Kryzys migracyjny bez migrantów. Co się właściwie dzieje na polsko-niemieckiej granicy

Pierwszą fazę sporu o migrantów na polsko-niemieckiej granicy gabinet Donalda Tuska przegrał i z Niemcami, i z opozycją w kraju. W drugiej sporo jest jeszcze do wygrania. Na czele z przyszłością strefy Schengen.
Czyta się kilka minut
Pikieta Ruchu Obrony Granic przy polsko-niemieckim moście na Nysie Łużyckiej. Porajów, gmina Bogatynia. 3 lipca 2025 r. // Fot. Krzysztof Ćwik / PAP
Pikieta Ruchu Obrony Granic przy polsko-niemieckim moście na Nysie Łużyckiej. Porajów, gmina Bogatynia. 3 lipca 2025 r. // Fot. Krzysztof Ćwik / PAP

Gdy rząd nie dostrzega problemu, który mieszkańcy pogranicza widzą z okien własnych domów, kryzys jest nie do uniknięcia. Zwłaszcza gdy władza próbuje ich jeszcze uspokajać i przekonuje, że przesadzają. Bo co z tego, że na zachodniej granicy nie wzrosła znacząco liczba migrantów, których strona niemiecka nie wpuściła do kraju lub cofnęła do Polski w trybie readmisji przewidzianej unijnymi przepisami? W oficjalnych statystykach faktycznie mowa o raptem kilkuset osobach. 

W przygranicznych miejscowościach ludzie stojący za tymi liczbami stali się jednak na tyle widoczni, by wzbudzić zaniepokojenie i wątpliwości co do dokładności rządowych danych. Trudno się temu dziwić. Mieszkańcy polsko-niemieckiego pogranicza od kilku dni publikują w sieci kolejne nagrania, na których widać z grubsza to samo. Do polskiej miejscowości wjeżdża niemiecki wóz policyjny. Funkcjonariusze wysadzają na pobocze kilka osób i odjeżdżają w siną dal. Bez udziału polskich kolegów, a chyba także bez ich wiedzy.  

Jak rząd Tuska radzi sobie z sytuacją na granicy z Niemcami

Obóz Koalicji Obywatelskiej początkowo nie dostrzegał w tym zagrożenia. Problem ze zrozumieniem, o co toczy się gra na granicy, mieli też jego akolici, bagatelizujący problem. Czy członkowie patroli obywatelskich pilnujących granicy zdają sobie sprawę, że jej nielegalne przekroczenie w polskim prawie jest tylko wykroczeniem? – pytał w „Krytyce Politycznej” prawnik Łukasz Hassliebe, publikujący pod pseudonimem Galopujący Major. Zapewne nie mieli bladego pojęcia, ale zapoznanie ich z treścią artykułu 49a kodeksu wykroczeń (chodzi o przekroczenie granicy bez użycia przemocy albo podstępu), który publicysta erudycyjnie przywoływał w tym kontekście, raczej nie uspokoiło kogoś, kto nad ranem, wychodząc do pracy, potyka się o migrantów śpiących ukradkiem na klatce schodowej. 

W końcu jednak premier Tusk ogłosił, że na zachodniej granicy samozwańcze patrole antyimigranckie, zwoływane m.in. przez sympatyzujący z PiS-em Ruch Obrony Granic Roberta Bąkiewicza, zastąpi Straż Graniczna. Od 7 lipca na przejściach z Niemcami i Litwą przywrócono kontrole. Nie po to, żeby zatrzymywać migrantów usiłujących przedostać się do Niemiec, lecz po to, by stronie niemieckiej utrudnić przerzucanie do Polski cudzoziemców, których nie chcą widzieć u siebie.

Ilu migrantów Niemcy odsyłają do Polski?

Od stycznia do połowy czerwca niemiecka policja miała w ten sposób odesłać do Polski zaledwie 170 osób. Czyli średnio 28 na miesiąc i zaledwie 3,2 osoby na każde z 52 przejść granicznych, na których Warszawa właśnie wznowiła kontrole. Tak wynika z oficjalnych statystyk niemieckiej policji. Inna sprawa, że składają się na nie wyłącznie przypadki spełniające kryteria rozporządzenia Dublin III, które przewiduje, że po zatrzymaniu migranta bez prawa wjazdu do danego kraju członkowskiego można odesłać go do państwa, w którym po raz pierwszy postawił stopę na unijnej ziemi.

Czy takie kryteria spełnia również sytuacja, która miała miejsce nad ranem 29 czerwca na drodze pomiędzy przygranicznym Ostritz a położonym kilka kilometrów dalej na zachód Kiesdorf, na której zatrzymano ośmiu Somalijczyków i jednego Marokańczyka? Mężczyźni mieli od 18 do 27 lat i zostali przewiezieni do Niemiec przez nieznanego wcześniej przemytnika. Nie posiadali dokumentów wymaganych do przekroczenia niemieckiej granicy. Po przewiezieniu na posterunek policji i po wykonaniu niezbędnych czynności wszyscy zatrzymani zostali odesłani do Polski.

