Reklama

Dzieci z wolnością w tle

Dzieci z wolnością w tle

04.09.2005
Czyta się kilka minut
31 sierpnia 1980 roku, słoneczna niedziela. W Stoczni Gdańskiej rodzi się Solidarność. Wraz z nią - według bazy danych o obywatelach PESEL - tego dnia rodzi się w Polsce 1579 dzieci. Oto opowieść o kilkorgu z nich.
Katarzyna Mochoń z ojcem Andrzejem
-

- Mogłam mieć na imię Wiktoria, ale rodzice za późno na to wpadli - skarży się Katarzyna Mochoń. Rodzina mieszka w Kielcach, ona właśnie obroniła w Warszawie magisterium z lingwistyki stosowanej. - A Kaś w naszym pokoleniu jest pełno. Zawsze, gdy pytano mnie, kiedy się urodziłam, mówiłam: “Wtedy, gdy wybuchła »Solidarność«". Nie pamiętam wiele, ale czuję się z tym jakoś związana.

31 sierpnia 1980

Rodzice Kasi, Małgorzata i Andrzej, pochodzą z Jarosławia, gdzie poznali się jeszcze w liceum. Potem studia we Wrocławiu, który nazywają “odważnym miastem". Były nielegalne wykłady, bibuła. W Kielcach dostali pracę w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Dziś mają biały domek w “szeregowcu", pełen książek, zdjęć i instrumentów.

Andrzej Mochoń wspomina, że kiedy zatrudnił się na kieleckiej uczelni, był tam trzecim bezpartyjnym pracownikiem. Jest z wykształcenia geologiem i - jak mówi żona - z zamiłowania artystą: muzykuje, fotografuje i kocha góry. Właśnie wrócił z Mont Blanc. Pani Małgorzata jest germanistką; wykłada i tłumaczy.

Kasia miała się urodzić w Jarosławiu. Szpital był naprzeciwko. Ale właśnie wybuchła epidemia gronkowca i trzeba było jechać do Przeworska. Pomógł kolega z autem - jakimś cudem miał benzynę.

- Tego dnia Kasi się nie spieszyło, a ja byłam odcięta od informacji. Dopiero na sali porodowej usłyszałam radio - opowiada pani Małgorzata. Jej mąż, który czekał na zewnątrz, wspomina, jak przez uchylone szpitalne okna słychać było Radio Wolna Europa. A lekarz zniknął; siedział przed telewizorem i oglądał to, co działo się w Gdańsku. - Gdy Kasia się urodziła, położna zrobiła ciekawy gest - mówi jej mama. - Zanim oddała ją mnie, pokazała ją do okna.

Tego dnia na świat przyszła także Anna Mikołajczyk z Lęborka na Pomorzu. Skończyła w Warszawie dziennikarstwo i zaczęła drugi kierunek: wiedzę o teatrze. W ramach stażu (program imienia biskupa Chrapka) trafiła do TVP. Została w redakcji katolickiej, pracuje nad programem dla dzieci “Ziarno".

Pracę magisterską pisała u prof. Bralczyka o “Tygodniku Solidarność". Porównywała jego język z językiem prasy partyjnej. - Podstawowa różnica? W tej drugiej nie używano słów: “wolność" czy “porozumienie" - mówi.

Jej mama, Danuta, uczy rosyjskiego w szkole. Jest też przewodniczącą rady powiatu i prezesem Akcji Katolickiej Diecezji Pelplińskiej. Prowadzi otwarty dom, przez który przewijają się tłumy podobnych jej społeczników.

W sierpniu 1980 r., gdy zbliżał się poród i zaczynały strajki, mąż pracował w gdyńskiej stoczni “Manifest Lipcowy" jako inżynier. Jednak w tych dniach jechał właśnie do Rzymu: organizował pielgrzymkę z Torunia. Wrócił w sam raz na narodziny córki.

- Ania urodziła się rano, po południu były Porozumienia. I mnóstwo radości - opowiada pani Danuta. - Wszystko było pozamykane, mąż przyszedł z kwiatami zerwanymi w ogrodzie sąsiadów - śmieją się obie.

