Ewelina Burda: „Reni, ta płyta to soundtrack mojego życia” – przygotowując się do naszej rozmowy znalazłam to zdanie, którym słuchaczka podsumowała Twoją płytę „Trans Misja”.
Reni Jusis: Znam je! I choć nie mam w zwyczaju czytać komentarzy, bo wolę z ludźmi rozmawiać na żywo, to tę opinię słyszałam już wielokrotnie.
Ucieszyła Cię?
Myślę, że dla każdego muzyka to jeden z najpiękniejszych komplementów. To, że ktoś chce, by moja muzyka towarzyszyła mu w życiu, to spełnienie zawodowych marzeń.
„Trans Misja” wyszła ponad dwadzieścia lat temu, a teraz ukazuje się Twoja nowa płyta „Re Trans Misja”, na której razem z grupą polskich muzyków – tych, którzy zaczynali wtedy co Ty, i tych, którzy zaczęli całkiem niedawno – aranżujecie Twoje hity z tamtej płyty.
Lubię to, że ta płyta żyje w moich słuchaczach i żyje też w innych muzykach, którzy ją lubią, jakoś się nią inspirują, a niektórzy pamiętają ją przecież tylko ze szkolnych dyskotek. I ta „Re Trans Misja” to takie nasze wspólne, trochę międzypokoleniowe spotkanie, żeby się tą muzyką bawić.
A Ty od zawsze chciałaś się nią bawić? Jakie jest twoje pierwsze muzyczne wspomnienie?
To nie będzie moje wspomnienie, ale historia, którą mi opowiedziano: gdy byłam mała, moja mama odkryła, że gdy mi leżącej w łóżeczku włączy radio, to robię się dużo spokojniejsza, a muzyka mnie zabawia. Wtedy ona mogła na chwilę wyjść z domu na szybkie zakupy spożywcze – w PRL-owskich realiach nikogo to nie dziwiło.
Co jeszcze zapamiętałaś?
Jako małą dziewczynkę zafascynowało mnie poruszenie, jakie wywoływało oglądanie konkursu chopinowskiego: te emocje i szczery entuzjazm także u tych, którzy z muzyką klasyczną czy w ogóle z muzyką, jak moi rodzice, nie mieli na co dzień wiele wspólnego. Wtedy narodziło się we mnie marzenie, by zostać chopinistką: bo te dźwięki mnie szczerze wzruszały.
Gdy miałaś siedem lat, poszłaś do szkoły muzycznej w Koszalinie.
Miałam predyspozycje, ale tam szybko sprowadzono mnie na ziemię, bo dowiedziałam się, że dzieciom nie pozwala się grać Chopina. „Może za cztery czy pięć lat, gdy dojrzejesz emocjonalnie” – usłyszałam. A że byłam raczej wytrwała od małego, to postanowiłam doczekać do tego momentu. I soundtrackiem mojego dzieciństwa, nawiązując do komentarza słuchaczki, była ta szkolna muzyka klasyczna.
Coś jeszcze?
Równolegle grał mi w radiu i duszy Program Trzeci Polskiego Radia. Prowadziłam taki wyjątkowy dla mnie zeszyt, w którym bardzo skrupulatnie spisywałam każde miejsce z listy przebojów. Co to miało mi dać? Do dziś nie wiem, ale było to dla mnie bardzo ważne. Szybko koledzy i koleżanki kojarzyli mnie z muzyką, to ja robiłam didżejkę na wszelkich Andrzejkach i szkolnych dyskotekach. Cieszyło mnie również, kiedy mogłam te popularne wtedy piosenki zaimprowizować na fortepianie.
Grałaś je w szkole?
W szkołach muzycznych obowiązywał wtedy oficjalnie zakaz grania muzyki rozrywkowej. Ale miałam cudownych profesorów, którzy wiedzieli, że klasyka to nasza baza, ale ciągnie nas w różne strony. Po egzaminach pozwalali nam zagrać to, co chcieliśmy. Wtedy też usłyszałam o takim gatunku jak jazz, który do dzisiaj budzi we mnie bardzo duże emocje i który bardzo często wybieram do towarzyszenia w życiu.
