Coraz częstszym i coraz bardziej efektownym akcjom różnych organizacji alarmistycznych (oblewanie obrazów zupą, a farbą m.in. kręgu Stonehenge albo Złotych Tarasów, blokowanie ulic itp.) towarzyszy specyficzne przekonanie. Mianowicie: że my wszyscy o istnieniu klimatycznego zagrożenia nie wiemy, a nawet jeśli wiemy, to o nim na co dzień nie pamiętamy.
Trzeba więc nieustannie nas o tym informować lub nam o tym przypominać. Jak? Środkami adekwatnymi do skali kryzysu. Przy czym te aktualnie stosowane wcale adekwatne nie są. Czymże bowiem jest obraz w muzeum albo sterta starych kamieni w obliczu nadchodzącej apokalipsy (zwłaszcza że obraz jest za szybą, a farby – przynajmniej na razie – nie zostawiają trwałych śladów)? Czymże jest lokalny paraliż przepustowości tej czy innej ulicy wobec perspektywy, że niebawem nie będzie już żadnych ulic?
Co jednak konkretnie mielibyśmy zrobić, kiedy już z tej codziennej obojętności i marazmu zostaniemy wytrąceni, kiedy przypomnimy sobie (lub dowiemy się), jaka jest sytuacja? Co np. w marcu tego roku powinni byli zrobić uczestnicy odbywającego się w Filharmonii Narodowej koncertu z okazji 80. urodzin i 60-lecia pracy artystycznej Antoniego Wita, który to koncert został zakłócony przez dwie osoby rozwijające transparenty i krzyczące ze sceny, że „ten koncert nie może dłużej trwać”, bo planeta płonie? Co by się stało, gdyby, zamiast reagować lękiem albo złością, widzowie (oraz jubilat) wstali i powiedzieli: „dobrze, macie rację, przerywamy koncert, wychodzimy z filharmonii – i co teraz?”.
Nikt nie zadaje takich pytań, oczywiste jest bowiem, że nie ma na nie odpowiedzi. Są, owszem, mniej lub bardziej sensowne postulaty polityczne i prawne rozmaitych organizacji – do ewentualnego wdrożenia przez parlamenty – nie ma natomiast niczego, co mieliby i mogliby w danym momencie zrobić „wybudzeni” z owego codziennego zapomnienia ludzie. Wysiąść z samochodu na zakorkowanej ulicy? Wybiec z filharmonii, wystawy, teatru albo Złotych Tarasów? I gdzie potem się udać? Proszę bardzo, wybiegnijmy, choćby zaraz. Problem w tym, że nie wiadomo, jaki powinien być następny krok.
Skądinąd – przy całej deklarowanej trosce o planetę, organizatorzy takich akcji wykazują niekiedy zastanawiająco mało troski o tych, których realnie ich działania dotyczą. Performance w filharmonii wydał się na początku niektórym obecnym tam osobom – zwłaszcza w starszym wieku – niebezpiecznym atakiem. W dobie nieustannych doniesień o tego typu zdarzeniach jest to przecież odruch zrozumiały. W zamkniętym pomieszczeniu pełnym ludzi łatwo o wybuch paniki, a wiekowy dyrygent również mógł na to, co się działo, zareagować silnym stresem o potencjalnie groźnych skutkach.
Dlaczego właściwie mielibyśmy nie przejmować się losem tych konkretnych osób, ich emocjami i lękiem, a przejmować się wyłącznie losem planety? Dlaczego mielibyśmy przejmować się losem planety, a nie przejmować się losami i uczuciami ludzi próbujących przebijać się przez zakorkowane miasto – w drodze do jakichś ważnych obowiązków, do swoich bliskich, być może w sprawach życia i śmierci? Dlatego, że kiedy Ziemia jest w niebezpieczeństwie, nie ma co martwić się o dobrostan jednostek? Czy aby na pewno jakakolwiek jednostka chciałaby się na poważnie podpisać pod taką tezą? A może dlatego, że w tym rozrachunku najważniejsze są emocje osób blokujących ulice i oblewających coś farbą lub zupą, emocje wszystkich innych natomiast nie są tu za bardzo brane pod uwagę?
I jeszcze jedna wątpliwość. Gdzie są granice takich „wybudzających” interwencji? Skoro argument brzmi: „pomnik, obraz albo ruch miejski są niczym wobec globalnej zagłady, ergo wolno dokonywać na nich przekroczeń”, to zasadne wydaje się pytanie, gdzie znajduje się tych przekroczeń granica? Czego z całą pewnością nie można zniszczyć, czego z całą pewnością nie można zakłócić w imię „potrząsania” zbiorową (nie)świadomością? Ostatecznie w obliczu „globalnej zagłady” znakomita większość naszych rzeczy, działań, spraw i wartości jawi się jako całkowicie pozbawiona wagi.
Cóż, mam niestety wrażenie – o czym już kiedyś na łamach „Tygodnika” pisałem – że tego typu działania nie zbliżają nas wcale do rozwiązania kwestii zagrożenia klimatycznego, nie mają z nią bowiem tak naprawdę wiele wspólnego. Wpisują się za to idealnie w logikę współczesnego świata, w którym liczy się przede wszystkim – choćby chwilowe – zogniskowanie na sobie uwagi. A najskuteczniej sprawdzają się dziś w tej roli hipermoralizm i maksymalnie podkręcony afekt. Kwestie praktyczne, realne, nie mają większego znaczenia, ba, w złym tonie jest upominać się o nie, kiedy emocje sięgają zenitu.
Oczywiście, takie akcje często są wyrazem ogromnej (i zrozumiałej) bezradności przykrywanej radykalizmem. Tyle że problemu katastrofy klimatycznej nie da się zredukować do krzyku na złych ludzi, obalenia władzy albo zamachu stanu. Jedyne wyjście to głęboka systemowa reorganizacja globalnego rynku, polityki i mentalności. Jak to zrobić? Jak to przeprowadzić? Jak przekonać do tego ludzi? Poszukiwaniom odpowiedzi na te pytania – obawiam się – nie pomoże blokowanie ulic i polewanie budynków farbą. Zapewne też nie zaszkodzi, to prawda. Po prostu przyczyni się do wzrostu naszego codziennego poczucia frustracji i niepewności, które zaraz znowu ktoś zechce zagłuszyć jeszcze większym radykalizmem i silniejszą emocją. I koło po raz kolejny się zamknie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















