Wyzysk po polsku. Kiedy praca staje się handlem ludźmi

Jeszcze parę lat temu najbardziej powszechne były przypadki eksploatacji seksualnej cudzoziemców, teraz „króluje” praca przymusowa. Cierpią głównie Kolumbijczycy.
Czyta się kilka minut
Emigranci z Azji i Europy Wschodniej na plantacji truskawek w okolicy Płońska, woj. mazowieckie. 27 maja 2020 r. // Fot. Jakub Kamiński / East News
Emigranci z Azji i Europy Wschodniej na plantacji truskawek w okolicy Płońska, woj. mazowieckie. 27 maja 2020 r. // Fot. Jakub Kamiński / East News

Półtoramilionowa Barranquilla leży na północy Kolumbii, nad Morzem Karaibskim. Słynie z wysokich temperatur oraz barwnego karnawału. Jednak 26-letni Pablo postanowił przenieść się stamtąd do o wiele zimniejszej Polski. Nie widział dla siebie innej opcji.

– W całej Kolumbii strasznie ciężko o pracę. Na dodatek płaca minimalna to w przeliczeniu 1,2 tys. zł – mówi nam podczas rozmowy przez WhatsApp. – Niedawno minął rok, odkąd wylądowałem w Warszawie, to był pierwszy wyjazd z mojego kraju. Wybrałem Polskę, bo mąż mojej kuzynki już tu był – wspomina.

Podobało mu się. Zwłaszcza śnieg. Ludzie też byli całkiem mili.

Pierwszą pracę Pablo dostał w zakładzie mięsnym na Śląsku, z polecenia krewnego. – Było jak w piekle. Przerwa w ciągu dnia obejmowała 15 minut, z czego zostawało 8, bo resztę zajmowało dojście do stołówki i powrót – mówi. Czas pracy wynosił 12 godzin dziennie, od poniedziałku do soboty. Płacili 16 zł za godzinę, bez żadnej umowy.

Wspólnie z Pablem pracowali też inni Kolumbijczycy, Argentyńczycy, Ukraińcy oraz Gruzini. To nic wyjątkowego – w Polsce zatrudnia się ludzi z najróżniejszych państw, często rekrutowanych przez agencje zatrudnienia. Według ostatnich danych, na koniec 2023 r. pozwolenie na pracę miało 1,53 mln cudzoziemców (co nie oznacza, że każda z tych osób aktualnie przebywa w Polsce). To o 261 tys. więcej niż na koniec 2022 r. Żadne inne państwo w UE nie wydaje tylu zezwoleń na pobyt dla obcokrajowców.

Źle ci? Drzwi otwarte. Tak pracodawcy postępują z Kolumbijczykami

Agencję Leadtrust Pablo poznał dzięki koledze z Kolumbii, który pracował wcześniej w tym samym zakładzie. Odszedł z niego, a w nowym miejscu zarabiał więcej, bo 24 zł za godzinę pracy przy wieprzowinie. – Po zachętach rekruterów zdecydowałem się na zmianę, dałem im też mój paszport – opowiada Pablo.

Pracę rozpoczął w listopadzie 2023 r. w Zakładach Mięsnych „Zakrzewscy” w Kosowie Lackim, między Warszawą a Białymstokiem. – Zrobiłem badania lekarskie, za które agencja pobrała ode mnie 400 zł, ale nigdy nie otrzymałem wyników. Później wzięli jeszcze 700 zł za załatwienie dokumentów, w tym karty pobytu. Jej też nie dostałem – opowiada.

Pablo pokazuje umowę zlecenie z Leadtrust HR, zawartą na dwóch stronach po polsku i po hiszpańsku. Zapisano w niej, że jako pakowacz ręczny zarobi 24 zł brutto za godzinę. Miało ich być 160 w miesiącu, co dawało ok. 3800 zł brutto. W kontrakcie nie było mowy o karach, ale potem okazało się, że za nieobecność w pracy agencja odejmuje 500 zł. – Nawet jeśli byłeś chory, poszedłeś do lekarza i okazałeś zaświadczenie. Dotyczyło to wszystkich – twierdzi Pablo, zapewniając, że wypłata, którą pracownicy ostatecznie dostawali, nie była zgodna z tym, co ustalono. Potwierdza to też inny pracownik, mający dziś status ofiary handlu ludźmi (pracował w różnych agencjach), a także Kolumbijka, która dostała połowę pensji za miesiąc pracy.