Chopin, klasyka, jazz. Wciąż jesteśmy daleko od muzyki tanecznej, z którą się kojarzysz jako artystka.
Po maturze moim marzeniem było pójść na studia do Katowic na Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Ale coś mnie powstrzymywało, miałam takie wrażenie, że wszyscy wokaliści, którzy go kończą, śpiewają bardzo podobnie. Jakby dostawali taki stempel. Z moim profesorem fortepianu zastanawialiśmy się, gdzie powinnam pójść, żeby nie odebrano mi tej przygody, jaką jest odnalezienie własnego stylu.
I co wybraliście?
Z północy kraju wyjechałam do Poznania, zaczęłam się uczyć na Akademii Muzycznej, na wydziale Dyrygentury Chóralnej i Muzyki Kościelnej. Chciałam zgłębić śpiew, jak tylko mogłam, wiele wieków wstecz. Mam w sobie taką potrzebę bardzo głębokiego poznawania i porządkowania rzeczy.

Dalej nie brzmi jak coś, co miało Cię zbliżyć do muzyki elektronicznej.
Po moich pierwszych sukcesach wokalnych, kiedy zaczęłam współpracować z producentami i profesjonalnymi muzykami, zachęcano mnie: „Poszukaj w tym, co się teraz rodzi, czegoś dla siebie”. Wyrosłam na klasyce, kochałam jazz, ale to nie znaczyło, że muszę śpiewać jak Sarah Vaughan, której muzyka mi wtedy towarzyszyła. Posłuchałam tych głosów z branży, ludzi bardziej doświadczonych. I znowu miałam coś do zgłębiana, wsiąkałam w muzykę nowoczesną, francuska elektronika i berlińska scena klubowa zaczynały mnie wciągać na dobre.
Szybko się polubiłyście? Ty i elektronika?
Ważny dla mojego otwarcia się na muzykę był wyjazd w latach 90. do Nowego Jorku do Michała Urbaniaka. Poznawaliśmy tam, co to jest hip-hop, skąd jest cały ten jazz. Uczyłam się, jaką moc mają mariaże gatunków. I zrozumiałam zdanie, które Michał bardzo często powtarzał: że Bóg stworzył muzykę, a ludzie ją podzielili na gatunki. I że nie powinniśmy się skupiać na ich nazywaniu, tylko na wyrażaniu emocji.
Na sukces komercyjny nie czekałaś długo. Pierwsza płyta „Zakręcona”, z tytułowym hitem, który nuciło pół Polski, wyszła w 1998 roku.
To była konsekwentna praca, czekałam cierpliwie na ludzi, z którymi chciałam nagrać swoją pierwszą płytę. I udało się, dostałam za nią trzy Fryderyki. Do dziś pamiętam, jak ktoś z branży powiedział mi wtedy: „Współczuję ci, że taki sukces trafił ci się z pierwszą płytą”. Kompletnie nie rozumiałam wtedy, o co mu chodzi. Czy chce mi dogryźć? Dziś zgadzam się z tym zdaniem w pełni. Bo taki duży, komercyjny sukces może łatwo przygnieść zobowiązaniami i oczekiwaniami, zwłaszcza jeśli jesteś początkująca w tej branży i na nie nieprzygotowana.
I ta „Zakręcona” Cię jakoś przygniotła?
Dużo myślałam, co robić dalej: nie chciałam odcinać kuponów. Przecież ja miałam dopiero szukać tego, co chcę robić, co chcę śpiewać, szukać nowych rzeczy. I o to „nowe” zawalczyłam kolejnymi piosenkami, singlami i płytami.
Kiedy wiedziałaś, że to jest „to”, że masz już swój kierunek?
