Domek z tarasem, przebój z Męskiego Grania i burgerownia w pawilonie: czy tak naprawdę wygląda Polska?

W realiach przeliczania każdego kawałka miejskiego gruntu na cenne złotówki nieużytek nie ma prawa bytu. Tęsknię za spontaniczną rumiankową łąką na zapleczu monumentu.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP

Napotkałam ostatnio kombinację wrażeń, którą chciałabym nagrać i odtwarzać, gdyby tylko gdzieś poza science fiction istniał sprzęt to umożliwiający. Takie uderzające jednocześnie w kilka miejsc w pamięci kombinacje wrażeń zmysłowych badacz odmiennych stanów świadomości, Stanislav Grof, nazwał „coexami”: to złożone pigułki odczuwania światła, temperatury, zapachu, koloru i jeszcze jakiegoś nieuchwytnego, własnego doświadczenia.

Była to piękna pigułka z mojej arcypolskiej Polski. Pod popisowym budynkiem z lat 70., przeszklonym i przestrzennym, z jasną okładziną kamienną (znacie z pewnością te sanktuaria wiary w racjonalny rozwój, umiar i technikę; jest w nich coś niezmiernie kojącego i godnego, mimo pewnej patyny) rozciągała się popękana asfaltowa nawierzchnia ścieżki spacerowej i rozległe przestrzenie trawnika. Przestrzeń traktowano tu hojnym gestem, nikt nie myślał o tym, gdzie dałoby się coś jeszcze wcisnąć i na czym zarobić; uznano, że goście i przechodnie zasługują i na to, by po prostu doświadczyć dali i skali. Zaplecze budynku ujawniało już pewne zużycie, tu coś pękło, tam odpadło, lecz to nic nie szkodzi. Cisza i złoty filtr popołudniowego słońca, temperatura rozgrzanej nawierzchni, a przede wszystkim kombinacja zapachów roślinności zwanej czasem fachowo „ruderalną”, wszędobylską, wciskającą się w dziury w cywilizacji. Był tam rumianek, bylica i dzięgiel, wszystkie te rośliny, które można było niegdyś spotkać na marginesach świata górniczego, kolejowego, budowlanego, przy płotach i dziurach, w miejscach, na które rzadziej padał wzrok. Te rozgościły się przy brzegu ścieżki spacerowej. Piękny był to moment, i niespotykany w innych miejscach świata. Gdybym miała poprosić wirtualnego asystenta, by wygenerował mi Polskę, to byłaby właśnie taka, bo taką znałam przez większość mojego życia.

Ta przydługa wrażeniowa pocztówka przywiodła mnie jednak do smutnej konkluzji. To świat już nie tyle polski, co staropolski. Może jest mój, lecz dookoła to widok już rzadki. Poczułam się trochę jak ci ludzie, którzy patrząc na czarno-białe zdjęcia z dawnej wsi, z pacholęciem bosym i babuleńką pod drewnianym gankiem, ogłaszają, że oto wieś najprawdziwsza, a nie ta z nowym chodnikiem i supermarketem. Oni rozglądają się za światem, który – choć dla nich jest prawdziwszy – już nie istnieje, i gdy znajdą jego fragment, przywierają kurczowo. Poczułam się tak samo, jakbym szukała widma, cienia tej luksusowej nudy letniego popołudnia.

Żeby zaistniała roślinność taka, jaka nasycała sobą powietrze na małym obrazku, musimy mieć choćby malutki nieużytek. W realiach przeliczania każdego kawałka miejskiego gruntu na cenne złotówki nieużytek nie ma prawa bytu. Poza tym w dzisiejszej Polsce rośliny są podejrzane – mieszkają w nich owady i trzeba o nie dbać, więc jeśli już jakieś mają być, to najlepiej sztuczne, bo to nie wymaga sprzątania.

To, co opisałam wyżej, w kryteriach wielu administratorów przestrzeni – publicznych i prywatnych – wpada raczej w kategorię „zaniedbania”, czegoś, czego mieć nie wypada. Do tego to, jak wygląda świat dookoła, kształtuje dostępność towarów i łatwość zakupu; ten, komu uda się ustawić swój produkt w środkowej alejce, wkrótce będzie go widział w całym kraju. Dlatego wszędzie widzimy gres przemysłowy, szarą blachę i szarą dachówkę, trawniki bez krzewów i drzew, trampoliny i tarasy z deski kompozytowej.

Jestem przekonana, że zaraz ktoś zapyta: „a co w tym złego”, choć przecież wymienienie kilku popularnych elementów wyposażenia lub materiałów budowlanych nie jest żadną krytyką. Niektóre są mi obojętne, niektóre mogą mi się podobać, a inne nie; moje upodobania nie powinny mieć tu żadnego znaczenia. Chodzi o co innego: o to, że gdyby wirtualny asystent wygenerował mi Polskę, to otrzymałabym właśnie ten domek z tarasem, najnowszy przebój z Męskiego Grania i burgerownię w  pawilonie z płyty warstwowej, a nie spontaniczną rumiankową łąkę na zapleczu monumentu. Ja sama mogę szukać, owszem, czegoś innego, ale to tę nowszą Polskę widuję, gdziekolwiek się znajdę. Czy trzeba stuprocentowo polubić, nie wiem – ale na pewno trzeba zaktualizować bazę danych.

Widok ze Staropolski // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Wygeneruj mi Polskę