Również Piotr Wieczorek z Będzina rodził się 31 sierpnia 1980 r. Jest lekarzem, kilka tygodni temu odebrał dyplom. Teraz myśli o stażu, potem może o pracy na uczelni. Obserwuje kolegów, jak wyjeżdżają do pracy za granicę. Nie jest w najlepszym nastroju. - Ale ktoś musi przecież zostać - mówi. - Oczywiście nie za cenę płacy graniczącej z upokorzeniem.

Urodził się dopiero o godzinie 22. Jego mama wspomina, że ordynator nazwał go buntownikiem, bo nie chciał przyjść na świat, zanim Porozumienia nie zostały podpisane. - I tak właśnie, trochę z przymrużeniem oka, kojarzę Porozumienia Gdańskie - kończy Piotr.

Niedaleko, bo w Gliwicach, urodziła się Karolina Harazim. W Krakowie skończyła dziennikarstwo, znalazła pracę w impresariacie filmowym. Jej mama Bożena żartuje, że jest elektrykiem, tak jak Wałęsa. Na wydział elektryczny na Politechnice Śląskiej poszła z miłości do matematyki. Uczyła w szkole, dziś pracuje w Urzędzie Miasta.

Z narodzinami Karoliny było trochę kłopotu, lekarze bali się o ciążę. - Nie wiedziałam, o co im chodzi, a czułam się fantastycznie - opowiada pani Bożena. Spędziła kilka tygodni w szpitalu, były okropne upały. - 31 sierpnia położna badała mi ciśnienie. Nagle powiedziała: “oho" i gdzieś pobiegła. Skończyło się cesarskim cięciem.

W szpitalu pani Bożena wiedziała, co dzieje się w kraju (w końcu to Śląsk). Ale, jak mówi, miała wtedy inny problem do rozwiązania. - Dopiero w domu nadrabiałam zaległości, z nadzieją na wspaniałą przyszłość.

Również na Śląsku, w Jastrzębiu-Zdroju, rodził się Krzysztof Zdziebło. Dziś kończy studia i ma własną firmę w branży komputerowej. Jego ojciec-górnik, gdy syn przychodził na świat, był “na kopalni". Strajkowali. - Jakoś wyrwałem się do szpitala - opowiada. - Ale nie było łatwo, bo przed zakładem stali żołnierze i ZOMO [oddziały milicji przeznaczone do tłumienia strajków i demonstracji - red.].

W połowie lat 80. rodzice Krzysztofa wyjechali do Niemiec. On sam dojechał po roku mieszkania z babcią. Żył tam 13 lat, zdał maturę, ma podwójne obywatelstwo. Wrócił już po 1989 r. Ze słowem “Solidarność" zetknął się pierwszy raz w... strategicznej grze komputerowej. - W Polsce nie było mnie tyle czasu, z kolei w Niemczech zawsze będę obcy, choćby ze względu na nazwisko, którego nie potrafią tam wymówić - przyznaje. Dlatego Krzysztof czuje się przede wszystkim Europejczykiem. - Jestem za Europą bez granic, w przeciwnym razie znowu zaczniemy wyznaczać podziały.

Wspomnienia z narodzin dzieci z “Solidarnością" w tle czasem stapiają się i mieszają. Kasia Mochoń urodziła się o 15.25, Karolina Harazim - około 13. Obie rodziny są przekonane, że właśnie wtedy podpisywano Porozumienia. W rzeczywistości stało się to o 16.46.

Radość bez kalkulacji

Czas między 31 sierpnia 1980 r. a 13 grudnia 1981 r. to pierwsze miesiące ich życia. Czas świętowania, odwrócenia dotychczasowego porządku. Karnawał wolności: ich rodzice zgodnie wspominają radość i nadzieję.

- Gdy rodziła się “Solidarność", powstawał nie tylko ruch społeczny, ale i ruch psychiczny: w duszach inaczej grało - mówi prof. Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny. - Na radość z narodzenia dziecka, na pytanie: “co je czeka?", nałożył się powiew nowej idei. Że dzieciak będzie miał lepiej niż my. A radość ze zmian jest w człowieku bardzo pierwotna. Oczekiwanie cieszy bardziej niż nawet sam dobrobyt.

