typu C, jeśli nieleczone, skutkuje marskością i nowotworem. Johnson, dobiegając siedemdziesiątki, był ostatnim z tego kręgu znajomych, który pozostał przy życiu.
Kiedy go wreszcie dopadło, wiedział doskonale, etap po etapie, co będzie się z nim działo. Jego ostatnia, wydana już pośmiertnie książka, mroczna i niepokojąca „Szczodrość syreny” (oryg. wyd. 2018; wyd. pol. Karakter 2022, przeł. Krzysztof Majer), to w gruncie rzeczy pożegnanie. „Jest dla ciebie oczywiste, że kiedy to piszę, nie jestem jeszcze martwy. Ale może kiedy to czytasz” – brzmi finalne zdanie jednego z opowiadań ze zbioru.
Ale to nie koniec, mam nadzieję, naszej przygody z Johnsonem. Zostało parę książek do przetłumaczenia. Jestem bardzo ciekaw postapokaliptycznego „Fiskadoro” i czarnego kryminału „Nobody move”; Johnson nie lubił tkwić w obrębie jednego gatunku i jednej poetyki, bo jako człowiek ruchliwy i popędliwy szybko się nudził. Jego pisarstwem znudzić się nie sposób.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















