On jest zbyt młody i za bardzo katolicki – tak dziennikarz G. Scott Thomas napisał o Johnie F. Kennedym. Zbyt młody i katolicki, by zostać prezydentem USA.
Był rok 1960, Stany miały wybrać swojego trzydziestego piątego prezydenta. Niemal jedną trzecią społeczeństwa stanowili katolicy, a mimo to trudno było mieć pewność, że osoba tego wyznania może wygrać wyścig o najważniejszy urząd w państwie. Demokraci wciąż mieli w pamięci katastrofalny rezultat Ala Smitha, pierwszego katolika, który walczył o prezydenturę USA na trzy dekady przed Kennedym. Smith wygrał w zaledwie ośmiu stanach (z ówczesnych czterdziestu ośmiu), a prezydentem został Republikanin Herbert Hoover.
W co wierzy prezydent USA?
Jednak w latach 60. nastroje społeczne były już inne. Ustawy wprowadzone w dwudziestoleciu międzywojennym drastycznie ograniczyły imigrację z Europy. Ku Klux Klan nie budował już swojej popularności, strasząc tym, że Irlandczycy, Włosi i Polacy zniszczą amerykańską kulturę. A jednak pewne głęboko zakorzenione uprzedzenia pozostały. Jak pytanie, czy katolicki prezydent nie będzie przypadkiem bardziej lojalny wobec Watykanu niż wobec własnych obywateli.
Doszło nawet do tego, że ponad setka protestanckich duchownych ogłosiła, iż Kennedy nie będzie w pełni niezależny od swojego Kościoła, jeśli nie odrzuci jego nauczania. W odpowiedzi Kennedy zdecydował się odpowiedzieć wprost na te zarzuty, mówiąc, że nie jest katolickim kandydatem na prezydenta, lecz kandydatem Partii Demokratycznej, który jest również katolikiem.
Podczas wystąpienia w Houston Kennedy wygłosił też mocną deklarację dotyczącą rozdziału Kościoła od państwa: „Wierzę w Amerykę, która oficjalnie nie jest katolicka, protestancka ani żydowska; w której żaden urzędnik publiczny nie żąda ani nie przyjmuje instrukcji dotyczących polityk publicznych od Papieża, Narodowej Rady Kościołów ani żadnego innego organu kościelnego”.
W Ameryce nigdy nie było łatwo oddzielić religię od polityki
Na poziomie prawnym ta separacja instytucji państwowych od religijnych istniała od początku istnienia Stanów. Już pierwsza poprawka do konstytucji – ta sama, która jest regularnie przywoływana w kontekście wolności słowa – stwierdza: „Żadna ustawa Kongresu nie może wprowadzić religii ani zabronić swobodnego praktykowania jej”.
Nie tak łatwo było jednak oddzielić religię od polityki, o czym sam Kennedy, zmuszony do tłumaczenia się ze swojego katolicyzmu, dobitnie się przekonał. W państwie, które ukształtowali religijni dysydenci z Europy (purytanie, kwakrzy i inni), nie mogło być inaczej.
Zaledwie kilka lat przed wyborami, w których wystartował Kennedy, prezydent Eisenhower zmienił oficjalne motto Stanów Zjednoczonych, sięgając po frazę z narodowego hymnu: „Bogu ufamy” („In God We Trust”). Trwała zimna wojna i Stany chciały wyraźnie zaznaczyć swoją odrębność od promującego ateizm geopolitycznego rywala z drugiej strony globu.
Takie religijne odwołanie, które pojawiło się również na amerykańskich banknotach i monetach, zostało zaskarżone do sądu: czy przypadkiem nie łamie zasady sformułowanej w pierwszej poprawce? W sprawie „Aronow kontra USA” sąd rozstrzygnął jednak na korzyść władz państwowych. Uznał, że motto nie odnosi się do żadnej konkretnej religii, nie ma też znaczenia teologicznego, a jedynie „ceremonialne” i „patriotyczne”.
Na czym polega „obywatelska religia” w USA?
