Gdzie diabeł nie może

„Kobieta idzie na wojnę” to film, któremu otwarcie patronuje nie byle kto, bo Mahatma Ghandi i Nelson Mandela – idealiści, których najpierw ignorowano, potem się z nich śmiano, później z nimi walczono, zanim ostatecznie wygrali.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu „Kobieta idzie na wojnę” / M2 FILMS
Kadr z filmu „Kobieta idzie na wojnę” / M2 FILMS

Nieposłuszeństwo obywatelskie coraz częściej przybiera postać dojrzałej kobiety – na przykład Janiny Duszejko z „Pokotu” Agnieszki Holland i Olgi Tokarczuk i jej różnej maści sióstr, nazywanych często wiedźmami, awanturnicami, ekoterrorystkami. Islandzki reżyser Benedikt Erlingsson, twórca „O koniach i ludziach” (2013), w swoim najnowszym filmie również wysyła bohaterkę na samodzielne akcje sabotażu. Ich celem jest potężny koncern niszczący środowisko naturalne.

Już w prologu widzimy, jak ubrana w nordycki sweter i uzbrojona w łuk Halla zrywa gdzieś na górskim pustkowiu linie wysokiego napięcia. Powoduje awarię zasilania w hucie aluminium, strategicznej dla rozwoju krajowego przemysłu. Pod pseudonimem „Kobieta z Gór” niepozorna dyrygentka chóru z małego miasteczka staje się wrogiem publicznym numer jeden. Ma przeciwko sobie islandzkie państwo, które ogłasza właśnie gospodarcze „wstawanie z kolan”, sprowadzonych na wyspę agentów FBI, a nawet ideały demokracji, którymi próbuje się zagłuszyć dziarską wojowniczkę w średnim wieku. Halla nie zamierza się jednak poddawać czy ujawniać swojej tożsamości. Jak daleko jest w stanie się posunąć?

W tej samotnej partyzantce bohaterka ma na szczęście po swojej stronie kilka życzliwych serc i pomocnych dłoni. Islandia okazuje się zresztą bardzo kameralnym krajem, gdzie co chwila wpada się na kogoś znajomego – a to na rzekomo spokrewnionego wieśniaka z psem, to znów na latynoskiego turystę, który z racji smagłego odcienia skóry bez przerwy zbiera cięgi przeznaczone dla „terrorystki”, ściganej przez komandosów i ich drony.

Perypetiom towarzyszy także zjawiające się ni stąd ni zowąd oldskulowe muzyczne trio oraz... ukraiński chórek żeński w strojach ludowych. Nie tylko dlatego, że Halla planuje adoptować kilkuletnią sierotkę z Donbasu. „Kobieta idzie na wojnę” to bowiem kino społecznej troski, lecz jakże odległe od szlachetnego humanizmu Kena Loacha czy braci Dardenne. Swoim zawadiackim humorem, wyrażanym najczęściej z kamienną twarzą i wspomnianymi już musicalowymi przerywnikami, buduje na ekranie zgoła teatralny efekt obcości, którego mistrzem stali się bliżsi i dalsi sąsiedzi: Szwed Roy Andersson i fiński reżyser Aki Kaurismäki. Dlatego „Kobieta...” nie daje się zamknąć w ramach lewackiego czy „zielonego” manifestu, celuje bardziej w komedię absurdu, której otwarcie patronuje z góry nie byle kto, bo Mahatma Gandhi i Nelson Mandela – idealiści, których najpierw ignorowano, potem się z nich śmiano, później z nimi walczono, zanim ostatecznie wygrali.

O radykalnej zmianie świata dywaguje się u Erlingssona całkiem na poważnie i wprost, może nawet chwilami zbyt deklaratywnie. Oto nieustraszona Halla okazuje się mieć siostrę bliźniaczkę, która również kontestuje rzeczywistość, ale na swój własny, trochę egoistyczny sposób, wybierając odosobnienie w indyjskim aśramie. Wszechstronna islandzka aktorka Halldóra Geirharðsdóttir wciela się brawurowo w obie te role, aktywistki i joginki, choć ów średniowieczny podział na vita activa i vita contemplativa okaże się z czasem mylnym tropem. Albo po prostu dwiema twarzami tego samego idealizmu. Tkwiący w owym rozdwojeniu aktorski potencjał zachwycił ponoć samą Jodie Foster, która zapowiada już wyreżyserowanie anglojęzycznej wersji tej antysystemowej i prokobiecej opowieści, oczywiście ze sobą samą w rolach głównych.

Oby amerykański remake zachował awanturniczego ducha oryginału i nie ograniczył się do ilustracji ludowego przysłowia „gdzie diabeł nie może, tam babę poślę”. Oby z tą samą szorstką czułością traktował dziką naturę, która niejednokrotnie daje bohaterce schronienie i ukojenie, pozostając jednocześnie majestatyczna i groźna. Filmowi Erlingssona też, rzecz jasna, nie brakuje uproszczeń, choćby w obrazie ogarniętej wojną domową i mocno egzotycznej Ukrainy, gdzie czeka na Hallę adoptowana dziewczynka – symbol tak zwanych „kobiecych dylematów”. Albo w survivalowych scenach ucieczki przed aparatem władzy, mogących uchodzić za żywą parodię perypetii Leonarda DiCaprio w „Zjawie”. Jako się jednak rzekło, „Kobieta idzie na wojnę” to film bez aspiracji do wielkiego realizmu, za to niewstydzący się swojej naiwności i cierpkiego uroku. O ekologicznej katastrofie ostrzega bez dmuchania w apokaliptyczne trąby, a jedynie wybijając nerwowo rytm werblem. Czy to już tylko finałowe odliczanie czy jeszcze zachęta, by porzucić drugorzędne tematy i wyruszyć wraz z bohaterką na tę wojnę? ©

KOBIETA IDZIE NA WOJNĘ (Kona fer í stríð) – reż. Benedikt Erlingsson. Prod. Islandia/Francja/Ukraina 2018. Dystryb. M2 Films. W kinach od 21 czerwca.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2019