Zastanawiałem się, jak zacząć, i pierwsze, co przyszło mi do głowy, to motto do „Zniewolonego umysłu”, słowa Starego Żyda z Podkarpacia: „Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak”.
Potem jednak jak zwykle przyszła mi do głowy historia ze świata, który zajmuje niepokojąco duże obszary mojego mózgu, a mianowicie świata futbolowego. Nieliczne pewnie tutaj osoby, które zajmują się sprawami tak dalece nieistotnymi, wiedzą, że najwybitniejszą drużyną w dziejach piłki – przynajmniej do czasu Barcelony Guardioli – był Ajax Amsterdam, w którym grał zresztą patron Guardioli Johann Cruyff. Otóż twórcami potęgi tamtej drużyny byli kolaboranci, którzy współpracowali z Niemcami. Np. bracia van der Meidenowie, znani jako „budowniczowie bunkrów”, bo w czasie wojny przekształcili niewielką rodzinną firmę w wielkie przedsiębiorstwo budujące dla Niemców koszary, bunkry i stanowiska dział. Rzecz w tym, że ich sojusznikami w tworzeniu wielkiego Ajaksu byli prezes Jaap van Praag – Żyd, który przeżył wojnę, ukrywany przez przyjaciół z klubu – oraz żydowski biznesmen Maup Caransa.
I chyba nie chodzi tylko o to, że futbol ma taką siłę, w której – by sparafrazować E. M. Forstera – „każdy się zgadza, że zdrada własnego narodu to coś złego, ale wielu ludzi sądzi, że to lepsze niż zdrada swojego klubu piłkarskiego”. Chodzi też o skomplikowanie losów, w których mało który człowiek jest jednoznacznie goed (dobry), ale mało który jest też kategorycznie fout (niewłaściwy – powszechne w Niderlandach pojęcie określające postawy w czasie wojny).
Polaryzacja mobilizuje elektoraty
Nie ma bardziej polaryzującego tematu niż polaryzacja. Coś, co się przecież świetnie monetyzuje – np. na portalu społecznościowym, bo podtrzymuje uwagę, podsyca emocje i w tych emocjach skłania do szybkich decyzji zakupowych. Coś, co mobilizuje elektoraty, a zarazem jest stare jak plemienny świat (jesteśmy gatunkiem społecznym, w którym przynależność do grupy była niezbędna do przeżycia). Coś, co jest w gruncie rzeczy zrozumiałe w kraju wciąż nieprzepracowanej transformacji i wielu traumatycznych zdarzeń, od katastrofy smoleńskiej po pandemię. Coś, czemu sprzyja kryzys demokracji – środowiska, w którym kiedyś mogły współistnieć różne punkty widzenia, opcje polityczne i światopoglądy, zachowujące jednak zdolność do samoograniczenia.
Polaryzacji sprzyja też współczesny kult dobrego samopoczucia. Ile to razy słyszeliśmy, że sama rozmowa z osobą o odmiennych poglądach jest nie tylko zdradą ideałów, ale czymś zwyczajnie nieprzyjemnym – jak to było z odwołaniem tzw. debaty symetrystów na Campusie Polska ze względu na „niezadowolenie i poczucie dyskomfortu związane z wypowiedziami publicznymi” jednego z panelistów. „Żyjemy w czasach, gdy indywidualne poczucie dyskomfortu może stać się kryterium doboru gości do debaty publicznej” – dziwił się wtedy Dariusz Rosiak.
O szkodliwości polaryzacji można by mówić wiele, poczynając od powodów filozoficznych niepopadania w pułapkę „my i oni”. Jesteśmy przecież istotami omylnymi, a „tamci” mogą mieć (przeważnie mają) bardzo dobre powody do głosowania tak, jak głosują. Niestety, algorytmy sprawiają, że na odmienne stanowiska natrafiamy coraz rzadziej, a dzisiejsza kultura skłania do ujmowania złożonych rzeczy coraz prościej (nawet ja to teraz robię). Tymczasem rozmowa z drugim człowiekiem pokazuje, że świat jest dużo bardziej skomplikowany, że – jak napisał kiedyś Marcin Napiórkowski – „racja funkcjonuje w detalu, nie w hurcie”, bo można mieć słuszność w jednej kwestii, ale nie można mieć monopolu na rację.
W Polsce nie ma dwóch obozów
Kiedy John Stuart Mill bronił w XIX w. wolności słowa, podawał dwa praktyczne powody. Po pierwsze, opinia sprzeczna z moją może być prawdziwa w całości lub w części: powinienem jej wysłuchać, by zmienić lub skorygować swój pogląd. Ale nawet jeśli opinia mojego rozmówcy jest całkowicie błędna, to i tak warto jej wysłuchać, bo prawda w konfrontacji z fałszem zyskuje większą jasność i odporność.
Co ciekawe: z badań socjologicznych jasno wynika, że w Polsce nie ma dwóch obozów – jest kilkanaście różnych grup, których poglądy są przemieszane, a czasami wspólne. „Między wąskimi i głośnymi grupami na skrajach żyje zakrzyczana większość, która oczekuje wyjścia z tego błędnego koła” – powiedział mi kiedyś Wawrzyniec Smoczyński, prezes Fundacji Nowej Wspólnoty. 82 proc. Polaków mówi, że są zmęczeni konfliktem politycznym. 92 proc. tęskni za tym, żeby główne grupy znalazły wspólny język. 78 proc. uważa, że cechą dobrego polityka jest zdolność pójścia na kompromis – to badania organizacji More in Common.