– Jeśli komuś nie zgadzało się wynagrodzenie, to ludzie z agencji mówili: „Jak ci źle, to drzwi otwarte. Możesz spadać” – dodaje Pablo, który przy odbiorze dzielonej na transze wypłaty otrzymywał rachunki do podpisania. Na jednym z nich, z 19 grudnia 2023 r., widnieje kalkulacja – 1360 zł wypłaty, minus 700 zł na rzecz „opłaty za rozpoczęcie procesu legalizacji pobytu”.

Pablo odszedł w lutym ub. roku i – jak twierdzi – nie otrzymał pieniędzy za ostatni miesiąc, chociaż pracował każdego dnia, nie licząc niedziel. – W marcu miałem dostać brakujące pieniądze, rozmawiałem nawet z właścicielem agencji. Umówionego dnia nie odbierał jednak telefonu. Próbowałem w kolejnym miesiącu, ale dopiero w czerwcu otrzymałem przelewem tysiąc złotych – opowiada Pablo, pokazując kolejne wiadomości oraz listę swych obecności w pracy.

Agencja odpowiadała też za zakwaterowanie pracowników; Pablo spędził zimę w domu bez ogrzewania. Inny pracownik, 26-letni Gabriel z La Dorada koło Bogoty dodaje: – Agencja pobierała od nas 600 zł miesięcznie za nocleg w pięcioosobowym pokoju. Kolejne pieniądze poszły na odzież ochronną i zezwolenie na pobyt, chociaż nigdy nie dostałem potwierdzenia, że złożono wniosek. Pracowałem po 7 dni w tygodniu, w jednym z nich przepracowałem 252 godziny, ale agencja zapłaciła mi tylko za 200. Po trzech miesiącach mnie zwolnili, bez wypłaty całego wynagrodzenia, po czym wyeksmitowali – twierdzi.

Pieniądze „pod stołem”. Traci ZUS, czyli my wszyscy

Outsourcing to udostępnianie pracowników (często cudzoziemskich) firmie zlecającej usługę, jednak za ich wynagrodzenie odpowiada rekrutująca agencja. Niestety, w Polsce nie ma przepisów, które by taką działalność szczegółowo regulowały, nie ma nawet obowiązku wpisu do Krajowego Rejestru Agencji Zatrudnienia (KRAZ). Na początku listopada było ich tam 8,5 tys. – zajmowały się pośrednictwem pracy, doradztwem personalnym czy pracą tymczasową.

– Agencje zatrudnienia od dekady uczyły się, w jaki sposób można obchodzić przepisy, tak by migrantów nie dotyczyła ustawa o pracownikach tymczasowych lub Kodeks pracy – mówi Magdalena Madzia, działaczka partii Razem, na co dzień pracująca w dziale finansowym firmy zatrudniającej cudzoziemców. Z jej informacji wynika, że niektórzy właściciele agencji płacą pracownikom mniej, niż się zobowiązali, zawyżając opłaty za legalizację pobytu, ubranie robocze, zakwaterowanie i jedzenie. Kary zaś są przeważnie uznaniowe, zdarzają się nawet za zbyt częste korzystanie z toalety czy przerwę za długą o jedną minutę. Na papierze najczęściej nie ma jednak po nich śladu.

Rezygnacja z pracy rzadko wchodzi w grę, bo przybyszom brakuje pieniędzy na bilet powrotny, a agencja grozi wstrzymaniem procedur legalizacji pobytu, co w konsekwencji może oznaczać deportację. W ten sposób cudzoziemiec, licząc, że uda mu się odzyskać zaległe pieniądze, staje się uzależniony od agencji.