Według prof. Joanny Tokarskiej-Bakir, antropologa kultury, narodziny tych dzieci były prologiem sytuacji, jaka stała się udziałem większości społeczeństwa rok później, po wprowadzeniu stanu wojennego: - Powstały wówczas wyż demograficzny bywa wiązany z sytuacją zamknięcia: godziną milicyjną, brakiem telewizji. To trochę prymitywne wyjaśnianie ludzkich zachowań. Przypuszczam, że ówczesny wyż był raczej opóźnioną reakcją na gigantyczną zmianę, wcześniejszą niż stan wojenny. Był reakcją na otwarcie. Ludzie nie rodzą dzieci w reakcji na wojnę. Reagują tak na zmianę, która daje nadzieję.

A więc rodziny te łączy więcej niż zbieżność dat. Tokarska-Bakir nazywa je nawet “forpocztą nadziei".

Czy towarzyszył im nastrój święta?

- To było święto w wydaniu roboczym - mówi mama Karoliny Harazim. - Mądre rozmowy, snucie planów. Już samo bycie “za" oznaczało świętowanie.

- To była radość ze zdjęcia maski - dodaje Danuta Mikołajczyk.

Gdy rodzice rówieśników “Solidarności" decydowali się (w październiku 1979 r.) na dziecko, nie śnili nawet, co stanie się za dziewięć miesięcy. Nie zastanawiali się, czy ich dziecko będzie żyć w bezpiecznym świecie, czy nie. Po prostu był na to naturalny czas. Choć mama Kasi Mochoń wspomina, że mieli w pamięci Radom roku 1976, to jej ojciec dopowiada: - Jednak bliższy był Papież.

Bo Mochoniowie w czerwcu 1979 r. zjeździli za Janem Pawłem II całą Polskę, wpadając po drodze na sesję egzaminacyjną do Wrocławia. - Czuliśmy, że to będzie mieć znaczenie - przekonują.

Obaw o przyszłość Kasi nie pamiętają też z czasu, gdy skończył się karnawał i zaczął stan wojenny. Swoje przerażenie wspomina za to mama Ani Mikołajczyk: krewny jej pochodzącego z Kresów dziadka był oficerem w pobliskim garnizonie sowieckim, udało mu się nawiązać kontakt. Mikołajczykowie wiedzieli dzięki temu, że w garnizonach armii sowieckiej w Polsce trwa stan gotowości.

Kasia Mochoń, gdy tylko nauczyła się mówić, na widok Wojciecha Jaruzelskiego w telewizji reagowała: “Czajna wjona!". Nie pamięta, bo nie może, rewizji w mieszkaniu. Pamięta za to jej tato: gdy ubecy wpadli do ich zastawionego nielegalnymi książkami mieszkania, poprosili po kwadransie o pokazanie czegoś niewinnego do protokołu. Nie chciało im się przekopywać księgozbioru.

- Przy dziecku nie wolno wpadać w panikę - tłumaczy Bożena Harazim. - Zresztą te czasy pamiętam z perspektywy bardziej podstawowych problemów. Tak jak sierpień kojarzy mi się z upałem, tak grudzień z kolejką po benzynę.

O taką Polskę?

Ćwierć wieku później rówieśnicy “Solidarności" nieczęsto mają tyle optymizmu.

Muszą kalkulować. Jak mówi Kasia Mochoń, gdy ktoś dzisiaj przyznaje się, że studiuje (jak kiedyś jej ojciec) geologię, od razu jest pytany o drugi kierunek. Ania Mikołajczyk opowiada, że ona i większość jej znajomych intensywnie szukała praktyk i szkoleń w czasie studiów. - Ale to specyfika Warszawy - przyznaje. - Już właściwie nie znam realiów swojego rodzinnego Lęborka.

Rodzice i dzieci są tu raczej zgodni: wtedy było jakoś łatwiej, może bardziej beztrosko. Ale lepiej i ciekawiej jest teraz.