Niemiecka policja prowadzi kontrolę na granicy z Polską. Frankfurt nad Odrą, 4 lipca 2025 r. // Fot. Patrick Pleul / AFP / East News

Na jakiej podstawie? W odpowiedzi na pytanie zadane przez „Tygodnik” Marcel Pretzsch z lokalnej policji wyjaśnił, że migranci zostali dostrzeżeni przez okolicznych mieszkańców w momencie, kiedy przekraczali granicę. Żaden z zatrzymanych nie złożył wniosku o azyl (nie wiadomo czy im to umożliwiono), a niemiecka policja przewiozła ich do Polski i pozostawiła po prostu przy drodze, ponieważ wspólnotowa procedura readmisji, która miała w tym przypadku zastosowanie, nie wymaga asysty polskich służb.
   
Wiele wskazuje na to, że podobnych przypadków jest więcej, niż wynika ze statystyk. Strona niemiecka oficjalnie zapewnia, że odsyła do Polski jedynie migrantów zatrzymanych „na granicy”, ale z tych samych wyjaśnień tamtejszych funkcjonariuszy wynika, że „granica” w ich interpretacji może oznaczać... całe Niemcy. Federalne przepisy stanowią, że do czasu zakończenia działań policyjnych bezpośrednio związanych z przekroczeniem granicy nikt formalnie „nie wjeżdża” na teren RFN – nawet jeśli w rzeczywistości przekroczył linię graniczną. Przy takiej wykładni do Polski można odesłać nawet osoby zatrzymane w Zagłębiu Ruhry.

W praktyce, jak można usłyszeć od funkcjonariuszy polskiej straży granicznej, ich niemieccy koledzy najczęściej odsyłają na wschód migrantów zatrzymanych bez stosownych papierów w pasie około 30-50 kilometrów od granicy z Polską. Większość z nich nie ma również dokumentów, które poświadczałyby, że do strefy Schengen wjechali w Polsce – bo mieć ich nie mogą. Przemytnicy, którzy nad Odrę zwożą ich znad białoruskiej granicy, nie wystawiają przecież paragonów. Niemiecka policja jako dowód wskazuje czasem na kwity z polskich Żabek i Biedronek, albo bilety PKP rzekomo znalezione przy migrantach. Żaden sędzia nie przyjąłby takiego dowodu w trakcie procesu, ale procedura readmisji nie wymaga ani wyroku sądu, ani nawet poinformowania zainteresowanej strony, że zostaną do niej odesłani migranci.

System jest więc dziurawy i niespójny, przyznają nieoficjalnie polscy strażnicy graniczni. Procedury strefy Schengen pisano z myślą o czasach, gdy do unijnych bram nie pukały co roku miliony zdesperowanych ludzi uciekających do lepszego świata. A co ważniejsze, nie pisano ich także z myślą o świecie polityki, w którym bezpieczeństwem można grać jak piłeczką.      

O co grają PiS i Konfederacja na polsko-niemieckiej granicy

Nieprzypadkowo wspólnym mianownikiem publicznych wystąpień polityków PiS od kilkunastu dni jest opowieść o „kryzysie migracyjnym” na naszej zachodniej granicy, wywołanym nie tyle przez Niemcy, ile przez uległość rządu Tuska wobec Berlina. Rzeczywista skala problemu nie ma tu najmniejszego znaczenia. Fakty nie mogą przecież psuć dramaturgii opowieści o zachodniej granicy trzeszczącej pod naporem niemieckich pushbacków.

Sytuacja na zachodzie kraju stała się paliwem m.in. dla Konfederacji. Wicemarszałek Krzysztof Bosak stwierdził na antenie Polsatu, że „rząd obecnej koalicji traktuje Polskę jak pojemnik na odrzuty”. „Murem za polskim mundurem” stanął z kolei Mateusz Morawiecki, zarzucając swemu następcy na fotelu premiera, że wskutek decyzji jego podwładnych policjanci i strażnicy graniczni „w bardzo szczupłym składzie etatowym usiłują bronić granicy”.

O „kryzysie migracyjnym” wielokrotnie mówił także Mariusz Błaszczak, zapowiadając w Świecku kontrole poselskie parlamentarzystów PiS na przejściach granicznych. W Gorzowie Wielkopolskim, czyli jakieś 50 kilometrów od pasa przygranicznego, miejscowy działacz PiS za nielegalnych migrantów uznał członków senegalskiego zespołu Saly Velingara Ballet, którzy na zaproszenie miasta przyjechali na tamtejszy festiwal tańca Folk Harbour. Pochodząca z Gorzowa europosłanka PiS Elżbieta Rafalska zdążyła z tej okazji nawet zmyć w sieci głowę Tuskowi za lekceważenie wysiłków Ruchu Obrony Granic. Gdy migranci okazali się artystami, a policja musiała im zapewnić ochronę, Rafalska po prostu usunęła wpis ze swoich kont, nie publikując wyjaśnień.