Przy trzeciej płycie, „Elektrenice”, poczułam, że to jest styl, za którym chcę dłużej podążać, nawet jeśli gdzieś zboczę po drodze. A wtedy zainteresowanie płytą było niewielkie, na koncerty przychodziła garstka ludzi, często po występie nocą wracaliśmy do domu przez pół Polski, bo nie mieliśmy na hotel. I pamiętam nasze spotkanie z managerem, który zapytał mnie: „To jaka będzie kolejna płyta?”. I ja niezrażona powiedziałam wtedy: „Będzie znów taneczna”. Potem ukazała się „Trans Misja”, to był 2004 rok. I dopiero wtedy to zaczęło się znów jakoś układać.
Jak myślisz, dlaczego?
Muzyki tanecznej i elektronicznej uczyliśmy się razem: muzycy i publiczność. Wtedy moja muzyka idąca w elektronikę była grana tylko w nielicznych klubach LGBT friendly. Kultura klubowa dopiero zaczynała się w naszym kraju, tam gdzie już pojawiały się kluby, ludzie jeszcze nie wiedzieli często, jak tańczyć, wstydzili się, to wszystko było za świeże. Minęły dwa, trzy lata… i się rozkręciło.
Jakie były te pierwsze kluby?
Były ciasne i tłoczne, ocieraliśmy się o siebie, pot płynął po nas i po ścianach. Paliło się papierosy, rzecz jasna, w środku. Duszno i kolorowo jednocześnie. To były naprawdę… dziwne miejsca, ale bardzo charakterystyczne. Nawet ciężko mi je opisać. Ale były magnetyczne. I szybko zaczęły się do nich ustawiać wielometrowe kolejki.
Gdzie Ty lubiłaś potańczyć?
Utopia, Piekarnia… Wielu nazw już nie pamiętam. Było też mnóstwo klubów, które pojawiały się i znikały. To była ciekawa koncepcja, którą znałam z Berlina: otwierasz klub i kiedy on osiąga apogeum popularności, zamykasz go i otwierasz w innym miejscu. Żeby cały czas dawać poczucie czegoś ulotnego, co chcesz schwytać.
A kiedy ostatnio byłaś potańczyć?
Dobre pytanie. Nie tak dawno byłam na co prawda hip-hopowej imprezie, w oldschoolowym stylu, ale świetnie się bawiłam. Na ścianach leciały stare teledyski. Bardzo fajny klimat.
Lubię chodzić do La Pose, gdzie gram czasem swoje sety didżejskie, bywam też Pod Gigantami, tam grałam w zeszłym tygodniu. I tam dziś też jest bardzo tłoczno.
A imprezy, które Ty robisz? Lubisz siebie w roli didżejki?
Bardzo lubię to robić. Na co dzień nie robię tego, czego uczyłam się na studiach muzycznych, nie dyryguję chórem ani orkiestrą. Ale w klubie czuję moc, by panować nad tańczącym, rozwibrowanym tłumem.
Opowiem ci, dlaczego to takie wyjątkowe. Na koncerty ludzie przychodzą po coś: chcą usłyszeć nową płytę lub żebym zagrała stare hity. Na secie didżejskim jestem wolna od tych oczekiwań, cel jest jeden: dobrze się bawić. I jako didżejka próbuję dopasować się do miejsca, do tych ludzi. Obserwuję ich. Sprawdzam. Eksperymentuję. To świetna łamigłówka: co im sprawi przyjemność? Szukam w bibliotece, kombinuję. I przychodzi w końcu nagroda: pełny parkiet. Z tych bardzo udanych na długo zapamiętam mój set w Poznaniu, grany na rynku po Paradzie Równości, gdzie na koniec nie przejmowałam się sprzętem, tylko razem z ludźmi tańczyłam na DJ-ce.