– To jest układ, który opłaca się wszystkim poza pracownikami. Państwo dzięki temu ma zapewnione ręce do pracy, a firmy zyskują pracowników tańszych niż Polacy. Agencje zarabiają dzięki ich pracy, a te nieuczciwe mają dodatkowe pieniądze z niewypłaconych godzin. Oszczędzają też na składkach ZUS i podatkach, dzięki pieniądzom wypłacanym „pod stołem” – mówi Magdalena Madzia, zaznaczając, że istnieje też wiele agencji, które działają uczciwie.

Fundacja La Strada w 2023 r. pomogła 295 osobom wykorzystanym przez polskie firmy, z czego ponad jedną trzecią stanowili Kolumbijczycy. Według rządowych danych to właśnie wśród nich odnotowuje się najwięcej ofiar handlu ludźmi – liczba ta urosła od jednej osoby w 2019 r. do 125 w 2023 r. Na drugim miejscu są Gwatemalczycy (75 osób).

Prawo, odległość, język - trzy zmory migrantów

Patologię na rynku pośrednictwa pracy zaczęto dostrzegać w 2015 r., gdy w wyniku aneksji Krymu przez Rosję do Polski zaczęły docierać duże grupy Ukraińców, a potem Gruzinów. Z czasem pojawili się też pracownicy z krajów Azji (m.in. Nepalczycy), a ostatnio głównie z Ameryki Łacińskiej, gdzie zarobki też są marne. Nieznajomość języka i lokalnego prawa plus ogromna odległość od domu ułatwia ich wykorzystywanie. Niektóre agencje obiecują więc, że w ciągu tych trzech miesięcy załatwią legalizację pracy, tymczasem cały proces trwa miesiącami, czasem nawet rok.

15 sierpnia ub. roku polskie MSZ wprowadziło przepisy, zgodnie z którymi Kolumbijczycy chcący pracować u nas muszą mieć wizę pracowniczą. Przyjazdy rzekomo turystyczne (do 90 dni bez wizy) odbywają się nadal, choć nowe prawo nieco komplikuje sprawę agencjom.

– Jestem pewien, że sytuacja ulegnie zmianie w przypadku obywateli krajów Ameryki Łacińskiej – mówi mł. insp. Jarosław Kończyk, naczelnik Wydziału do Walki z Handlem Ludźmi w Biurze Kryminalnym Komendy Głównej Policji. – Po 15 sierpnia Polska już nie jest dla nich tak atrakcyjna, poza tym zaczynają być odczuwalne efekty akcji informacyjnych prowadzonych na miejscu. Coraz więcej mamy jednak przypadków z Azji Centralnej, np. z Uzbekistanu.

Kończyk przyznaje, że policja dociera do poszkodowanych zazwyczaj przez organizacje pozarządowe, ale bywają też bezpośrednie zgłoszenia, i to nawet od osób mających u siebie kłopoty z organami ścigania – tak wielka jest czasem desperacja. – Wiele zmieniło się ok. czterech lat temu, wcześniej najbardziej powszechne były przypadki eksploatacji seksualnej, teraz dzieje się to w związku z pracą przymusową. Tyle że granica między pracą przymusową a oszustwem czy łamaniem praw pracowniczych jest płynna i każda sprawa wymaga osobnej interpretacji – mówi Kończyk.

Gabriel z Kolumbii znalazł Leadtrust w mediach społecznościowych, gdzie podobnych ofert jest pełno, m.in. Na TikToku. Na facebookowych grupach migranci dzielą się z kolei informacjami, które agencje warto polecić, a których unikać, jednak bywa też, że rekruterzy sami szukają taniej siły roboczej.

„Skontaktował się ze mną pracownik agencji pracy. Zaskarbił sobie moje zaufanie, był z mojego miasta, posługiwał się tym samym dialektem” – mówi młoda kobieta z Maracaibo w Wenezueli, bohaterka krótkiego dokumentu La Strady „Ugrzęznąć w Polsce”. Agencja w naszym kraju zabrała jej paszport, strasząc, że jeśli pójdzie na policję, zostanie deportowana. Dzięki fundacji jest dziś w Polsce legalnie i ma status ofiary handlu ludźmi.