O troskach wiele wie jedna z urodzonych 31 sierpnia, Anna Patora. Rok temu skończyła pedagogikę i resocjalizację. Zaoferowano jej pracę w poradni dla uzależnionych od alkoholu. 400 złotych “na rękę". Wróciła do domu i pół dnia płakała z upokorzenia. Właśnie planuje wyjazd do Holandii. - Jak jej Polska nie chce dać zarobić, to musi jechać - skarży się jej tato. - Przykro to mówić, bo do “Solidarności" należę od początku, choć dziś jestem emerytem.

- Coś jest nie tak - dodaje. - Tak jakby krajowi nie zależało na wykształconych ludziach. Nie “o take Polske" walczyliśmy.

Anna będzie w Holandii metkowała ubrania. Praca fizyczna, ale zarobek przynajmniej uczciwy.

- I tak nie kalkulujemy tak bardzo, jak choćby Niemcy - kręci głową Kasia Mochoń. Gdy powiedziała znajomym stamtąd, że chciałaby mieć czworo dzieci, tak jak jej rodzice, usłyszała, ile tysięcy euro kosztuje wychowanie jednego. - Mieli to dokładnie obliczone - mówi. - Poczułam się dumna. U nas może biedniej, ale dzieci na pieniądze nie przeliczamy.

Prof. Nęcki zauważa, że wprawdzie wachlarz możliwości dzisiejsi 25-latkowie mają nieporównywalnie większy niż rodzice, lecz wymaga się od nich nieporównywalnie większej konkurencji. - Będą z tego koszty społeczne - kręci głową. - Nie można wymagać od wszystkich wyłącznie przebojowości. Są zdolni, którzy nie umieją się przebijać. Potrzeba dla nich wsparcia.

Może to miejsce na pokoleniową solidarność. Ale czy rówieśnicy “Solidarności" potrafią być solidarni?

- Coraz mniej - wzdycha Kasia Mochoń. Zapytana o swoją definicję solidarności mówi powoli, z namysłem: - To poczucie bycia razem i wspólnego radzenia sobie z problemami. Przeciwieństwo egoizmu.

Ania Mikołajczyk: - Kojarzy mi się ona z wolnością; gdy ludzie mogą zrobić coś razem, w imię wspólnej idei. Nawet mimo różnic.

Karolina Harazim: - Rzadko używamy słowa “solidarny", bo zbyt kojarzy się z polityką. Dziś mówi się “lojalny".

- My dużo więcej robiliśmy społecznie - podkreśla Danuta Mikołajczyk. Córka oponuje: - Przecież dopiero co nosiliśmy pomarańczowe wstążeczki, za Ukrainą. Że to było chwilowe? Przecież z “Solidarnością" było tak samo. Wtedy zadziałali zupełnie różni ludzie, trochę z przekonania, a trochę z emocji.

Kasia Mochoń i jej rodzice zastanawiają się, czy “polski kwiecień" (wydarzenia wokół śmierci Jana Pawła II) nie były dla dzisiejszych 25-latków tym, czym dla ich rodziców pierwsza papieska pielgrzymka w czerwcu 1979 r.? Taką okazją do policzenia się? - Na pewno - dodaje Kasia - to było oczyszczające.

Prof. Tokarska-Bakir spostrzega, że dziś młodzi ludzie często są nieufni wobec samego ideału dużej grupy, kolektywu. Zbyt często okazywało się, że stoi za nim zło, by wspomnieć choćby komunizm. - Jednak za życie skierowane wyłącznie na indywidualny rozwój, poza wspólnotą, płaci się wysoką cenę - mówi.

25-latkowie wydają się znajdywać rozwiązanie: szukają wspólnot mniejszych i “specjalistycznych".

Ania Mikołajczyk działała w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży i - tak jak Kasia Mochoń - uczestniczy w spotkaniach ruchu z Taizé. Piotr Wieczorek na studiach był szefem rady uczelnianej Związku Studentów Polskich i - choć poglądy ma raczej lewicowe - denerwowało go, gdy ktoś nazywał przy nim związek “lewicową młodzieżówką", skoro on chciał po prostu działać. Karolina Harazim zaś stara się dbać o częste spotkania z przyjaciółmi: wzorem swoich rodziców zaproponowała im cykliczne spotkania, na których kolejne pary przygotowują kolację z daniami na umówioną literę alfabetu.