W sumie to bardzo optymistyczne badania, bo przecież kiedy za naszymi plecami Trump z Putinem ubijają interesy, kiedy nie wiemy, co zrobi z nami niekontrolowany rozwój Big Techów i sztucznej inteligencji, nie ma nic bardziej destrukcyjnego niż nasza wojna domowa.
Nie musimy zresztą mówić o Putinie i Trampie. W wydaniu specjalnym „TP” „Terapia dla Polski”, które miałem przyjemność redagować, Marcin Napiórkowski opisywał pewien eksperyment. Uczestniczących w nim studentów podzielono na małe grupy. Niektóre były jednorodne – wszyscy członkowie mieli podobny wiek, wykształcenie i poglądy. Inne zawierały „outsiderów” – osoby celowo dobrane tak, żeby odróżniać się od reszty. Następnie każda grupa miała rozwiązać zagadkę kryminalną i na podstawie rozproszonych wskazówek ustalić, kto dokonał (fikcyjnego) morderstwa.
Wynik? Grupy jednorodne rozwiązywały zadania szybko i dobrze się przy tym bawiły. Grupy z outsiderami męczyły się dłużej. Kluczowa różnica polegała jednak na tym, że grupy niejednorodne rozwiązywały zadanie... poprawnie. Wszystkie zagadki były tak skonstruowane, by naprowadzić uczestników na fałszywy trop. Grupy jednorodne od razu ten trop podchwytywały i, wiedzione wewnątrzgrupowym konformizmem, zmierzały w niewłaściwym kierunku. Tymczasem grupy niejednorodne były stale opóźniane przez pytania outsiderów.
„Konieczność kwestionowania własnych założeń, wyjaśnienia ich komuś innemu oraz uwzględnienie różnych perspektyw czyni nas lepszymi – komentował Napiórkowski. – Różnorodność jest trudna i bywa denerwująca. Ale umiejętnie wykorzystana daje ogromną siłę”.
Jak się zdepolaryzować?
W innym tekście ten sam autor daje kilka praktycznych porad, którymi mógłbym zakończyć. Jak się zdepolaryzować? Nie używaj wobec politycznych przeciwników etykiet zbiorczych i przezwisk. Nie powielaj emocjonalnych, niemerytorycznych przekazów. Staraj się uświadomić sobie własne odruchowe reakcje emocjonalne. O polityce nie dyskutuj podniesionym głosem, pamiętaj o wyłączeniu Caps Locka. Okazuj niezadowolenie, kiedy politycy twojej ulubionej partii traktują cię jak idiotę. Zaglądnij czasem do mediów z drugiej strony barykady. Na Facebooku czy Twitterze obserwuj także polityków i wyborców, którzy myślą inaczej niż ty. Bądź podejrzliwy wobec „własnych” mediów. Rzetelność ceń wyżej niż spójność. Pamiętaj, że w demokracji nie ma wrogów – są partnerzy do dyskusji.
Wspaniałą odtrutką na polaryzację jest obcowanie z wielką literaturą – może dlatego zacząłem od Miłosza, a za chwilę na scenie Impactu zrobię miejsce Oldze Tokarczuk. Amos Oz, który niestety nie doczekał Nobla, szukając odtrutek na fanatyzm również wymieniał literaturę. „Szekspir bardzo może pomóc – pisał. – Każdy ekstremizm, każda bezkompromisowa krucjata, każda forma fanatyzmu kończy się u Szekspira albo tragedią, albo komedią. Na końcu fanatyk nigdy nie jest szczęśliwszy ani bardziej zadowolony – albo umiera, albo zostaje pośmiewiskiem”.
Bo Oz mówił o poczuciu humoru: „Ani razu w życiu nie widziałem fanatyka z poczuciem humoru, nie spotkałem również człowieka z poczuciem humoru, który zostałby fanatykiem, jeśli owego poczucia humoru nie stracił”. Ale uwaga: nie należy mylić poczucia humoru z sarkazmem: chodzi też o zdolność śmiania się z samego siebie. „Humor to relatywizm, to zdolność widzenia siebie tak, jak inni cię widzą, umiejętność uświadomienia sobie, że choćbyś był przekonany o swojej słuszności i choćbyś został okrutnie skrzywdzony, to zawsze jest w tym coś odrobinę śmiesznego. Im więcej masz racji, tym bardziej jesteś śmieszny”.
Żeby było jasne: nie uważam, że mam wiele racji.
Podczas tegorocznej edycji Impact’25 w Poznaniu „Tygodnik Powszechny” reprezentował Michał Okoński, który na jednej z głównych scen wygłosił przemówienie zatytułowane „Jak się nie dać polaryzacji”.
Impact’25 to jedno z najważniejszych wydarzeń w Europie Środkowo-Wschodniej, które odbyło się 14–15 maja 2025 r. w Poznań Congress Center. Konferencja zgromadziła ponad 650 prelegentów i 6000 uczestników z całego świata. W programie znalazły się tematy kluczowe dla przyszłości – od rozwoju sztucznej inteligencji i przemian geopolitycznych, przez zdrowie psychiczne i technologie klimatyczne, po media, kulturę i demokrację. Wystąpienia odbywały się na 10 scenach tematycznych w ramach 23 ścieżek programowych, a na liście mówców znaleźli się m.in. Barack Obama, Olga Tokarczuk, Timothy Snyder i Margrethe Vestager. Impact to dziś nie tylko konferencja – to platforma rozmowy o wartościach, ryzykach i nadziejach współczesności.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















