Niespodziewana dla koalicji rządzącej porażka Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich, a także jałowy przekaz niedawnego exposé premiera – to sygnały silnego kryzysu ideowego i przywódczego w PO. 68-letni dziś Donald Tusk wydaje się wypalony jako polityczny lider Platformy i Koalicji Obywatelskiej. Proces, którego efekty dziś obserwujemy, trwa jednak od dłuższego czasu.
Kryzys wewnętrzny może się wydawać niespodzianką, jeśli weźmiemy pod uwagę, że koalicja 15 października ledwie półtora roku temu, przy rekordowej frekwencji, odebrała władzę PiS. I zrobiła to pod kierunkiem doświadczonego polityka, który stanął potem – kolejny raz – na czele rządu. Wielu zwracało wówczas uwagę, że dopiero powrót Tuska do Polski doprowadził do zakończenia długiej epoki rządów Jarosława Kaczyńskiego, co miało świadczyć o jego niezwykłych cechach przywódczych.
Trzecia Droga na rozdrożu
Narracja ta, w części prawdziwa, przykryła jednak wiele niepasujących do niej faktów. Na czele z tym, że Tusk co prawda licznymi spotkaniami w ramach kampanii w 2023 r. pomógł uzyskać dobry wynik, ale to nie KO wygrała te wybory. Zwyciężył PiS z przewagą niemal 5 punktów proc., ale bez zdolności do utworzenia jakiejkolwiek koalicji. Przejęcie władzy przez rząd Tuska umożliwił dopiero nadspodziewanie dobry wynik Trzeciej Drogi. Był on możliwy nie tylko dzięki apelom lidera PO, by dać też szansę partii Szymona Hołowni, ale także za sprawą sporej rzeszy ludzi zniechęconych zarówno do PiS, jak i do PO, którzy szukali dla nich alternatywy. Mało kto dziś o tym pamięta, ale na wynik Trzeciej Drogi znaczący wpływ miała m.in. debata telewizyjna, w której świetnie wypadł Hołownia, natomiast sam Tusk słabo, wikłając się w rytualne spory z równie nieprzekonującym Mateuszem Morawieckim.
Wydarzenia po 13 grudnia 2023 r., gdy Tusk stanął na czele koalicyjnego gabinetu, potwierdziły, że teza o TD jako języczku u wagi nie jest daleka od prawdy. Była dla wyborców nadzieją na choć częściowe złamanie duopolu PO-PiS, a zaczęła tracić poparcie, gdy gwiazda marszałka Sejmu przygasła po utworzeniu rządu. Sam Hołownia stał się głównie realizatorem celów politycznych KO, prowadzącej wojnę z PiS. Klęska marszałka w wyborach prezydenckich i nagły rozpad Trzeciej Drogi w ubiegłym tygodniu (z inicjatywy PSL) stały się ostatnim akordem tego procesu.
Z perspektywy czasu widać, że koalicja mogłaby osiągnąć większy sukces, gdyby realizowała obietnice i prowadziła spójną politykę informacyjną. Mogła zarazem swoimi posunięciami uspokoić i zdemobilizować wyborców prawicy, a może nawet część z nich pozyskać. Jednak Tusk od powrotu do Polski stał się więźniem najbardziej radykalnego antypisowskiego elektoratu mimo powtarzanych deklaracji, że nie będzie w polityczny sposób sterował rozliczeniami. Zamknął się na środowiska myślące inaczej do tego stopnia, że uległ radykałom i nakazał Trzaskowskiemu odwołać tzw. debatę symetrystów na Campusie Polska Przyszłości w 2023 r., gdyż jej przebieg mógłby się okazać niekorzystny dla głównego przekazu partyjnego.
Klęska Trzaskowskiego uwypukliła podziały w PO
Wszystko to były oznaki słabości Tuska. Podobnie jak brak umiejętności egzekwowania ustaw od podlegających mu ministrów. Rosnące w rządzie nieróbstwo spowodowało, że także Andrzej Duda nie miał zbyt wiele pracy i zawetował ledwie kilka ustaw, choć przedstawiano go jako hamulcowego reform. Nawet w najbardziej zepsutych w epoce PiS sferach zmiany wprowadzano bardzo powoli. W działaniu mediów publicznych nie zmieniono właściwie nic. W kwestii wymiaru sprawiedliwości zdecydowano się na fragmentaryczne reformy (to ustawy o KRS i o Trybunale Konstytucyjnym – zablokowane przez Dudę).
W samej Platformie przywódcza pozycja Tuska nie jest jeszcze kwestionowana. Nawet najbardziej rozgoryczeni nie mają wątpliwości, że premier jest wciąż ich mężem opatrznościowym. Są przekonani, że Tusk de facto dwukrotnie tworzył Platformę – w 2001 r. z Andrzejem Olechowskim i Maciejem Płażyńskim, a także dwadzieścia lat później, gdy po latach kariery międzynarodowej zjawił się w kraju. – Gdyby cztery lata temu nie wrócił, dziś już nie byłoby Platformy – przekonuje jeden z posłów.
