Marcin Wójcik: Nadążasz za swoim czasem czy się starzejesz?
Michał Limboski, muzyk: Obydwie odpowiedzi są prawdziwe. Z jednej strony zawsze byłem odludkiem i zajmowałem się rzeczami mocno niszowymi. Z drugiej, w ciągu ostatnich kilku lat zauważyłem, że wiele z moich prywatnych marzeń, aspiracji czy tęsknot, tak naprawdę nie było moimi. One były właśnie znakiem moich czasów, albo wynikały z doświadczeń mojego pokolenia.
I teraz też czuję, że w Polsce następuje jakieś przewartościowanie. Bliskość wojny ma na nas ogromny wpływ. Polacy przenoszą swoje firmy z zagranicy do Polski i reagują na to, co się dzieje w zmieniającym się geopolitycznie świecie. Więcej ludzi wraca do Polski, niż z niej wyjeżdża.
Ty też wróciłeś po kilku latach emigracji w Berlinie. Dlaczego?
Kiedy nastąpiła eskalacja wojny w Ukrainie, zaczął się we mnie proces zmiany. Kiedyś rozmawiając z Ukraińcami uważałem, że ich kraj musi być naprawdę trudny. Polacy też mają swój kompleks, narzekają na Polskę i uciekają z niej od dekad, ale oni mieli to jeszcze bardziej. Po wybuchu wojny zacząłem się zastanawiać nad tym, co sprawiło, że Ukraina tak dzielnie się broni. Czują, że mają o co walczyć. Myślałem o tym, co bym zrobił, gdybym był w tym Berlinie, a Rosja zaatakowałaby Polskę? Czy byłbym szczęśliwy, że jestem daleko i bezpieczny? Czy byłbym w stanie funkcjonować w kulturze i wspólnocie, dla której fakt zaatakowania Polski miałby zupełnie inne znaczenie niż dla mnie?
Doprowadziło mnie to ostatecznie do konstatacji, że chciałbym być w Polsce – nawet jeśli będzie się działo źle.
Poczułeś się patriotą?
Chociaż funkcjonujemy w realnym, racjonalnym świecie, to równocześnie jesteśmy kierowani jakimiś siłami, które nie są racjonalne. Zbiorowa nieświadomość narodu polskiego istnieje i nami kieruje. Wcześniej to negowałem, traktowałem jako coś, co nawet jeśli istnieje, to lepiej, żeby nie istniało, bo tylko przynosi problemy. Jeśli miałbym powiedzieć, co czuję w związku ze słowem patriotyzm, to najbliżej mi do jakiegoś rodzaju wdzięczności za nic, albo wdzięczności nie do końca wiadomo za co, poczucia jakiegoś długu, który zaciągnąłem.
I dlatego na singiel promujący nową płytę wybrałeś modlitwę o pokój?
„W kraju poetów” napisałem jeszcze w Berlinie. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu poczułem, że napisałem coś, co ma ciężar. Do tego stopnia, że zdarzało mi się wzruszyć nagrywając tę piosenkę, śpiewając te słowa i miałem poczucie, że znowu kontaktuję się z tym, co sprawiło, że robię to, co robię w życiu.
Kiedyś śpiewałeś o podrywaniu dziewczyn w Indiach, a teraz piszesz modlitwę o to, żeby nie było wojny.
„W kraju poetów” to modlitwa, ale też rozmowa ze sobą. Każdy ma w sobie kapitana, który albo dowodzi, prowadzi do słońca, albo śpi lub jest niedysponowany.
W Berlinie nagrałeś też płytę „Duality” z Rayem Thomsonem, muzykiem Gospel, którą bardzo dobrze przyjęto w Polsce.
Dla mnie jest bardzo ważna. Wystąpiłem w niej po raz pierwszy w roli producenta, nagrywaliśmy bez presji czasu i bez konkretnego planu. Zawsze będzie mi się kojarzyła z czasem, kiedy lockdowny trzymały nas w domu. Spędzaliśmy długie godziny z Rayem, nagrywając w moim domowym studiu. Ten projekt był też dla mnie okazją do dotknięcia kompleksu polskiego chłopaka, który dorastał w Wałczu w latach 90., w etosie muzyki amerykańskiej jako symbolu wolności i celu dążeń. Współpraca z Rayem była dla mnie ukoronowaniem tych nieświadomych dążeń, które towarzyszyły mi przez całe życie. A kiedy już się to stało, poczułem, że straciła dla mnie na atrakcyjności.
Czemu?
Bo ta muzyka jest wyrazem geopolitycznej dominacji Anglosasów na świecie, ale jako lingua romana jest dość uboga. Niestety, popularna muzyka polska naszych czasów też jest tylko kalką muzyki amerykańskiej z bardziej lub mniej udanym wszczepem języka polskiego. Na rynku niemieckim jest zresztą podobnie.
Czego się tam nauczyłeś?