Z internetowej ankiety La Strady, przeprowadzonej wśród migrantów hiszpańskojęzycznych, wynika, że oprócz problemów z wypłatami, dokumentami i warunkami mieszkaniowymi, są jeszcze przypadki znęcania się albo niezapowiedziane przenosiny do innego miasta.

– Nikt mi nie powiedział, że będę musiał nosić w lodowatym pomieszczeniu skrzynki z zamrożonym mięsem. Nie robiłem tego, na co się umówiliśmy i za ile się umówiliśmy. Do tego było okropnie głośno, a nie mieliśmy słuchawek wygłuszających – opowiada Pablo i wysyła wideo, na którym raz po raz uderza plastikowymi, czerwonymi skrzynkami o metalowy stół, żeby wypadły z nich zamarznięte kawałki mięsa.

Małgorzata uruchamia lawinę, Leadtrust znika z rejestru

Pokrzywdzonych obywateli Kolumbii poznajemy dzięki pragnącej zachować anonimowość Małgorzacie. Od ponad roku angażuje się w pomoc pracownikom nieuczciwych agencji; dotarła już do dziesiątek Kolumbijczyków. W kwietniu zgłosiła się do biura partii Razem w Bielsku-Białej i tak poznała Magdalenę Madzię. Jak przekonują, po pismach wysłanych do PIP, urzędów wojewódzkich, wreszcie po rozmowach z samym Leadtrust, ostatecznie udało się wywalczyć po tysiąc złotych dla 25 osób.

Obie próbowały też uruchomić kontrolę agencji przez różne instytucje. Ostatecznie Wojewódzki Urząd Pracy w Poznaniu w sierpniu wykreślił z KRAZ Leadtrust HR. Powodem były zaległości składkowe i podatkowe. Z rejestru usunięte są również Leadtrust i Leadtrust DPS, wszystkie pod zarządem tego samego prezesa.

Poseł Maciej Konieczny z Razem w sierpniu ub. roku wysłał zapytanie do MSWiA w sprawie nielegalnych praktyk stosowanych wobec cudzoziemców, dopytując m.in. o spółkę Leadtrust. W odpowiedzi od wiceministra Macieja Duszczyka czytamy: „Straż Graniczna przeprowadziła czynności kontrolne z zakresu legalności wykonywania pracy przez cudzoziemców oraz powierzania wykonywania pracy cudzoziemcom na terytorium RP w stosunku do Leadtrust DPS Sp. z o.o., w wyniku których stwierdzono naruszenia polegające na nielegalnym powierzaniu wykonywania pracy przez obywateli Kolumbii. W stosunku do Prezesa Zarządu Leadtrust DPS Sp. z o.o. skierowano do sądu wniosek o ukaranie”.

Rzecznik Straży Granicznej, mjr Krzysztof Grzech dodaje, że wedle polskiego prawa, kto powierza cudzoziemcowi nielegalne wykonywanie pracy, podlega karze grzywny od 1000 zł do 30 000 zł.

Zdarza się, że cudzoziemcy podpisują umowy zlecenia, ale faktycznie wykonują pracę etatową: w określonym miejscu i czasie, pod kierownictwem pracodawcy. – Mają często te same obowiązki, co Polacy zatrudnieni bezpośrednio przez dany zakład na umowie o pracę. W takiej sytuacji outsourcing to tak naprawdę gra pozorów i dyskryminacja – mówi Madzia.

Jej zdaniem głównym problemem walki z tą patologią jest opieszałość i brak kontroli ze strony państwa. Samo czekanie na reakcję ze strony PIP, które doprowadziło do usunięcia z ewidencji Leadtrust HR, ciągnęło się miesiącami.

Magdalena Madzia // Archiwum prywatne

Polska zaczęła walczyć z nieuczciwymi pośrednikami

O współpracę z Leadtrust zapytaliśmy Zakłady Mięsne „Zakrzewscy” – firmę, w której pracował Pablo. Przedstawiciele spółki w mailowej odpowiedzi potwierdzają, że zatrudniają u siebie pracowników z Ameryki Południowej: „w przypadku, gdy na rynku lokalnym proces rekrutacyjny zawodzi”. Czytamy też, że: „Zasady współpracy z podmiotami trzecimi objęte są tajemnicą przedsiębiorstwa” – to najważniejsza część odpowiedzi na pytanie o to, czy stawki ich wynagrodzeń oraz umowy są takie same jak Polaków wykonujących te same obowiązki.

