Ilu widzieliście imigrantów? Reportaż z zachodniej granicy

Nie ufają mediom, nie ufają władzy, nie ufają służbom państwowym. Wielu twierdzi, że przyjechało na granicę z potrzeby serca, a nie z namowy polityków. Kim są ludzie, którzy doprowadzili do największego kryzysu rządów Donalda Tuska? Oceńcie ich sami.

Czyta się kilka minut
Patrol obywatelski na przejściu granicznym z Niemcami w Rosówku. W tle niemieccy strażnicy graniczni przeprowadzają wyrywkową kontrolę. 5 lipca 2025 r. // Fot. Krzysztof Jabłonowski
Patrol obywatelski na przejściu granicznym z Niemcami w Rosówku. W tle niemieccy strażnicy graniczni przeprowadzają wyrywkową kontrolę. 5 lipca 2025 r. // Fot. Krzysztof Jabłonowski

Od blisko trzech tygodni patrolują granicę polsko-niemiecką i pełnią dyżury na przejściach. Chcą, by Polska pozostała taką, jaka jest, a to oznacza, że muszą bronić jej przed przybyszami z Azji i Afryki. Konfrontowani ze statystykami – z Niemiec do Polski trafia przecież tylko garstka imigrantów – robią się nieufni. – Widzimy różne dziwne zdarzenia – twierdzą. Zarazem wielu z nich nie chce mieć nic wspólnego z Robertem Bąkiewiczem i jego Ruchem Obrony Granic, ani też z PiS-em czy Konfederacją.

„My tylko wywieramy presję”

– Nie chcemy pieniędzy, ale możemy dać faworka – pani Agata stanowczo odmawia przyjęcia zwitka banknotów od pasażera czarnego Audi, chcącego wesprzeć protest na granicy. Przy grupce stojącej na podszczecińskim przejściu granicznym Lubieszyn-Linken, co chwila ktoś się zatrzymuje. Z wielkiego BMW wyłania się wysoki mężczyzna. Przywiózł dwie zgrzewki energetyków. – Żebyście mieli siłę gonić „inżynierów” – śmieje się.

Agata jest tu z mężem i dwunastoletnim synem. Na co dzień mieszka w gminie Police i zajmuje się naturopatią (środowisko medyczne uważa ją za pseudonaukę). Przyjmuje w gabinecie w Szczecinie. Jej mąż dużo jeździ w interesach za granicę. – Zobaczyliśmy, co się tu dzieje, i po prostu przyjechaliśmy – tłumaczy. – Wcześniej nie działaliśmy społecznie. Byliśmy z mężem jeden raz na manifestacji przeciw obostrzeniom covidowym – wspomina.

– Wczoraj w nocy była akcja – opowiada z błyskiem w oku Agata. – Strażnicy polscy i niemieccy pojechali razem w głąb lasu na wysokości Kościna. Chłopcy pojechali za nimi, ale w końcu ich zgubili. Tam coś musiało się zdarzyć – mówi z przekonaniem.

Jest piątek wieczór. Kilkadziesiąt godzin przed wprowadzeniem stałych kontroli na granicy. Przy przejściu w Lubieszynie stoi nieco ponad 30 osób. Na parkingu, kilkadziesiąt metrów dalej, kilkuletni SUV Porsche i dwa niemal nowe BMW. Są również skromniejsze auta, a nawet takie zupełnie zdezelowane.

W dużym białym namiocie jest centrum zaopatrzeniowe. Można zrobić sobie herbatę i kawę. Koło drogi ustawiono kilka krzeseł, ale na nich głównie przesiadują seniorzy. Młodzi trzymają się z tyłu. Dyskutują o planach na noc. Słyszę, że zbiorą się na pobliskim Orlenie. Będą krążyć po okolicy i sprawdzać, czy ktoś nie próbuje przedostać się przez granicę poza oficjalnymi przejściami.

Po niemieckiej stronie cztery policyjne furgonetki i jeden mniejszy van. Trwają wyrywkowe kontrole. Polscy policjanci trzymają się z boku. Obserwują. Dopiero późnym wieczorem organizują stanowisko przy drodze i zaczynają kontrole busów. Osobówkom dają spokój. Jak słyszę, robią to po raz pierwszy. – I widzisz, o to chodzi – tłumaczy mi starszy mężczyzna. – My tylko wywieramy presję. Bez nas by tego nie było – zapala się.

Gdy pytam, czy kręcą się tu jacyś imigranci, przyznaje, że ani razu ich nie widział.– Wciąż jednak Niemcy podjeżdżają. Pewnie chcą przekazywać ich naszym. No, ale jesteśmy my – uśmiecha się znacząco.