Ale pamiętam też jeden set, który był obiektywnie dość wymagający, ale bardzo mi się podobał. Gram go i w pewnym momencie podchodzi do mnie chłopak, który mówi: „Reni, ale to brzmi jak festiwal wiertarek”. Czułam, że przesadziłam (śmiech). Lubię w tym grzebać, sprawdzam, co się dzieje na rynku, szukam nowych remiksów. Nie wiem w sumie, kiedy to się tak na poważnie zaczęło.
Mówiłaś przecież, że bawiłaś się tak w podstawówce, jak puszczałaś kawałki na Andrzejkach.
No w sumie tak (śmiech).
A w ciszę też lubisz się bawić?
Nawet nie tylko czasem. Muzyka elektroniczna jest tak bardzo intensywna i w odbiorze, i w tworzeniu, że musiałam nauczyć się od niej odpoczywać. Także po to, żeby móc zatęsknić za tą intensywnością.
Mam też za sobą etapy w życiu, kiedy nie słuchałam prawie nic. Którejś wiosny, po urodzeniu dzieci, jedyną muzyką, jaką potrafiłam słuchać, był śpiew ptaków, jak otworzyłam okno, tylko tyle bodźców dźwiękowych mogłam przyjąć. Potrzebowałam spokoju, skupienia się na innych rzeczach, na byciu matką. Potem wróciłam do klasyki i, stopniowo, do elektroniki, aż w końcu na scenę.
Teraz na płycie „Re Trans Misja” wraca w kilku aranżacjach twój hit „Kiedyś Cię znajdę”. Gdy słuchałam go na nowo, bo mi też towarzyszył na szkolnych dyskotekach, zaczęłam się zastanawiać: czy to od początku miała być piosenka o szukaniu miłości? Czy może też o szukaniu siebie?
Kiedy pisałam tę piosenkę, wydawało mi się… a raczej wtedy byłam tego pewna, że aby czuć się szczęśliwą i kompletną, potrzebuję drugiej osoby. Pamiętam, jak lata temu mój kolega w Londynie powiedział mi, że on najbardziej lubi spędzać czas sam ze sobą. Zrobiłam wtedy wielkie oczy. „Czy ty jesteś z innej planety?” – zastanawiałam się. Bo ja czułam się niejako uzależniona od ciągłego kontaktu z ludźmi. Byciu z kimś. Wizja, że mam pójść sama do restauracji czy kina, wydawała się niesatysfakcjonująca.
A jak jest u Ciebie dziś?
Ostatnie lata bardzo mi to przekonanie zweryfikowały. Teraz naprawdę, jakkolwiek by to zabrzmiało banalnie, zaczęłam doceniać i lubić spędzanie czasu ze sobą. Nie przestając przy tym lubić czasu z ludźmi. To ściśle się łączyło z życiowymi doświadczeniami. I to przyszło też z wiekiem: mając dwadzieścia lat nie miałam w sobie takiej wyrozumiałości i łagodności dla siebie. Duże wrażenie na mnie, jak i na wielu kobietach w Polsce, zrobiła książka Natalii De Barbaro „Czuła przewodniczka”. Łącznie bardzo wiele rzeczy mnie doprowadziło do tego szczerego przekonania dziś, że ja sama jestem kompletna. I można tak to podsumować, że się w końcu znalazłam. To piękne tak spojrzeć na tę piosenkę. Dziękuję ci za to. I pozwolę sobie podzielić się z tym z siostrą.
Oprócz siostry, kto jeszcze jest w Twoim najbliższym kręgu?
Bardzo długo kobiety w moim życiu postrzegałam jako konkurencję: na studiach, w młodości wydawało mi się, że my głównie rywalizujemy ze sobą. Silna potrzeba „siostrzenia się” przyszła z macierzyństwem. Dziś w moim życiu najsilniejsze są te relacje ze szkół czy przedszkoli moich dzieci. Bo w tej grupie mamy podobne problemy, doświadczenia i potrzebę wspierania się nawzajem. Dajemy sobie poczucie tej mitycznej wioski.