Podobną strategię obrał jej kolega z brukselskiej ławy Dominik Tarczyński, który wzywał do „Wielkiej Deportacji”, ilustrując ten apel... nagraniem z kamer przemysłowych z Lubina (111 kilometrów od najbliższego przejścia granicznego z Niemcami), na którym widać dwóch nagich Etiopczyków, którzy zdołali zbiec handlarzom ludźmi.    

Nietrudno zgadnąć, jaki cel mają takie zagrania. W przekazie polityków opozycji sytuacja na granicy ma przybierać wymiary kryzysu porównywalnego z apogeum hybrydowych ataków na nasze wschodnie rubieże z jesieni 2021 r. Prawo i Sprawiedliwość gładko weszło wtedy w rolę szeryfa, który broni polskiej racji stanu bez oglądania się na krytykę, normy społeczne i potencjalne konsekwencje prawne czy dyplomatyczne. 

Dziś na zachodzie Polski nie ma wprawdzie ostrego kryzysu, a prawdę powiedziawszy, nie ma go w ogóle. Są jednak punktowe objawy niepokoju i niezadowolenia, które można nanizać na nić spójnej politycznej narracji, aby następnie pokazać opinii publicznej jako „pogranicze w ogniu”, pozostawione na pastwę niemieckiej policji przez niekompetentną władzę. Cokolwiek zrobi wtedy rząd Tuska, będzie krokiem spóźnionym, jakże różnym od zdecydowanych ruchów Polski, która pod rządami PiS miała odwagę bronić granic przed sabotażem ze strony Białorusi i Rosji.

Czy strefa Schengen przetrwa? 

Prymitywne? Ale działa. Pod względem stosunku do przybyszów spoza Starego Kontynentu od innych europejskich nacji różni nas bowiem siła naszego resentymentu. Jak wynika chociażby z badań Instytutu Pew Research, od lat przodujemy w Unii w nieufności wobec migrantów z krajów muzułmańskich. Dotychczas te obawy bazowały jednak bardziej na naszych wyobrażeniach niż doświadczeniach. Polska po 1945 roku stała się państwem monoetnicznym i praktycznie jednowyznaniowym. Narastająca fala migracji z Ukrainy po 2014 roku nie zmieniła pod tym względem wiele, bo nasi wschodni sąsiedzi byli nam bliscy kulturowo i nie tworzyli zamkniętych społeczności.

Migranci zarobkowi z Azji i Afryki, nowość ostatnich lat, są z kolei wciąż zbyt nieliczni i zepchnięci zbyt głęboko do zakamarków polskiej codzienności, aby przykuwać szczególną uwagę. Podobnie było do niedawna z tysiącami osób przekraczających nielegalnie granicę Schengen na wschodzie naszego kraju – oni parli przecież głównie w stronę Niemiec. Z punktu widzenia temperatury nastrojów społecznych polska polityka migracyjna mogła zatem sprowadzać się do ściągania cichaczem tanich pracowników z Nepalu czy Filipin oraz czekania, aż ci, którzy przedostali się do nas przez dziurę w podlaskim płocie, znikną z horyzontu na drugim brzegu Odry.

Mogła – do czasu, aż przyciśnięte falą migracji Niemcy nie powiedziały dość. Nawet jeśli to niemieckie „genug” jest na razie pozą na potrzeby wewnętrznej polityki, to dla Polski i innych państw granicznych strefy Schengen stanowi ostrzeżenie, że mogą mieć problem, kiedy Niemcy, dotąd będące migracyjnym drenem UE, naprawdę uszczelnią swe granice. Jak podaje Eurostat, w 2023 r. do krajów Wspólnoty nielegalnie przedostało się ok. 385 tys. osób, ale z wydanymi prawidłowo wizami wjechało ich ponad 3,7 mln. Zamknięcie unijnych granic, które dziś postulują niektórzy politycy polskiej prawicy, zapewne doprowadziłoby do skokowego wzrostu liczby tych pierwszych. A Polska, której granice w aż jednej trzeciej długości są też wschodnią rubieżą strefy Schengen, odczuje to jako jedna z pierwszych.

Oficjalne statystyki Berlina mówią, że tylko w ubiegłym roku do Niemiec przybyło ok. 1,7 mln migrantów. Na granicy odmówiono wjazdu zaledwie 10 tysiącom, co może świadczyć zarówno o tym, że niemiecka polityka migracyjna, mimo politycznych pohukiwań, nie rezygnuje z inkluzywności, jak i o tym, że nadzór nad granicami państwa pozostawia wiele do życzenia.