„Nie chcę, żeby tu było jak na Zachodzie”

To samo pytanie zadaję kolejnym ludziom i ciągle słyszę o „dziwnych” zdarzeniach z udziałem służb. Na przykład o białej furgonetce, której nasi nie skontrolowali. – A podjechała akurat, jak na pięć minut odeszli! – irytuje się mój rozmówca.

Na uboczu trzyma się dwóch chłopaków w bluzach Pogoni Szczecin. Kilka metrów dalej postawny mężczyzna z gęstą brodą, w koszulce z napisem „Anti Antifa”. Uwagę zwraca ruchliwy młodzieniec. Jest na miejscu bez przerwy od kilku dni, prawie nie śpi. Na godzinę dołącza też para młodych ludzi w kamizelkach taktycznych. Przechadzają się po przejściu i z każdym zbijają piątkę. Widać, że są tu dobrze znani.

Z namiotu rozbitego nieopodal przejścia wychodzi dwudziestoparolatek w mundurze wojskowego ratownika medycznego. Opowiada, dlaczego odszedł ze służby w armii. – Jestem cały połamany po tej robocie. Może trzeba było tyle razy nie zeskakiwać ze Stara na beton – tłumaczy swoje problemy z kręgosłupem. – Teraz pracuję przy organizacji imprez masowych. Zajmuję się montowaniem scen – mówi. Gdy pytam, dlaczego tu jest, odpowiada bardzo głośno, tak żeby wszyscy usłyszeli. – Nie chcę, żeby tu było jak na Zachodzie. Żeby zgwałcili mi kogoś z rodziny.

Od strony Niemiec powoli nadjeżdża czarny sedan z uchylonymi szybami. „Jebać PiS! Jebać PiS!” – skanduje ze środka kilku młodych mężczyzn. – Przecież my nie jesteśmy z PiS – wzdycha starszy mężczyzna. Opowiada, jak wywołał skandal żółtą kamizelką z napisem „Ochrona Granicy. Police”. – A ja przecież jestem z gminy Police – śmieje się. Mówi, że na zmianę kamizelki naciskali Niemcy. – No to założyłem kamizelkę „Ochrona Granicy”, bez „Police”.

Rozmawiam z emerytem poruszającym się na wózku. – Elektronik, pracowałem 30 lat, potem renta – przedstawia się. Mówi o przykrym zdarzeniu z udziałem około 60-letniego policjanta. – Przyczepił się, że samochodem wjechałem, a jest zakaz ruchu. W uliczce, po której nikt nie jeździ – oburza się. – Pokazałem mu wszystkie papiery na niepełnosprawność, a on: proszę mi pokazać nogi. Skandal!

„Jestem obywatelem i bronię granic”

Na granicę przyjeżdża Przemysław Słowik, szczeciński radny z Partii Zieloni. – Niech pan nie prowokuje – krzyczy w jego stronę starszy mężczyzna. Nie ma wątpliwości, radny jest tu niemile widziany. – Przyjechałem zapytać, ilu tak naprawdę widzieliście imigrantów. Nikogo nie prowokuję, nie byłem tu przecież od niedzieli – zapewnia spokojnie Słowik. – Jestem obywatelem i bronię granic tego państwa! – krzyczy do niego starszy mężczyzna.

Pomiędzy grupkami dumnie przechadza się około 70-letni mężczyzna w czapce Nike i z zatkniętą na plecach biało-czerwoną flagą. Podchodzi do głośno dyskutujących osób, w większości emerytów. Rozmawiają o planowanej na niedzielę wizycie Jarosława Kaczyńskiego na przejściu w Rosówku. Ktoś dopytuje, czy to prawda, że przyjedzie Grzegorz Braun. Tematem dnia jest jednak niedawna wypowiedź Adriany Porowskiej w Kanale Zero. Minister z Polski 2050 powiedziała, że osoby, które stoją na granicach to członkowie pisowskich bojówek.

– Wczoraj na przejściu w Stolcu stała dziewczyna z małym dzieckiem. To są te bojówki? – pyta około 40-letnia Kamila. Zna granicę, bo kiedyś sama jeździła z mężem do Berlina. W rozmowie kilkakrotnie podkreśla, iż wierzy w moc społeczeństwa obywatelskiego. Kamila chętnie rozmawia o polityce, ale to rzadkość wśród patrolujących okolicę ludzi, zwłaszcza tych młodszych i średnich wiekiem. Jedna z takich osób, Agata, opowiada o samorządowcach, którzy wyśmiewają obrońców granicy w mediach społecznościowych. Sama nieufnie patrzy również na tych polityków, którzy deklarują poparcie. 