Chciałabym jeszcze zapytać o tatę. A dokładniej o jego litewskie korzenie. Byłaś kiedyś w tamtych stronach?
Nigdy nie byłam na Litwie. I muszę to nadrobić, bo jestem tam stale zapraszana i mile widziana. Mieszka tam mój daleki kuzyn, który zbiera informacje i pamiątki o naszym rodzie i który doszedł w tych badaniach aż do XIV wieku. Odkrył, że nasza rodzina wywodzi się od rzymskiego plemienia Jus, którego nazwę z biegiem lat zmieniono na Jusis, dodając popularną w tamtych rejonach końcówkę. Jest też taka jedna historia związana z moimi korzeniami i muzyką, która dała mi do myślenia.
Opowiedz.
Parę lat temu wzięłam udział w projekcie dokumentalnym „Szlakiem Kolberga”, zaproszono do niego wielu muzyków. W odcinku ze mną pojechaliśmy na Suwalszczyznę do Puńska, który wraz z wioskami obok jest taką litewską enklawą, dba się tam o wiele tradycji, także tych muzycznych. I gdy z tamtejszym chórem śpiewałam dawne litewskie przyśpiewki, to miałam wrażenie, że one bardzo rezonują ze mną, dobrze się czułam w tych skalach. Były mi jakieś takie… bliskie? I zastanawiam się do dziś: ile w tym jest mojej romantycznej projekcji, a ile prawdy, że ten głos, dźwięk i muzyka są w nas zapisane od pokoleń.
RENI JUSIS (właśc. Renata Jusis) jest wokalistką, kompozytorką, autorką tekstów i producentką nagrań. Wyspecjalizowała się w muzyce elektronicznej i tanecznej, ale przez ponad dwadzieścia lat obecności na scenie eksplorowała różne gatunki, tworząc także akustycznie. Wydała dziewięć płyt studyjnych, została nagrodzona ośmioma Fryderykami. Gra na fortepianie i wibrafonie.

ZAKRĘCONA
CZERWIEC 1998, Pomaton EMI
Pierwszym solowym albumem Reni Jusis zadebiutowała na początku lata, a niedługo później w kraju masowo rozbrzmiewał tytułowy singiel, który popularne stacje radiowe grają do dziś. Pierwszy album artystki wyprodukował i skomponował raper Yaro (Jarosław Płocica), a płyta została wyróżniona Fryderykiem w kategorii „Najlepszy album rap/hip-hop”.

TRANS MISJA
SIERPIEŃ 2003, Pomaton EMI
Czwarty album wciąga słuchaczy w wir tanecznych imprez, syntezatorowych melodii i klubowych bitów już na dobre. Staje się sukcesem komercyjnym i ugruntowuje pozycję Reni Jusis na scenie muzyki rozrywkowej. To z niego pochodzi hit „Kiedyś Cię znajdę”, który pokonuje w popularności „Zakręconą”.

JE SUIS RENI
LIPIEC 2021, Kayax
W tym albumie artystka pokazuje słuchaczom swoją miłość do Francji i piosenek z regionu, które chce opowiedzieć melancholijnie, ale też pobawić się aranżacjami. Klasyczne francuskie utwory miłosne z lat 60. i 70. łączy z popularnymi hitami. Na płycie oprócz wokalu Reni Jusis słyszymy także jej grę na wibrafonie.

RE TRANS MISJA
GRUDZIEŃ 2024
Najnowszy album pomyślany został jako międzypokoleniowy dialog. Utwory z płyty „Trans Misja” trafiają w ręce polskich artystów, zarówno doświadczonych, jak i tych z młodszych pokoleń, którzy tworzą ich nowe aranżacje. Usłyszymy na nim m.in. Otsochodzi, Mery Spolsky, Kubę Karasia, Skubasa, Bovską. Album otwiera Leszek Możdżer 9-minutową, transową improwizacją na fortepianie.
EB
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