Patriotyczne, bo religijność silnie zrosła się z amerykańską tożsamością. Socjolog Robert Bellah przekonywał nawet w głośnym tekście z 1967 r., że w USA mamy do czynienia z rodzajem „obywatelskiej religii”: niepowiązanej z konkretnym wyznaniem, lecz opartej na wspólnych wartościach i „świętych” tekstach, jak Konstytucja czy Deklaracja Niepodległości. A nawet na rytuałach – jak recytowana w szkołach, w Kongresie czy przed wydarzeniami sportowymi przysięga wierności fladze: „Przysięgam wierność fladze Stanów Zjednoczonych Ameryki i Republice, którą ona reprezentuje, jednemu narodowi poddanemu Bogu, [narodowi] niepodzielnemu, z wolnością i sprawiedliwością dla wszystkich”.
Są także męczennicy tej „religii” – jak zamordowany przez zamachowca w 1865 r. prezydent Abraham Lincoln, który przeprowadził naród przez wojnę secesyjną. I jest wreszcie przekonanie o boskim powołaniu Stanów, aby były wzorem dla innych. Już w 1630 r. purytański duchowny John Winthrop przekonywał kolonistów, którzy osiedlili się na amerykańskiej ziemi, że oczy świata są zwrócone na nich, więc powinni być jak biblijne miasto na wzgórzu (City upon a Hill). Do jego słów odwoływali się później prezydenci, m.in. Kennedy i Ronald Reagan, podkreślając amerykańską wyjątkowość.
Zatem ta „religia obywatelska” z jednej strony ma jednoczyć Amerykanów, ludzi mających przecież różne pochodzenie etniczne i kulturowe. Z drugiej zaś ma uzasadniać ich najważniejsze prawa (jak prawo do wolności) i wytyczać szczytne cele. Nie chodzi tu jedynie o traktowanie własnego państwa i jego instytucji z patriotyczną nabożnością.
I choć „religia obywatelska” nie odwołuje się do żadnego wyznania, jej religijny charakter jest niezaprzeczalny. Dlatego wspomniany Robert Bellah pisał: „Nie ma formalnego wyznania w religii obywatelskiej. Mieliśmy prezydenta katolika; jest możliwe, że moglibyśmy mieć prezydenta żyda. Ale czy moglibyśmy mieć prezydenta agnostyka?”.
Kandydaci na prezydentów często sięgali po odwołania religijne
Jak dotąd, odpowiedź na pytanie postawione przez Bellaha jest negatywna. Niemal wszyscy prezydenci byli chrześcijanami i niemal wszyscy należeli do któregoś z odłamów protestantyzmu (katolików zaś tylko dwóch: Kennedy i Joe Biden). Wyjątkiem był tylko Thomas Jefferson, o którego religijnych zapatrywaniach wciąż dyskutują historycy, ale wydaje się, że i on był na swój sposób religijny.
W ostatnich dekadach kandydaci na prezydentów regularnie sięgali po odwołania religijne w swoich kampaniach. „Jestem farmerem, inżynierem, biznesmenem, planistą, naukowcem, gubernatorem i chrześcijaninem” – przedstawił się dziennikarzom Jimmy Carter, zaczynając swoją kampanię prezydencką w grudniu 1974 r.

Potem Carter wielokrotnie odwoływał się do swojej wiary, mówił też o swoich wewnętrznych zmaganiach. Głośna stała się jego wypowiedź dla magazynu „Playboy”, gdzie wspomniał o „żądzy”, jaką ma w sercu (to sprowokowało szyderczą odpowiedź ze strony sztabu jego rywala Geralda Forda: „Jimmy Carter otwarcie wyznaje swoją religię, ale to Jerry Ford nosi ją w sercu”).
Czy to Bóg powołuje prezydenta USA?
Po Carterze był Reagan, który podczas konwencji Republikanów w 1980 r., akceptując nominację na prezydenta, mówił: „Czy możemy wątpić, że tylko boska opatrzność umieściła tę ziemię, tę wyspę wolności, jako schronienie dla wszystkich ludzi na świecie, którzy pragną oddychać swobodnie?”.
Reagan zakończył to przemówienie cichą modlitwą, o którą poprosił też zgromadzonych. W wywalczeniu prezydentury pomogło mu zaś poparcie teleewangelistów: duchownych, którzy zdobyli olbrzymią popularność, wykorzystując telewizję do krzewienia nauk religijnych.