– Przyjeżdżają i odjeżdżają. Lansują się na nas. A tu są obywatele! – emocjonuje się. – Widzi pan, kto tu stoi: i emeryci, i młodzi, którzy przyjeżdżają po całym dniu ciężkiej pracy.

Na przejściu pojawia się Monika Rutke z Telewizji Republika. Operator szybko rejestruje kamerą sytuację wokół i zwija sprzęt. Żadnych wywiadów nie nagrywają. – Są tu wszystkie telewizje – tłumaczy Kamila. – Nikt nas nie bojkotuje, był nawet TVN – mówi.

„Byłem, widziałem, wiem, jak jest”

Rozmawiam z na oko 45-letnim Robertem. Pracownik IT. – Robię za taksówkarza. Przyjechałem tu z ciekawości na kilka minut, a siedzę do teraz – śmieje się. – Mam sceptyczne podejście do mediów. Będąc tu, zawsze będę mógł powiedzieć: byłem, widziałem, wiem, jak jest – wyjaśnia.

Robert zastrzega, że jeżeli do grupy dołączy jakiś polityk, usunie się w cień. – Nie chcę być z nimi na zdjęciach. To jest ruch obywatelski – mówi. – Te kontrole wprowadzili dzięki nam. Ale „oni” to robią ze strachu przed ludźmi, a nie żeby coś zmienić – irytuje się, choć sam nie widział ani jednego imigranta. – Wiesz, ludzie lubią spiskowe teorie. Ale jestem tu któryś dzień i coś jest na rzeczy. Jest za dużo zdarzeń, których nikt nie wyjaśnia – mówi.

Rozmawiamy o sytuacji sprzed chwili. Przy nieoznakowanym kontenerze, stojącym po niemieckiej stronie, ktoś wypatrzył mężczyznę. Podobno ciemnoskórego. Niemieccy funkcjonariusze odprowadzili mężczyznę do radiowozu i odjechali z powrotem. Po polskiej stronie nikt go nie zauważył. „Ale czy nie zostałby podrzucony do Polski, gdyby nie ludzie na granicy?” – zastanawiają się patrolujący przejście.

58-letni Andrzej całe życie pracował jako kierowca TIR-a. Jeździł głównie po Niemczech. Dziś czeka na emeryturę i pracuje w Szczecinie tylko po kilka godzin dziennie. Narzeka na rząd, na coraz wyższe rachunki i drogie jedzenie w sklepach. – Nie da się tych lewaków zrozumieć. Różnorodności chcą. Nie ma się jak dogadać – macha ręką. – My, prawica, nie lubimy Tuska za to, że rujnuje gospodarkę i nie inwestuje w wielkie projekty. A oni nie lubią PiS, bo tak. Więc jest różnica, jeśli chodzi o kulturę po naszej stronie – przekonuje.

Siadam koło 20-letniej Wiktorii, która akurat robi live’a na TikToku. Odpowiada na komentarze widzów. – Jestem w szoku, że nikt mnie dziś nie hejtuje – mówi ze śmiechem. – A ostatnio zablokowali mi relację za mowę nienawiści. Zastanawiam się teraz nad każdym słowem – mówi. Tymczasem widzowie zadają Wiktorii coraz więcej trudnych pytań. – „Gdzie ci imigranci?” – pisze jeden z nich. – Nie wiem, zapytaj niemieckiej policji – odpowiada Wiktoria, która na granicy pojawia się codziennie. Ona również nie chce, by w Polsce było jak na Zachodzie, bo dobrze pamięta swój pobyt w Paryżu.

– Nie sprawdziłam dzielnicy, w której mieliśmy hotel. Budzę się rano, a dookoła targ arabski. Jakieś kłótnie, chaos. Idę do centrum miasta, a tam wszędzie namioty i bezdomni – wspomina. Dyżury na granicy to jej pierwsze doświadczenie aktywistyczne.

Podczas naszej rozmowy pojawia się coraz więcej kąśliwych komentarzy do live’a Wiktorii. „Jesteście ludźmi, którym nic nie wyszło i nie mają roboty” – pisze ktoś. – Człowieku, jest weekend. Ludzie mają wolne – wzdycha Wiktoria. „Kto wam płaci?” – pyta kolejny widz live’a.