Jednocześnie ci sami politycy przyznają, że Tusk po powrocie niewystarczająco interesował się sytuacją w partii i nie wyeliminował wielu patologicznych zjawisk w jej szeregach, m.in. ciągu na obsadzanie dobrze płatnych posad. Z nostalgią wspominają czasy, gdy Tusk stał na czele PO i rządu, a o porządek w partii dbał żelazną ręką Grzegorz Schetyna.
W klubie parlamentarnym KO jest wielu posłów sfrustrowanych poczuciem, że ich umiejętności i talenty są zaniedbywane. W gabinecie Tuska nie ma oczywiście miejsca dla wszystkich (choć jest duży), jednak wielu parlamentarzystów uważa, iż szwankuje współpraca rządu z klubem. Brak tu koordynacji, a kompetencje posłów nie są wykorzystywane, choćby przy tworzeniu ustaw.
Sytuacja jest dodatkowo trudna, bo spektakularna klęska Trzaskowskiego uruchomiła wewnątrzpartyjne urazy. I choć na zwołanym zaraz po wyborach posiedzeniu klubu KO Tusk apelował o zaniechanie rozliczeń, w samej PO odżyły wieloletnie urazy. Gdy się rozmawia z niektórymi politykami tej partii, słychać nieskrywaną niechęć do grupy Trzaskowskiego, ze Sławomirem Nitrasem na czele. Z jednej strony bardzo hermetycznej, z drugiej – podkreślającej swoją wyższość i niedopuszczającej rad z zewnątrz.
Istnieje przekonanie, że Tusk nie potrafił nad tą grupą zapanować, a gdy włączył się w kampanię, osiągnął (zwłaszcza wywiadem w Polsacie) efekt odwrotny do zamierzonego. To również wpływa na erozję jego autorytetu. Niektórzy posłowie twierdzą wręcz, że grupa Trzaskowskiego wciąż ma zbyt wiele do powiedzenia mimo przegranych wyborów prezydenckich. A Tusk na to nie reaguje.
Czy Trzaskowski był dobrym kandydatem?
Wystawienie Rafała Trzaskowskiego również można uznać za błąd Tuska. Gdyby miał politycznego nosa, tak jak w przeszłości (np. wtedy, gdy wbrew opiniom zaplecza PO parł do przedterminowych wyborów w 2007 r.), zorientowałby się, że Radosław Sikorski będzie lepszym kandydatem. Nie chodziło nawet o zbyt liberalne, a nawet lewicowe poglądy Trzaskowskiego (na tle przekonań większości społeczeństwa), ale też o to, że szef MSZ jest politykiem bardziej walecznym i zdeterminowanym. Oczywiście postawienie na niego musiałoby oznaczać konflikt z aktywem PO (prezydent Warszawy zdecydowanie wygrał z Sikorskim partyjne prawybory), tym niemniej dawny Tusk zapewne dałby sobie z tym radę. Obecny, słaby, musiał poddać się nastrojom w partii.
Od polityków PO można usłyszeć, że Tusk musiał się po prostu wywiązać z umowy, jaką zawarł z Trzaskowskim i jego stronnikami w 2021 r. Mieli oni nie sprzeciwiać się odzyskaniu przez niego dowództwa w partii w zamian za gwarancję, że włodarz Warszawy zostanie kandydatem na prezydenta Polski.
Niektórzy w PO twierdzą też, że porażka Trzaskowskiego odcisnęła na Tusku duże piętno. Mówią, że kiedyś z jego mowy ciała można było wyczytać pewność siebie i determinację. Teraz to wszystko prysło. – Wygląda, jakby wciąż do siebie mówił: „po co mi był ten powrót?” – snuje domysły poseł KO.
Diagnoza o kryzysie Tuska jako lidera ma daleko idące konsekwencje przede wszystkim dlatego, że i w PO, i w KO nie ma alternatywy. Sytuacja w obu tych formacjach jest być może jeszcze trudniejsza od tej w PiS. W ugrupowaniu Kaczyńskiego przynajmniej są frakcje z wyrazistymi liderami, jak Ziobro, Morawiecki czy Czarnek.
Platforma: partia bez szerszego przywództwa
– Dla Tuska nie ma alternatywy, co jest wynikiem modelu zarządzania partią. Od początku istnienia PO wycinał wszystkich, którzy mogli mu zagrozić: od Olechowskiego, Płażyńskiego, Gilowskiej, Rokity i Piskorskiego, aż po Schetynę – przyznaje politolog dr hab. Bartłomiej Biskup. – Kaczyński działa inaczej, on gra frakcjami. Mówi się często, że jeśli zabraknie Kaczyńskiego, to się zacznie walka. Tak, zacznie, bo są potencjalni liderzy. W PO ich nie ma – dodaje politolog.