Religijnych odwołań nie unikał również Bill Clinton, choć twierdził, że wierzy „w chrześcijaństwo, ale także w wartości klasy średniej”. Można się w tym dopatrywać śladów dorastania na religijnym południu USA (w stanie Arkansas).
Z kolei George W. Bush dumnie mówił o sobie jako o nowo narodzonym chrześcijaninie. „Czuję, że Bóg chce, abym kandydował na prezydenta. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale czuję, że mój kraj będzie mnie potrzebował” – miał powiedzieć, kiedy jeszcze rozważał, czy ubiegać się o najważniejszy urząd w państwie.
Czy mormon może wygrać wybory prezydenckie?
Kwestia religijnych przekonań kandydatów pojawiała się też w późniejszych latach. Przed wyborami w 2008 r. był taki moment, gdy znaczna część wyborców (nawet 29 proc. ankietowanych) uważała, iż Barack Obama w istocie jest muzułmaninem. W kraju będącym w samym środku wojny z terrorem (zapoczątkowanej atakiem „islamskiej międzynarodówki” z 11 września 2001 r.). i zmagającym się także z wyzwaniami, jakie niesie imigracja, było to postrzegane negatywnie.

Republikanie starali się wówczas podsycać te wątpliwości, np. akcentując jego drugie imię – Hussein – co musiało nieuchronnie nasuwać skojarzenia z irackim dyktatorem Saddamem Husajnem (wówczas już nieżyjącym). Wzmacniało to również podejrzenia tych, którzy wierzyli w spiskowe teorie o nieamerykańskim pochodzeniu Obamy.
Nieco mniejsze wątpliwości budziło za to wyznanie Mitta Romneya, mormona, który w 2012 r. rywalizował z Obamą, walczącym wówczas o reelekcję. Choć do dziś można znaleźć w sieci ślady dyskusji na ten temat i artykułów w rodzaju: „Czy powinniśmy wybrać mormona na prezydenta?”, to jednak kwestia religijna raczej nie miała wpływu na ostateczny wynik tamtych wyborów. Może dlatego, że wielu wyborców nie było jej świadomych – ówczesne badania pokazywały, że nawet jedna trzecia elektoratu mogła nie wiedzieć, iż Romney jest mormonem.
A może powodem było przekonanie, że Obama i tak pokona republikańskiego kandydata? Niemniej mógł to być również sygnał poważnej zmiany zachodzącej w amerykańskim społeczeństwie.
Religijność Donalda Trumpa nie wydaje się zbyt głęboka
Kiedy obserwuje się poczynania Donalda Trumpa, można odnieść wrażenie, że wciąż niewiele się zmieniło. Po lipcowym zamachu na jego życie niejednokrotnie twierdził, że to Bóg go uratował, aby on mógł uratować świat. Na początku października Trump powrócił na miejsce zamachu, do Butler w Pensylwanii, by odbyć kolejny wiec. W trakcie najpierw poprosił zebranych o chwilę ciszy, a później razem wysłuchali „Ave Maria”.
Jednocześnie religijność Trumpa nie wydaje się zbyt głęboka. Jako dziecko uczęszczał do Kościoła prezbiteriańskiego i dlatego później przez lata przedstawiał się jako prezbiterianin. Jednak w 2020 r. stwierdził, że jest chrześcijaninem nienależącym do żadnego wyznania. W czasie, gdy był prezydentem, dziennikarze nie odnotowali jego regularnych praktyk religijnych.
Odnotowali za to jego potknięcia dotyczące Biblii, o której sam Trump mówił, że „znaczy dla niego wiele, ale nie chce wchodzić w szczegóły”. Na przykład pewnego razu odwołał się do księgi „dwóch koryntian”, nie mając najwyraźniej świadomości, że chodzi o Drugi List do Koryntian.
Trump wzbudził też pewne poruszenie na początku tego roku, rozpoczynając sprzedaż „Biblii – Boże błogosław Amerykę” za 59 dolarów i 99 centów (później pojawiła się jeszcze edycja specjalna z inskrypcją na okładce odnoszącą się do zamachu na Trumpa). Komentatorzy kwestionujący religijność Trumpa często wskazują też na jego życie osobiste: trzy żony i romanse, w tym ten z aktorką filmów porno, głośny dzięki niedawnej sprawie sądowej.