„Leżałem na kanapie i trafiłem na posta”

Po nocy spędzonej w Lubieszynie robię rundkę po innych okolicznych przejściach. Jadę stuletnią niemiecką drogą z doskonale zachowanymi kocimi łbami, ukrytymi w tunelu mieszanego lasu. Granicę w Buku poprzedza małe rondo z dwiema piknikowymi altanami. Po jednym pasie drogi w każdą stronę. Samochodów jak na lekarstwo, ale spotykam wspólny patrol funkcjonariuszek Straży Granicznej i Policji. Podchodzą do samotnego mężczyzny, który dyżuruje na granicy. Pytają, czy wszystko w porządku i czy niczego ciekawego nie zauważył.

Funkcjonariuszki odchodzą, a ja pytam, czy na przejściu w ogóle coś się dzieje. – Proszę pana, cały czas coś się dzieje – burzy się mężczyzna. – Są różne dziwne ruchy. Ostatnio nasi pogranicznicy gonili tu kogoś po łąkach – opowiada, po czym żali się na polskie władze. Jak twierdzi, przyjmują imigrantów z lewymi dokumentami, wystawionymi w Niemczech, w których rzekomo wszyscy przybysze urodzili się 1 stycznia. – Przecież to absurd – mówi z irytacją w głosie.

Mężczyźnie chodzi zapewne o dokumenty wręczane imigrantom przebywającym w Niemczech bez żadnego dowodu tożsamości. Według relacji zza Odry, jeśli tamtejsze służby nie są w stanie zweryfikować prawdziwej daty urodzenia imigranta, wpisują 1 stycznia i rok, który mniej więcej pasuje do wyglądu. – Czy nasza Straż Graniczna sprawdza ostatnie logowania ich telefonów? Może oni nigdy nie byli w Polsce? – dopytuje mężczyzna, który twierdzi, że „Niemcy pozbywają się ludzi żyjących na bakier z prawem albo chorych”, podrzucając ich do naszego kraju, bez dowodów, że od nas przybyli. Gdy pytam, w jaki inny sposób mieliby znaleźć się na terenach dawnej NRD niż przez naszą granicę z Białorusią, nie potrafi udzielić przekonującej odpowiedzi.

Małe przejście pieszo-rowerowe w Stolcu to urokliwy szlak turystyczny. Polskie i niemieckie słupki graniczne toną w gęstwinie chwastów. Nazwa tej miejscowości często przewija się w facebookowych relacjach. Pilnujący granicy wspominają w nich o niemieckich patrolach, które podjeżdżają samochodami w okolice granicy, po czym szybko się wycofują. „Prowokują nas” – komentują internauci.

Spotykam Pawła, który na przejściu pełni akurat samotny dyżur. – Leżałem w domu na kanapie i trafiłem na posta z Lubieszyna, że granicy pilnuje tam już 30 osób – wspomina. – Pomyślałem, pojadę. I tak trafiłem na Rosówek, gdzie było już kilku chłopaków. Zapytałem, czy mogę dołączyć.

Paweł ma 41 lat. Kilka lat spędził w Norwegii. Teraz zmienia pracę i ma kilka dni przestoju. – Nie chcę, żeby było jak tam – tłumaczy. – Jestem patriotą i kocham Polskę. Mam to od ojca – mówi z patosem w głosie, bardzo naturalnym w jego przypadku.

„A, to pan? Już nas ostrzegali, że pan jeździ”

Na przejściu w Dobieszczynie przejeżdżające samochody obserwuje około 50-letni mężczyzna. Po chwili dołącza do niego kolejnych trzech wracających z pieszego patrolu w lesie. Za kilka minut pojawia się jeszcze jeden. Prowadzi rower. – Nie da się jeździć po tym piasku – tłumaczy.

Mija nas para jadąca szybko na rowerach. – Pajace – rzuca kobieta w stronę „strażnika” granicy. Jej partner też coś wykrzykuje. – Pozdrawiamy serdecznie – odpowiada jeden z dyżurnych. Mówi, że angażuje się w ochronę granicy już od kilku miesięcy, „żeby chronić żonę i dzieci”. Robi się nieufny, gdy w rozmowie wychodzi, że oprócz pracy w TVP, mam też kilkuletnie doświadczenie w TVN. – A, to pan? Już nas ostrzegali, że pan jeździ – mówi oschle i wyraźnie traci ochotę na rozmowę.

Inicjatywę przejmuje jego kompan. Dopytuję o „Ruch Obrony Granic” Roberta Bąkiewicza. – Nie jesteśmy z żadnego ruchu obrony granic – irytuje się. – Jesteśmy mieszkańcami tych terenów i to jest nasza działalność obywatelska – kwituje.

