Imigrancki swing state w Polsce

Jeśli gdzieś Ruch Obrony Granic powinien organizować swoje pikiety, to nie w okolicach przejść z Niemcami, ale pod siedzibami agencji ściągających setki imigrantów zarobkowych – legalnych.
Czyta się kilka minut
Kontrmanifestacja zorganizowana przez Antifa - Akcja Antyfaszystowska obok manifestacji Nie dla masowej imigracji w Polsce zorganizowana przez Mlodziez Wszechpolska Szczecin // Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl
Kontrmanifestacja zorganizowana przez Antifa - Akcja Antyfaszystowska obok manifestacji Nie dla masowej imigracji w Polsce zorganizowana przez Mlodziez Wszechpolska Szczecin // Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl

Temat „konfliktu granicznego” sprawił, że polska polityka nie wyszła z atmosfery kampanijnej i nadal znajduje się w stanie podwyższonego napięcia emocjonalnego. Udziela się on nie tylko działaczom partyjnym i mediom, ale także środowiskom niezwiązanym wprost z polityką: organizacjom społecznym, think tankom czy wreszcie Kościołowi katolickiemu. Niektórzy jego hierarchowie wyraźnie wspierają Ruch Obrony Granic, wpisując się w nacjonalistyczną retorykę Roberta Bąkiewicza – jak ostatnio bp Wacław Mering na Jasnej Górze podczas corocznej pielgrzymki Rodziny Radia Maryja.

Statystyki nie na rękę politykom

Rzeczywistość nie jest jednak tożsama z medialno-politycznym obrazem, a sytuacja na naszej zachodniej granicy nie zmieniła się radykalnie w ostatnich tygodniach. To o wiele dłuższy proces. Według oficjalnych danych polskich i niemieckich służb granicznych liczba tzw. zawróceń (czyli odmów wpuszczenia do Niemiec imigrantów przybywających z terytorium Polski) wzrosła z 54 decyzji w 2022 r., przez 1705 w następnym, aż do 9369 w 2024. Od stycznia do maja 2025 r. liczba cofniętych z przejść osób wyniosła 2765, czyli utrzymuje się w proporcjach podobnych do sytuacji sprzed roku. Trudno więc mówić o nasileniu zjawiska.

Inną procedurą, w ramach której niemieckie służby przekazują Polsce imigrantów, jest tzw. readmisja, stosowana wobec ludzi, którzy zostali zatrzymani nie na granicy, ale już po jej przekroczeniu, na terytorium Niemiec. W ostatnich latach liczby te kształtowały się następująco: 342 (2021 r.), 640 (2022), 968 (2023) i 688 (2024). Według danych naszej Straży Granicznej od 1 stycznia do 22 czerwca 2025 r. w ramach procedury readmisji lub procedury dublińskiej (dotyczy ona tylko zarejestrowanych imigrantów, których wnioski o ochronę zostały złożone w Polsce) przekazano nam z Niemiec 314 cudzoziemców. Najliczniejszą grupą byli Afgańczycy (58 osób).

Faktycznie, polityka nowego niemieckiego rządu zakłada odsyłanie większej liczby imigrantów. Problem zatem istnieje i jest dodatkowo pogłębiany przez  kolejną liczbę, a konkretnie ludzi, którzy nielegalnie przedostają się najpierw do Polski, a potem do Niemiec, poza jakąkolwiek rejestracją. Tu nie mamy oczywiście precyzyjnych statystyk, najczęściej mówi się o kilkudziesięciu tysiącach osób rocznie. Wciąż jednak zdecydowanie większy ruch jest w kierunku zachodnim, więc to prędzej Niemcy powinni tworzyć swój Ruch Obrony Granic, a nie my.

Ani tegoroczne dane, ani też obserwacja realnej sytuacji w ostatnich tygodniach, nie przynoszą powodów do nagłego rozgrzania atmosfery wokół tego tematu. Istnieją jednak ku temu przesłanki polityczne, i to dwojakiej natury. Po pierwsze, karta nielegalnej imigracji (a dokładnie walki z nią) jest dziś wygrywająca. Ponadto, jak pokazały choćby badania prof. Przemysława Sadury, od momentu wybuchu wojny na Ukrainie rosną w Polsce nastroje antyniemieckie. 