„Jezus jest moim zbawicielem, Trump jest moim prezydentem”
Mimo tych skaz na wizerunku Trump wydaje się nie tracić poparcia wśród religijnych Amerykanów. Przeciwnie: zarówno w roku 2016, jak i 2020 głosowała na niego większość protestantów i większość katolików. Choć należy zaznaczyć, że jego przewaga nie była aż tak wielka (57 do 43 proc. wśród nieewangelikalnych protestantów i zaledwie 50 do 49 proc. wśród katolików). Prawdziwa dominacja Trumpa objawiła się za to wśród chrześcijan ewangelikalnych: według badań Pew Research Center poparło go aż 84 proc. z nich.
Dlaczego ta bardzo istotna część amerykańskiego elektoratu postanowiła jednoznacznie opowiedzieć się po stronie Trumpa?
W 2016 r. często tłumaczono to pragmatyzmem. Trump może nie był wzorem idealnego chrześcijanina, ale opowiadał się po stronie konserwatywnych wartości. Mówił o konieczności powstrzymania lewicy i zapowiadał, że doprowadzi do zmiany w Sądzie Najwyższym.
Na tę ostatnią amerykańscy konserwatyści czekali od dekad. Wyrok w sprawie „Roe kontra Wade” utrwalił sytuację, w której aborcja w USA była legalna na poziomie federalnym i żadna ustawa nie mogła tego zmienić. Dopiero zmiany w składzie Sądu i ukształtowanie się nowej konserwatywnej większości umożliwiło odwrócenie skutków tego wyroku w 2022 r. Odtąd o kształcie prawa aborcyjnego decydują władze stanowe.
Dla wielu chrześcijan były to wszystko dostateczne argumenty za tym, aby w roku 2016 i 2020 głosować na Trumpa.
„Najwyższy czas sięgnąć po miecz. A tym mieczem jest Trump”
Jednak w roku 2024 sytuacja jest inna. Środowiska pro-life akcentują potrzebę dalszych zmian poprzez wprowadzenie federalnego zakazu aborcji, a Trump nie tylko tego postulatu nie popiera, lecz mówi wprost, iż jeśli taka ustawa trafiłaby na jego biurko w Gabinecie Owalnym, on by jej nie podpisał. W czasie kampanii również zdecydowanie popierał dostępność metody in vitro.
Były prezydent wyraźnie postawił na przedwyborczy pragmatyzm: zaostrzenie prawa antyaborcyjnego na poziomie federalnym nie jest popularne wśród większości Amerykanów. W 2022 r. Demokraci skutecznie mobilizowali elektorat w tzw. wyborach połówkowych (przeprowadzanych w połowie kadencji prezydenta, stąd nazwa), podnosząc właśnie kwestię dostępności aborcji.
Trump wybrał więc drogę środka, starając się nie zrazić bardziej centrowych wyborców. Założył najwyraźniej, że choć spadnie na niego krytyka ze strony ewangelikalnych chrześcijan, to ostatecznie i tak na niego zagłosują.
Tim Alberta, dziennikarz i syn pastora, który poświęcił swoją niedawną książkę związkom między trumpizmem a ewangelikalnymi chrześcijanami, sugeruje, że chodzi o coś więcej, niż tylko o „transakcyjny” głos w sprawie aborcji i innych kwestii światopoglądowych. Jego zdaniem ewangelikalni chrześcijanie od lat żyją w przekonaniu o upadku Ameryki. I są tym na tyle przerażeni, że uznali, iż najwyższy czas „sięgnąć po miecz. A tym mieczem jest Donald Trump”.
Tylko połowa Amerykanów deklaruje dziś związek z konkretnym Kościołem
Podczas gdy Trump opowiadał w tegorocznej kampanii o swoim ocaleniu od kuli zamachowca i wraz z sympatykami słuchał „Ave Maria”, Kamala Harris starannie unikała odwołań do religii. „Harris idzie do kościoła, podkreślając brak religii w kampanii wyborczej w 2024 r.” – odnotowała stacja NBC przy okazji relacji poświęconej wizycie Harris na nabożeństwie w Kościele baptystycznym.