W Rusocinie dyżuruje około dziesięciu osób. Duży biały namiot z szyldem: „Tu jest Polska. Nasz dom, nasze zasady. NIE dla inżynierów”. Przy drodze dwa krzesełka. Tuż obok dwójka strażników granicznych przeprowadza wyrywkowe kontrole. 200 metrów dalej, ich niemieccy koledzy robią to samo. Wszyscy są bardzo skrupulatni.

Grupka mężczyzn gromadzi się wokół 30-letniego Pawła. – No weź mu powiedz, żeby on wreszcie przeszedł na naszą stronę – śmieje się jeden z nich. – Ty naprawdę nie jesteś za prawicą? – pyta inny. – No przecież od kilku dni wciąż wam to powtarzam! – odpowiada Paweł.

Na przejściu pojawia się regularnie od blisko tygodnia. Pochodzi ze Szczecina. Ma ksywę „Lewak”. Deklaruje, że jest liberałem i z całego serca popiera swobodny przepływ osób w strefie Schengen. – Natomiast sprzeciwiam się niekontrolowanej imigracji – zastrzega. Wyjaśnia, że pracuje w branży nieruchomości i często współpracuje z Niemcami. – Moje klientki mówią, że boją się wyjść wieczorem na ulicę. Dlatego tu stoję – tłumaczy.

„Proszę, nie zrób z nas pijaków”

Liderem patrolu w Rosówku jest 34-letni Konrad Rączka, radny ze Starachowic. Nie spał od 48 godzin. Chodzi w koszulce ze zdjęciem Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”, żołnierza Armii Krajowej i podziemia niepodległościowego, straconego przez komunistów w 1946 roku – razem z Danutą Siedzikówną „Inką”.

Strażnicy graniczni i członkowie patrolu obywatelskiego na przejściu granicznym z Niemcami w Rosówku. 5 lipca 2025 r. // Fot. Krzysztof Jabłonowski

Rączka to postać znana na granicy; opowieści o nim słyszałem już w Lubieszynie. On sam wspomina, że wszystko zaczęło się od posta z filmem, który 23 czerwca udostępnił na Facebooku poseł PiS Dariusz Matecki. Widać na nim kilku młodych, ciemnoskórych chłopaków, odprowadzanych przez niemieckie służby w stronę Polski, i protest ludzi patrolujących granice.

Stały dyżur w Rosówku pełni również „Pedagog”. Przyjechał aż z Biskupca na Mazurach. – Jestem z wykształcenia nauczycielem, stąd ta ksywka – tłumaczy. Pierwszy dyżur Rączka wyznaczył mu na posterunku w polu, kilkaset metrów od drogi. „Pedagog” nie protestował, próbę zaliczył na medal. Następnego dnia pilnował już przejścia, ramię w ramię ze starachowickim radnym.

Teraz Rączka i „Pedagog” mieszkają w namiotach nieopodal punktu kontrolnego. Traktują się jak najlepsi kumple. O patrolowaniu granicy mówią śmiertelnie poważnie, ale chętnie dzielą się anegdotami.

Pedagog wspomina jeden z pierwszych dyżurów w lesie, pełniony razem z 70-letnim kolegą. Był środek nocy i nagle zauważyli kręcące się opodal, podejrzane sylwetki. Szybko zorientowali się, że to nie żadni imigranci, tylko niemieccy strażnicy graniczni, więc próbowali się wycofać, żeby uniknąć krępującego spotkania. Wszystko na nic. „I seeee youuuu” – usłyszeli łagodny głos z niemieckiego megafonu. Zupełnie jak w zabawie w chowanego. „Pedagog” pokłada się ze śmiechu, gdy wspomina to zdarzenie.

Ludzi na przejściu w Rosówku pytam, po co w ogóle te patrole, skoro imigrantów przekraczających granicę nie widać. W odpowiedzi słyszę, że nie o ich liczbę tu chodzi. – Widzisz tych strażników granicznych? Wczoraj ich jeszcze nie było. Wymusiliśmy na państwie, żeby zaczęło działać – mówi mi Paweł, „Lewak”.

Konrad Rączka dodaje: – Tylko proszę Cię, napisz, jak jest. Nie zrób z nas pijaków czy innych – mówi.

Starałem się napisać, jak było. Co usłyszałem i co zobaczyłem na własne oczy. Nie widziałem tylko imigrantów.

Imiona niektórych bohaterów tekstu zostały zmienione

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”