Tu pojawia się problem. Jej rodzicom udało się kontynuować ten zwyczaj bez przerwy przez trzy lata. - A dziś trudno założyć z góry, że co dwa tygodnie uda się nam spotkać - mówi Karolina.

Wszyscy podkreślają zgodnie, że pokolenie rodziców miało więcej czasu dla siebie. - Ale z drugiej strony - dodaje Ania podkreślanie braku czasu jest dziś rodzajem snobizmu.

Następne pokolenie

Piotr Wieczorek nie pamięta, kiedy pierwszy raz usłyszał słowo “Solidarność". Ale ma przed oczami niedawny obrazek górnika z opaską “Solidarności", który przed Sejmem zaczyna bójkę z policją. - To przykre. Tym bardziej, że jak tylko lekarze mówią o strajku, zaraz wyciąga się przysięgę Hipokratesa...

Karolina Harazim odrzuciła ofertę pracy w komitecie wyborczym. Wśród jej rówieśników polityka jest na cenzurowanym, a na pewno nie kojarzy się z solidarnością.

Ania Mikołajczyk wspomina konsternację na lekcji historii, gdy nie wiedziała, czy Armia Czerwona była w końcu zła, czy dobra. Dziś irytuje ją, gdy dawnym działaczom wyciąga się “teczki".

Ale co do znaczenia słowa “solidarność" są mniej więcej zgodni. To jednomyślne działanie, mimo różnic. Znamienne, że było tak w sierpniu 1980 r., następnie w 1989 r., wreszcie w 2005 r., gdy umarł Papież.

A więc co z “ciągłością pokoleniową"?

Pewnie tkwi, jak zwykle, w ważnych drobiazgach. Karolina Harazim złościła się dawniej na młodsze od siebie dzieci, bo jej mama przekazywała im ubrania, które na nią były już za małe. Dziś sama uwielbia rozdawanie. Ania Mikołajczyk organizowała w duszpasterstwie wyjazd na Ukrainę z darami. Wspomina, jak cieszono się tam z każdego drobiazgu. - My już to zatraciliśmy - dodaje.

Gdy Piotr Wieczorek tłumaczy, dlaczego działał w ZSP, używa bezwiednie argumentu znanego sprzed 25 lat. - Zmienianie rzeczywistości na lepsze to jedna z ról inteligencji - mówi.

Kasia Mochoń pierwszy raz była w Taizé, gdy miała 16 lat. Zabrali ją rodzice, którzy jeździli tam już w latach 80. i gościli często członków Wspólnoty. Dwa lata później poznała tam Brytyjczyka, informatyka po Cambridge. 27 sierpnia 2005 r., na cztery dni przed rocznicą “Solidarności", wzięli ślub. Dokładnie w 28. rocznicę ślubu jej rodziców. Zastanawia się, czy może to też więcej niż zbieżność dat?

O ideach mówi też Grzegorz Dobrodziej z Gliwic. Urodzony 31 sierpnia 1980 r., dziś tokarz w śląskiej fabryce. - Moja idea? Żeby było lepiej, praca żeby była, i żeby godnie się żyło. To idea takiego szaraka jak ja. Na razie jestem zadowolony z tego, co mam. Ustrój i otoczenie można zmienić, ale człowiek musi być “w porzo" dla siebie.

***

Ania Mikołajczyk koresponduje z koleżanką z Białorusi, Polką, dziennikarką polonijnej gazety. - Denerwowałam się: dlaczego, mimo że tyle się tam ostatnio dzieje, ona pisze mi same głupoty, tak jakby nigdy nic? Dopiero wczoraj do mnie dotarło, że boi się inwigilacji. W ogóle nie myślałam takimi kategoriami.

Współpraca Marcin Buczek (Radio RMF)

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, dziennikarz, kierownik wydania internetowego „Tygodnika”, twórca i wieloletni kierownik działu „Nauka”, zajmuje się też tematyką...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]