Gdy widzę red. Krzysztofa Stanowskiego, który jedzie do Berlina robić program o skądinąd złym sposobie, w jaki Niemcy upamiętniają polskie ofiary II wojny światowej, to wiem, że antyniemieckość musi grać w duszach jego widzów. Nie ma bowiem chyba w polskim internecie osoby, która lepiej odczytywałaby od Stanowskiego społeczne nastroje i zapotrzebowanie na treści. Rozpętujący awanturę wokół granicy polsko-niemieckiej politycy pieką zatem dwie pieczenie na jednym ogniu. I robią tak niemal wszyscy; nawet lewica czuje, że musi iść w tę stronę.

Spójrzmy więc na problem z nieco szerszej perspektywy, by uchwycić rzeczywiste, a nie tylko politycznie kreowane zjawiska.

Gruzini i Kolumbijczycy w Polsce

Pierwsza z moich trzech obserwacji dotyczy samych imigrantów. Jeśli wierzyć informacjom z polskich służb, przestępczość wśród cudzoziemców nie wyróżnia się jakoś specjalnie na ogólnym tle – można jednak wytypować pewne grupy narodowościowe, które wypadają gorzej od innych.

Zasadniczo mamy tu do czynienia z dwoma przypadkami – przedstawicielami zorganizowanych grup przestępczych lub osobami, które pochodzą z kultur o wyższej „akceptacji” dla stosowania przemocy w przestrzeni publicznej. I tak jak w Europie Zachodniej społeczeństwa oraz służby muszą się borykać z mafiami albańską, marokańską, algierską, somalijską czy afgańską – w Polsce widać narastający problem z mafią gruzińską.

Znana jest ona ze swojej brutalności już od czasów Związku Sowieckiego, nie powinno więc być żadnym zaskoczeniem, iż zwiększony napływ Gruzinów może skutkować również „transferem” ich mafii na nasze podwórko. Warto przy tym podkreślić, że obywatele Gruzji nie muszą przedostawać się do nas przez zieloną granicę, gdyż od 2017 r. są objęci unijnym ruchem bezwizowym (z czego skorzystał już niemal co trzeci mieszkaniec tego kaukaskiego państwa). Możliwe jest, że z uwagi na sytuację polityczną w Gruzji UE zawiesi stosowanie tego przywileju, ale jak na razie obywatele tego kraju mogą w pełni legalnie wjechać na teren Unii na 90 dni.

Jeśli idzie o przedstawicieli narodowości „akceptujących” w wyższym stopniu używanie przemocy, mowa jest głównie o ludziach z krajów Ameryki Łacińskiej, przodujących w światowych statystykach przestępczości. W Polsce jedną z najszybciej rosnących społeczności imigranckich są Kolumbijczycy. Według oficjalnych informacji ZUS jest ich tu prawie 20 tys., choć faktyczna liczba może znacznie przekraczać 50 tys.

Poza głośnym przypadkiem morderstwa, jakiego w Toruniu dokonał 19-letni Wenezuelczyk, pozostałe przypadki przestępstw budzących ostatnio powszechne oburzenie (choćby zabójstwo pod Świeciem 6 lipca) były „zasługą” przybyszów z Kolumbii. Tyle że w zdecydowanej większości takich historii sprawcami nie okazali się żadni nielegalni imigranci, bo podobnie jak Gruzini także oni byli objęci ruchem bezwizowym. Dopiero od 15 sierpnia 2024 r. w przypadku chęci podjęcia zatrudnienia muszą uzyskać wizę pracowniczą – w celach turystycznych wciąż mają prawo do 3 miesięcy pobytu bez wizy.

Agencje pośrednictwa pracy to źródło problemów z imigrantami

Dlaczego aż tylu Kolumbijczyków zdecydowało się na przyjazd do chłodnej i niehiszpańskojęzycznej Polski? Odpowiedzią jest liberalne prawo imigracyjne, które wręcz zachęca nasze firmy do ściągania tanich zagranicznych pracowników. Jeśli więc gdzieś Ruch Obrony Granic powinien organizować pikiety, to pod siedzibami agencji ściągających setki imigrantów zarobkowych. Dlaczego zatem liderzy Konfederacji, PiS (ale i KO) nie protestują dziś właśnie tam?