Nauczyłem się pracować, bo wcześniej tylko grałem. Kiedy lockdowny się przedłużały i skończyły mi się pieniądze, pracowałem fizycznie przez kilka miesięcy. Potem zacząłem wykładać na uczelni muzycznej British & Irish Institute for Modern Music. Tam rozpocząłem wymarzony epizod, jako wykładowca w brytyjskiej wyższej szkole rock'n'rolla. No i, żeby było śmieszniej, moja praca polegała na pokazywaniu studentom, jak grać muzykę anglosaską – bluesa, funk, pop itd. W tym samym czasie urodziły mi się dzieci i miałem czas przerwy od aktywności koncertowej, bo najpierw dwa lata pandemii i restrykcji, a potem kolejne dwa lata powolnego powrotu do występowania i obserwowania zmian w Polsce i w Niemczech. Razem złożyło się to na rodzaj urlopu tacierzyńsko-pedagogicznego.
Stabilizacja?
Sprawdzenie podświadomego przeświadczenia, że prawdziwe życie jest jednak wyłącznie tam, na Zachodzie. Konfrontacja z bardzo powszechnymi polskimi kompleksami: trzeba tam pojechać, bo tylko tam coś jest naprawdę. Berlin jest miastem marzeń, a raczej neoliberalnego polskiego snu. Nam się wydaje, że cały czas gonimy Europę Zachodnią z jej prawami człowieka, kulturą, wolnością, luzem i bogactwem.
I co? Nie jest tak?
Dopiero będąc tam, uświadomiłem sobie, jak bardzo te wyobrażenia, tendencje i narracje we mnie żyły i mną powodowały. Zrozumiałem też, że nie mamy się czego w Polsce wstydzić, bo jesteśmy kompletni. Największa siła tego, co jest w Polsce, to właśnie ludzie, talenty, eksperci i jakiś rodzaj żywotności, którego mi tam bardzo brakowało. Kiedy urodziły mi się córki, musiałem sobie zadać pytanie, czy chcę, żeby wzrastały w świecie berlińskim, czy w polskim. Podjęliśmy decyzję z ich mamą, że chcemy, żeby wyrastały w Polsce, w polskiej kulturze, bo w tej berlińskiej jednak jesteśmy gośćmi.
Do jakiej Polski wróciłeś jako muzyk? Kiedyś dla ludzi tworzących przemyślaną, ambitną muzykę, było studio Agnieszki Osieckiej, w którym zresztą grałeś. Piotr Metz, radiowa Trójka. Czy miejsca przyjazne artystom, w których każdy chciał być, teraz straciły dawną moc? Co jest współczesnym ekwiwalentem tamtych instytucji?
Trójka jest, studio Agnieszki Osieckiej jest i mam nadzieję, że nastąpi jakaś odbudowa, bo radio publiczne to dobro. W Trójce zawsze było kilku redaktorów, którzy decydowali o tym, co dostanie szansę u słuchaczy. Wadą było to, że byli tylko ludźmi i popełniali błędy, zaletą, że cieszyli się autorytetem i jednak mogli te szanse dawać. Ale teraz rola takich „gatekeeperów” jest coraz mniejsza, bo wszyscy mają dostęp do wszystkiego. Na Spotify dziennie pojawia się 120 tysięcy nowych premierowych utworów. Gatekeeperzy oddali władzę, ich autorytet i decyzyjność ma zastąpić algorytm mediów społecznościowych.
Czy to dlatego wymyśliłeś projekt „Tańczący z algorytmami”, Twój kanał, na którym pojawiasz się codziennie?
Trochę dlatego, a trochę żeby zobaczyć, czy to rzeczywiście działa i czy mogę funkcjonować jako artysta w takim otoczeniu. Sam jestem przecież odbiorcą treści podawanych mi przez algorytm. Wiele z nich ma bardzo wysoką jakość. Nie chcę tylko narzekać, że oddaliśmy władzę nad sobą algorytmom i że jesteśmy zgubieni, bo sztuka sama się nie obroni. Powiedzmy, że eksperymentuję, tańczę z algorytmem. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Większość artystów, nawet tych światowego formatu, którzy zrezygnowali z mediów społecznościowych, po kilku miesiącach wracała tam z powrotem i to z podkulonym ogonem.
Niedawno powiedziałeś w „Tańczącym…”, że gitara się skończyła, wyszła z mody. Czy to znaczy, że Michał Limboski się skończył?
Nie. Gitara powinna prędzej czy później wrócić do mody, bo jest odpowiedzią na dzisiejszy przerost formy nad treścią – przerost postprodukcji we współczesnej muzyce. Do tego dochodzi sztuczna inteligencja i muzyka tworzona przez nią. Musi nastąpić powrót do żywego człowieka, który gra na instrumencie, a na tym właśnie polega największa siła gitary. To jest deska z drutami, które brzdąkają, kiedy się je szarpie. Instrument jest bardzo niedoskonały, bo bardzo manualny.