Niemcy: obywatele słabego państwa tęsknią za silną władzą

Nieprzypadkowo antyimigracyjna AfD największym poparciem cieszy się dziś we wschodnich landach. Przy granicy z Polską nie brak miejscowości niemal opustoszałych po exodusie na zachód kraju, który nastąpił tuż po zjednoczeniu Niemiec. Rząd w Berlinie stara się co prawda wysyłać migrantów z prawem do azylu do ośrodków rozsianych po całym kraju, ale właśnie na wyludnionym wschodzie ma najlepsze warunki do zakładania i prowadzenia takich placówek.

Nie znaczy to, że wybór ten cieszy okolicznych mieszkańców. Gdy w miejscowości liczącej mniej niż sto dusz nagle powstaje ośrodek dla kilkuset azylantów, o konflikt naprawdę nietrudno. Jeszcze łatwiej o niego w sytuacji, gdy realia względnie hojnego socjalu dla migrantów zderzą się ze wspomnieniami pierwszych lat po zjednoczeniu, które wielu mieszkańcom byłych Niemiec Wschodnich przyniosły biedę i bezrobocie. Widok kolejnego zmęczonego człowieka o śniadej cerze, który chyłkiem usiłuje opuścić strefę przygraniczną, już dawno przestał tu budzić współczucie. W komunikatach niemieckiej policji coraz częściej pojawia się za to informacja, że zawiadomienie o grupie migrantów funkcjonariusze dostali od miejscowych.

Niemiecka gospodarka drobi w miejscu. Tamtejsze giganty tracą przewagę konkurencyjną nad rywalami z Dalekiego Wschodu i tysiącami zwalniają ludzi. Kleszcze niemieckiej polityki fiskalnej, które przez lata nie pozwalały Berlinowi finansować rozwoju kraju poprzez zwiększanie długu publicznego, sprawiły, że niedomaga infrastruktura. Państwo znane dotąd obywatelom niknie w oczach. Ale nadal wydaje co roku miliardy euro na pomoc ludziom, którzy często nie potrafią złożyć prostego zdania po niemiecku.

To rodzi frustrację, napędzaną dodatkowo wstrząsającymi przypadkami przemocy ze strony migrantów. Podobnie jak inne społeczeństwa krajów rozwiniętych, w których wyczerpał się model rozwoju oparty na symbiozie liberalnej demokracji i wolnego rynku, Niemcy zerkają w stronę autorytaryzmu, w nadziei, że to on zapewni im lepszy byt i spokój. W majowym sondażu instytutu INSA dla gazety „Bild” – AfD osiągnęła 24 proc. poparcia, zrównując się tym samym z chadeckim sojuszem CDU/CSU, rządzącym dziś Niemcami.

Kto chce oczyszczenia kraju z ludzi obcych kulturowo

W USA tego samego politycznego klienta obsługuje Donald Trump, otwierając na bagnach Florydy Alligator Alcatraz dla migrantów, i szyderczo tłumacząc, jak powinni uciekać przed gadami. Prawa człowieka i wartości europejskiej myśli politycznej w tym rachunku nie mają wagi równej interesom „rdzennych obywateli” – jakkolwiek by ich definiować. Doraźny interes większości nie zamierza zaprzątać sobie głowy żadnymi konwencjami. W polityce większe znaczenie miewają tzw. rolki na portalach społecznościowych z relacjami młodych kobiet z Francji, Belgii, Szwecji czy Niemiec, nagabywanych przez migrantów na ulicach.

W Polsce tym samym językiem mówi Konfederacja, gdy jej posłowie nawołują do „oczyszczenia kraju z ludzi obcych kulturowo”. Prawo i Sprawiedliwość, które panicznie boi się silnej alternatywy na prawo od siebie, zapowiedziało nawet projekt ustawy zakazującej wjazdu do Polski obywatelom państw Bliskiego Wschodu, po czym doszło do wniosku, że na taką nowalijkę jeszcze za wcześnie, i ucięło temat. O odpowiedni klimat dla takiego aktu prawnego posłowie z partii Jarosława Kaczyńskiego pracują jednak na zachodniej granicy, zachęcając do uczestnictwa w „obywatelskich” patrolach antyimigranckich.

Być może to tylko zbieg okoliczności, ale na mapie takich blokad na przejściach granicznych najwięcej punktów widnieje dziś w Zachodniopomorskiem. Regionie Polski, w którym – podobnie jak w niemieckich wschodnich landach – transformacja lat 90. kojarzy się z państwem, które niemal z dnia na dzień wycofało się z ich życia.

Współpraca: Łukasz Grajewski, Berlin
 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Strachy w Schengen