Bo oprócz dużych miast, w których pracowników z dalekich krajów widać głównie, jak dostarczają klientom zamówione poprzez korporacyjne aplikacje posiłki, są oni też ogromnym wsparciem dla naszego lokalnego biznesu. Właściciele prowincjonalnych, małych i średnich przedsiębiorstw (w sumie w Polsce takich firm jest ponad 2,7 mln) stanowią zaś polski swing state, mogący przeważyć szalę wygranej w wyborach. Żaden racjonalny polityk nie pozwoli sobie podnieść na nich ręki.

Warto przypomnieć, że w ostatnich miesiącach pojawiły się doniesienia (m.in. artykuł „Wyzysk po polsku”, „TP” 3/2025) o fabrykach, które zwalniają Ukraińców i zatrudniają imigrantów z Ameryki Płd., zmuszając ich do pracy po godzinach za najniższe stawki, a czasem nawet za darmo. Wydawałoby się więc logiczne, że po dokonaniu zbrodni przez Kolumbijczyka ktoś poruszy temat agencji prac tymczasowych albo pośredników z platform internetowych. Nic na ten temat nie słychać.

Dzieje się tak m.in. dlatego, że Państwowa Inspekcja Pracy jest kompletnie bezradna i bezbronna. Wszelkie próby jej wzmocnienia lądują w koszu, a przepisy nowego Kodeksu pracy leżą w ministerialnych szufladach od lat. Cudzoziemscy pracownicy nie są więc objęci w zasadzie żadną ochroną, zarazem niespecjalnie wiemy, ilu ich w ogóle jest i co u nas robią.

Wsłuchując się w opowieści osób kontrolujących firmy (zajmowałem się naukowo m.in. inspekcją pracy), dochodziłem do wniosku, że w niektórych przypadkach można wręcz mówić o handlu ludźmi czy obozach pracy przymusowej, ale brak stosownych regulacji sprawia, że niewiele da się z tym zrobić. I dlatego, zamiast szukać rozwiązań pokroju Ruchu Obrony Granic, lepiej byłoby naciskać na inwestowanie w służby, które stoją na straży bezpieczeństwa wewnętrznego – policję, ABW, ale też KAS czy PIP. 

To jednak jest niespecjalnie na rękę różnym lobby – rodzimy dziki kapitalizm lubi ciszę. Jestem niemal pewny, że i tym razem uwaga publiczna zostanie skutecznie odwrócona od tej najjaskrawszej patologii rynku pracy.

Jak Kościół łamie prawa pracownicze

Druga moja obserwacja dotyczy wspomnianego na wstępie Kościoła, który ustami niektórych hierarchów mocno zaangażował się w obronę polskich granic. Wsłuchuję się od kilkudziesięciu lat w głos zarówno episkopatu, jak i szeregowych księży, wielokrotnie też słyszałem transmisje kazań z Jasnej Góry. Padały w ich trakcie słowa o wyjątkowej roli i misji Polski, ale były one bardziej narodowe niż chrześcijańskie w treści. Jasna Góra nie jest jednak żadnym wyjątkiem – „duchowa stolica Polski” to w jakimś sensie średnia krajowa; pisałem o tym na łamach „Tygodnika” (nr 22/2025) w artykule poświęconym fenomenowi popularności Grzegorza Brauna.

Jednocześnie ze świecą szukać przesłania Kościoła na temat ochrony praw pracowniczych, w tym praw imigrantów zarobkowych. I podobnie jak w przypadku polityków, którzy wolą przemilczać patologie występujące wśród rodzimych firm, rozumiem doskonale, dlaczego biskupi i księża niespecjalnie palą się do poruszania tego tematu. Powód jest banalnie prosty – Kościół wręcz stoi na przemocy ekonomicznej i łamaniu praw pracowników.

Zatrudnianie bez umów, za nierynkowe stawki, czy też wymuszanie społecznego oddania na rzecz Kościoła przy emocjonalnym szantażu podszytym religią – to ustawienia niemal fabryczne. Działając od kilkunastu lat w tym środowisku, nie spotkałem chyba jeszcze osoby zaangażowanej w pracę dla duchownych, która nie doświadczyłaby jakichś nadużyć w obszarze szeroko rozumianych praw pracowniczych. Podobnie jak biznes, także Kościół lubi ciszę. Czyż nie lepiej jest wybudować świątynię bez faktur? Przynajmniej nikt nie będzie sprawdzać poszczególnych wydatków. Analogicznie jest z umowami – kto by się tym przejmował, skoro można zapłacić „co łaska”.