Na pytanie, czy do spółki docierały skargi na to, jak agencja traktuje Kolumbijczyków, firma odpowiada: „Posiadamy ograniczony wpływ na kształtowanie zasad i warunków współpracy pomiędzy podmiotami trzecimi i ich kontrahentami”.

Niedawno polski rząd zapowiedział zaostrzenie walki z nieuczciwymi agencjami. W opublikowanej w październiku strategii migracyjnej „Odzyskać kontrolę, zapewnić bezpieczeństwo” władze zamierzają zmodyfikować model ich funkcjonowania w trybie pilnym. Autorzy zwracają uwagę na outsourcing pracowniczy, „który de facto polega na omijaniu reżimu prawnego”. Lekarstwem ma być modyfikacja zasad wpisywania agencji do KRAZ, przyspieszone procedury usuwania z rejestru, a także wyższe kary.

O dostrzeżeniu problemu świadczy też zapowiedź Marcina Staneckiego, głównego inspektora pracy. W listopadzie zadeklarował, że w celu eliminacji „skrajnego wyzysku, niosącego znamiona pracy przymusowej” – inspektorzy będą zwracać uwagę na legalność zatrudnienia cudzoziemców, warunki ich pracy i wynagrodzenia.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przygotowało z kolei projekt ustawy, w którym jest m.in. obowiązek zatrudniania cudzoziemców w oparciu o umowy o pracę, ograniczenie outsourcingu (do zarejestrowanych agencji pracy tymczasowej) czy zdigitalizowanie procedur wydawania zezwoleń na pracę. Przepisy miały obowiązywać od 1 stycznia 2025 r., lecz jak na razie trwają spory między ministerstwami m.in. o warunki kontroli w firmach.

Epilog, czyli Pablo już nie narzeka

Zwróciliśmy się z prośbą o komentarz do prezesa Leadtrust, Łukasza Bejnar-Bejnarowicza. „Nie są mi znane tego typu przypadki” – odpowiedział mailem na pytanie o niewypłacone lub zaniżone wynagrodzenia dla pracowników Leadtrust HR. Zaprzeczył, by stosowano wobec nich jakiekolwiek kary, oraz oświadczył, że „Spółka nie prowadzi i nie odpowiada za procedury legalizacji pobytu, ponieważ nie jest stroną tych postępowań (...) Wsparcie formalnoprawne w tym zakresie zapewnia zewnętrzny, wyspecjalizowany podmiot (kancelaria)”.

Bejnarowicz twierdzi, że zagraniczni pracownicy sami często „porzucają” z dnia na dzień swe obowiązki (motywowani lepszymi ofertami) i nie komunikują się już w żaden sposób z poprzednim pracodawcą. Prezes zapewnia też, że nie powinni mieć umów o pracę, lecz umowy zlecenia: „W tych sytuacjach, o które Pani dopytuje, nie występuje żaden stosunek podporządkowania, pracy pod bezpośrednim nadzorem i kierownictwem”.

Gabriel znalazł pracę w Gdańsku i zapewnia, że traktują go dobrze. Pablo pracuje w wytwórni pasz i mięsa pod Olsztynem; zarabia 23 złote za godzinę. Czasem dzień pracy wynosi 8 godzin, czasem 12, ale zdarza się i 14. – Nie narzekam. Czuję się w miarę szczęśliwy, to dobry czas – mówi. Udało mu się wynająć mieszkanie, nie musi już dzielić domu z innymi pracownikami.

Obaj nadal są zatrudniani przez agencje, które znaleźli w mediach społecznościowych – jako Latynosi bez znajomości języka nie mają innych szans. Pablo ma nadzieję, że w końcu uda mu się odłożyć tyle pieniędzy, by wrócić do Kolumbii i tam zrealizować swoje marzenie: kupić mieszkanie na wynajem i otworzyć sklep z obuwiem sportowym.

Imiona bohaterów zostały na ich prośbę zmienione.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Zysk z wyzysku