Powiedziałeś też, że w muzyce wszystko już było i że wszystko jest cytatem. I sam sobie zadałeś pytanie: co jest twórcze?
Twórcze jest odkrywanie czegoś na nowo, czegoś, co najbardziej rezonuje z czasami i nastrojem epoki. Od wielu lat naprawdę nie ma nic nowego w muzyce. A jednocześnie co jakiś czas zdarzają się rzeczy, które stanowią nowe wcielenie tego, co już było, ale poraża swoją świeżością i adekwatnością.
Opowiadamy wciąż te same mity w zmieniającym się kontekście?
Tak. Myślę, że tak było zawsze i to jest naturalny proces, dobry. Zastanawiam się tylko, jak zmieniające się media, korporacje, platformy streamingowe, wytwórnie muzyczne zakłócają naturalny proces powstawania i odbierania twórczości. Nie wiem, czy w jakiś sposób nie usztuczniają tego procesu, sprawiając, że mody trwają za długo, albo zbyt krótko. Może rynek nie reaguje na potrzeby ludzi, tylko jest sterowany przez algorytmy, które są poza kontrolą.
Dziś decyduje umiejętność sprzedaży produktu, jakim jest artysta. Talent, wirtuozeria, kunszt instrumentalny, zostały zdewaluowane.
Zastanawiam się, czy artysta może dziś pozostać artystą i tworzyć, zamiast wypowiadać się na wszelkie podrzucane przez media tematy, żeby istnieć?
W moim wymarzonym świecie tak by właśnie było. Artysta mógłby robić to, co robi, po swojemu i nie wypowiadać się na inne tematy poza swoją sztuką. Ale ciężko mi teraz znaleźć takich artystów, przynajmniej na rynku muzycznym. To się zaczęło od czasów wielkich wytwórni i wielkich pieniędzy z lat 70. A teraz dominuje z powodu platform streamingowych i mediów społecznościowych. Wytwórnie patrzą po pierwsze na to, ilu followersów ma aspirujący artysta. A potem zajmują się głównie powiększaniem tej liczby...
A może to jest właściwy kontekst naszych czasów, w którym po prostu trzeba się odnaleźć?
Pewnie tak jest, brzmi to rozsądnie. Lecz algorytmy decydują o tym, co myślimy, robimy i o czym rozmawiamy. Żyjemy w odizolowanych bańkach informacyjnych i o rzeczach, które wydają nam się ważne, decyduje algorytm. Nie możemy zamienić gatekeeperów przeszłości i autorytetów kultury z przeszłości na media społecznościowe. I chyba ktoś to musi głośno powiedzieć.
To kiedy wyjdzie nowa płyta? Jaka będzie?
Będzie miała tytuł „Wieloryb” i wyjdzie prawdopodobnie w kwietniu, a wcześniej, co miesiąc, będą się ukazywały single. Ukaże się też film dokumentalny, nagrany podczas pracy w studiu. Pracowałem nad koncepcją brzmieniową tego albumu bardzo długo. Wkrótce ten rozdział będzie zamknięty i „Wieloryb” odpłynie, by żyć własnym życiem. Teraz robię ostatnie poprawki i akceptuję finalne miksy. Są na tej płycie piosenki o wojnie, o wolności, o duchach i o moich córkach. Mam poczucie, jakbym zbudował wielkie, piękne miasto z piasku na plaży, ale takie na kilka kilometrów długie, ogromne…
Z jednej strony nie chcesz się naginać i tworzysz rzeczy bezkompromisowe, z drugiej tańczysz z algorytmami. Dokąd zmierzasz, czego sobie życzysz?
Chcę stać na scenie, grać na gitarze. Śpiewać o rzeczach, które mają znaczenie dla ludzi, których w jakiś sposób rozumiem i odczuwam. Myślę, że tylko to, bo cała reszta już jest i poradzi sobie beze mnie. Ale jakieś przekazywanie energii bezpośrednio, tej energii, którą powoduje we mnie muzyka na scenie i która może być odbierana na żywo, to jest jedyna rzecz, która działa, istnieje i jest tylko i wyłącznie moja. Cała reszta to tylko nadbudowa, na którą nie mam wpływu ani jako człowiek, ani jako artysta.

Michał Limboski jest wokalistą, gitarzystą i producentem muzycznym. Wydał dziewięć albumów, które przyniosły mu dwie nominacje do Fryderyków. Uważany jest za jednego z najbardziej oryginalnych polskich songwriterów. Jego utwory stale gościły na antenie radiowej Trójki. Koncertował m.in. w studiu im. Agnieszki Osieckiej i na festiwalu „Męskie Granie”. W 2020 r. wyemigrował do Berlina, gdzie wykładał w instytucie BIMM (British & Irish Institute for Modern Music). W Niemczech wydał także płytę „Duality” nagraną z amerykańskim wokalistą gospel Rayem Thompsonem. W kwietniu ukaże się jego najnowszy album pt. „Wieloryb”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