O ile więc Joe Biden często podkreślał swój katolicyzm, o tyle Harris była bardzo powściągliwa w religijnych deklaracjach. Nie pojawiła się nawet na tzw. Kolacji Ala Smitha: charytatywnym wydarzeniu, organizowanym w każdej kampanii prezydenckiej przez fundację nazwaną imieniem tego katolickiego kandydata z 1928 r. Trump twierdził, że pokazuje to brak szacunku jego rywalki wobec katolików.
Jednak sztab Harris wiedział dobrze, co pokazują sondaże: odsetek Amerykanów deklarujących brak przynależności religijnej rośnie w tempie niewidzianym w historii USA: w 2007 r. było ich 16 proc., a w 2021 r. już prawie 30 proc. Jednocześnie spada odsetek dorosłych identyfikujących się jako chrześcijanie: z 78 do 63 proc. w tym samym okresie.
Tę zmianę widać również w innym badaniu. Od lat 30. XX w. Instytut Gallupa bada przynależność Amerykanów do wspólnot religijnych. Przez dekady swoje związki z konkretnymi Kościołami deklarowało ok. 70 proc. ankietowanych. Na przełomie wieków XX i XXI zaczął się nagły trend spadkowy: obecnie to już tylko ok. 50 proc.
Spadek religijności jest widoczny zwłaszcza w pokoleniu milenialsów i generacji Z
Procesy sekularyzacyjne, obecne od dawna w społeczeństwach Zachodu, najwyraźniej przybierają na sile również w USA. Być może dotąd hamowało je zrośnięcie się kwestii religijnych z państwowymi – deklarowanie braku religijności przez lata mogło się wydawać czymś wręcz antyamerykańskim. Ateiści byli traktowani z podejrzliwością.
Ostatnie dwadzieścia kilka lat jednak przyniosło istotną zmianę. Po raz pierwszy w historii „niereligijni” są liczniejszą grupą niż wyznawcy dowolnego chrześcijańskiego wyznania (choć oczywiście chrześcijan wciąż jest łącznie o wiele więcej). Spadek religijności jest szczególnie widoczny w pokoleniu milenialsów i generacji Z, a więc tych urodzonych po 1980 r.
Ta zmiana zaczyna mieć istotne skutki polityczne. Zdecydowanie wyższy odsetek osób niereligijnych, a także tych wprost deklarujących ateizm głosuje na Partię Demokratyczną. Ciekawą analizę przedstawił tu magazyn „Politico”, pokazując, że spadek religijności nie zachodzi w całym kraju równomiernie. Są nawet miejsca, gdzie osób religijnych przybywa. W tym drugim przypadku rośnie też poparcie dla Republikanów. I odwrotnie: gdzie wierzących ubywa, tam przybywa głosów oddanych na Demokratów.
Czy w USA nadchodzi czas niereligijnych prezydentów?
Sztaby wyborcze jednych i drugich muszą wyciągać z tego faktu praktyczne wnioski. A kwestia religijności może się stać jeszcze jedną linią, oddzielającą od siebie dwie główne siły polityczne w USA. Po stronie Republikanów długo jeszcze nie zabraknie miejsca dla tych, którzy zechcą założyć koszulkę z napisem „Jezus jest moim zbawicielem, Trump jest moim prezydentem” albo czapkę „Bóg, broń i Trump”.
Ale jeśli obecny trend się utrzyma, i jeśli niereligijnych Amerykanów nadal będzie przybywać w podobnym tempie jak teraz, za cztery, osiem albo dwanaście lat twierdzenie Roberta Bellaha może zostać zakwestionowane: w Gabinecie Owalnym zasiądzie człowiek niewierzący.
ANDRZEJ KOHUT jest amerykanistą, autorem książek o USA. W tym roku wydał książkę „Bitwa o Amerykę. Czy to koniec Stanów Zjednoczonych, jakie znamy?”. W przeszłości związany z Klubem Jagiellońskim, obecnie analityk Ośrodka Studiów Wschodnich (w Zespole Bezpieczeństwa i Obronności). Autor podkastu „Po amerykańsku”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