Marzyłby mi się odważny głos Konferencji Episkopatu Polski w sprawie kondycji praw pracowniczych. Wiem jednak, że są to marzenia ściętej głowy, bo łatwiejsze jest odwracanie uwagi i deklaracje wsparcia dla obrońców granicy. Nawet skandalicznych słów biskupa Meringa o Niemcach, którzy nie są i nigdy nie będą naszymi braćmi, z wyjątkiem abp. Józefa Kupnego żaden z hierarchów na poważnie nie skomentował.

Co więcej, mam wrażenie, że po wygranej Karola Nawrockiego frakcja narodowo-konserwatywna w episkopacie się umocniła, a jej ofiarą stała się z jednej strony komisja niezależnych ekspertów badających zjawisko wykorzystywania seksualnego małoletnich, a z drugiej – Katolicka Agencja Informacyjna. Logiczną konsekwencją będzie dalsze umacnianie się przekazu narodowego czy wręcz odtworzenie kategorii księży-patriotów. Jeśli spojrzeć na retorykę stosowaną przez niektórych duchownych, trąci ona już dziś gomułkowskim zwrotem nacjonalistycznym.

Racjonalizacja narodowej narracji

Trzecia z moich obserwacji dotyczy reakcji komentariatu na sytuację przy granicy, w tym pojawienie się Ruchu Obrony Granic. Odnoszę przemożne wrażenie, że nie tylko partie polityczne i Kościół, ale także inne podmioty życia publicznego starają się wpisać w obecny zwrot kapitalistyczno-nacjonalistyczny. Podobnie jak w przypadku Kościoła, nie ma w nim nic zaskakującego. 

Wybory prezydenckie wyraźnie pokazały przesunięcie polskiego społeczeństwa w prawą, mocniej antysystemową stronę. Jeśli ktoś chce się utrzymać na powierzchni debaty publicznej, ma dwa wyjścia – albo dryfować za odbiorcami, albo wejść w radykalną kontrę jako ktoś, kto budzi oburzenie większości. Tertium non datur. Obie strategie wydają się zresztą uzasadnione, co tłumaczy polityczny sukces zarówno Grzegorza Brauna, jak i Adriana Zandberga.

Potwierdzeniem tego przesunięcia mogą być wyniki najnowszych badań wspomnianego już Przemysława Sadury oraz Sławomira Sierakowskiego pt. „Nowy duopol obali ten system” („Krytyka Polityczna”). Autorzy na podstawie zarówno badań ilościowych, jak i jakościowych rysują współczesny obraz polskiego społeczeństwa, z którego wyłania się (dodajmy – w elektoratach wszystkich największych sił politycznych!) rosnąca akceptacja dla autorytaryzmu, radykalizmu, antyinstytucjonalnej sprawczości i antysystemowości, a przede wszystkim – haseł kojarzonych do tej pory z prawicą. 

Z innych źródeł dochodzą głosy, że nawet lewica może być zdeterminowana, by przeprowadzić zwrot w kierunku populistycznym, a tym samym – nacjonalistycznym. Wygrana Karola Nawrockiego, a może jeszcze bardziej przegrana Rafała Trzaskowskiego pokazują, że o kształcie polityki i życia publicznego w najbliższych latach będzie decydować lud, a zwłaszcza – jego emocje. Skoro nawet z łona Kościoła płyną głosy zachęty dla kultu siły i przemocy, to niespecjalnie widać dziś środowisko, które mogłoby stanąć w kontrze do takiej narracji.

To prowadzi mnie do konkluzji, że skoro nawet środowiska, które do tej pory starały się wprowadzać jakąś racjonalność do debaty publicznej, dziś są gotowe pójść za tym emocjonalnym, antyrefleksyjnym, autorytarno-przemocowym zwrotem – to trudno będzie odnaleźć przestrzeń, w której możliwa stanie się bardziej pogłębiona, instytucjonalna refleksja nad wyzwaniami, z którymi przyjdzie nam się mierzyć w najbliższej przyszłości.

Jednocześnie nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że takie inicjatywy jak Ruch Obrony Granic nie tylko nie pomogą nam rozwiązać realnych problemów (w tym z integracją imigrantów i zagrożeniami dla bezpieczeństwa wewnętrznego), ale spowodują pojawienie się nowych. Również dlatego, że inicjatywy te będą koncentrować naszą uwagę bynajmniej nie tam, gdzie leżą realne źródła trapiących nas kłopotów. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Imigrancki swing state