Co prawda dawny przewodniczący Platformy Grzegorz Schetyna nadal jest w partii, ale egzystuje jako senator na marginesie życia politycznego i raczej nie ma szans, by powalczyć o cokolwiek. Poza wizerunkowymi słabościami i wciąż silnym antagonizmem z Tuskiem obciążają go też lata 2016-2020, gdy kierował PO. Udało mu się co prawda skonstruować najpierw Koalicję Europejską, potem Koalicję Obywatelską – kosztem interesów działaczy PO, zmuszonych ustępować sojusznikom miejsca na listach – ale nie przyniosło to sukcesu wyborczego. Schetyna musiał za to zapłacić.
Rafał Trzaskowski po ostatnich wyborach jest z kolei rozbity i dla części działaczy skompromitowany. Popularni z racji aktywnego rozliczania PiS Michał Szczerba czy Dariusz Joński, jeśli nawet mają przed sobą przyszłość, to na razie nie wyglądają na polityków dużego formatu, a poza tym obaj uciekli od krajowych spraw do Parlamentu Europejskiego. Charyzmy lidera nie ma też ubiegający się kiedyś o fotel szefa partii Tomasz Siemoniak.
Partia nie ma zarazem ochoty na niepewne eksperymenty; sparzyła się zbyt mocno na przełomie 2020 i 2021 r., tracąc gwałtownie poparcie i błagając o powrót Tuska, by przejął stery z rąk nieudolnego Borysa Budki.
Wszystko to sprawia, że nie ma alternatywy dla Tuska. Musi rządzić Platformą. Oczywiście istnieje możliwość, że w pewnym momencie postawi na kogoś, nad kim będzie mógł sprawować kontrolę – taka sytuacja miała miejsce w 2014 r., gdy wyjeżdżający do Brukseli Tusk wskazał jako lidera partii Ewę Kopacz. Takie zastępstwa nie kończą się jednak dobrze, Platforma przegrała rok później wybory. Gwoli prawdy, podobne tendencje widać u Kaczyńskiego – nieraz przecież napomykał, że jego następcą może stać się Mariusz Błaszczak.
Kto mógłby zastąpić Tuska?
Aby nowy przywódca miał autorytet, powinien po władzę sięgnąć sam. Czy w całej KO jest dziś ktoś, kto byłby do tego zdolny? Na myśl przychodzą dwa nazwiska: Radosława Sikorskiego i Romana Giertycha.
Sikorski, jak można usłyszeć w PO, rozpoczął już grę o władzę i buduje swoją frakcję. Być może uznał, że tylko jako przywódca ma szansę zdobyć w końcu upragnioną nominację prezydencką. Co do Giertycha, to również zawodnik o dużym potencjale, grający w drużynie Sikorskiego. Podobnie jak kolejny polityk – Michał Kamiński, dziś jeszcze w PSL. Stanowią oni „wielką trójkę” przyjaciół, którzy już od lat lojalnie wspierają się wzajemnie. Niedawne wypowiedzi Kamińskiego, sugerujące konieczność odejścia Tuska z funkcji premiera, nie były przypadkowe.
Czy wobec słabości premiera grająca na Sikorskiego ekipa ma szanse powodzenia? Jeśli nawet, to ich ewentualny sukces oznaczałby zapewne rozłam. Partia przybrałaby przecież bardziej konserwatywne oblicze, czego nie zniosą nie tylko lewicowe formacje w ramach KO, ale także wielu działaczy Platformy o podobnej wrażliwości. Poza tym dla sporej grupy wyborców Giertych jest nie do strawienia, pamiętają go jako lidera Młodzieży Wszechpolskiej i Ligi Polskich Rodzin, a także fatalnego szefa MEN.
Kamińskiemu z kolei pamięta się dawne członkostwo w PiS i zachwyty nad Pinochetem. Z drugiej strony, z punktu widzenia interesu partii taka wolta mogłaby być nawet korzystna – umożliwiałaby koalicję z Konfederacją, z którą powyborczy układ w 2027 r. może być jedyną szansą na utrzymanie władzy.
Jednak nawet zwolennicy prezydenckiej kandydatury Sikorskiego przekonują, że ewentualny konflikt szefa MSZ z premierem to ostatnia rzecz, która powinna się zdarzyć. Zwłaszcza dziś, w bardzo trudnej sytuacji międzynarodowej i przy prezydencie Karolu Nawrockim.
Jeszcze innym scenariuszem mogłaby stać się ucieczka do przodu, w postaci zawarcia już dziś porozumienia w sprawie wspólnych list z ugrupowaniami tworzącymi koalicję 15 października. By nie zostało to odebrane jako „zjadanie przystawek”, Tusk mógłby oddać fotel premiera np. Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi. To by zaś oznaczało, że w trosce o ocalenie obozu władzy musi się jako lider usunąć na dalszy plan. Być może takie posunięcie złagodziłoby też konflikt z prezydentem, pozwalając na wejście w życie choć części ustaw.
PSL już zresztą zaczyna grać sugestiami, że zawsze może się porozumieć z PiS i Konfederacją. Partyjna ankieta na temat ewentualnej koalicji z PiS (nie było zbyt wielu zwolenników dla tego pomysłu), a także rozwód z Polską 2050 to symptomy kryzysu w rządzie. Podobne ruchy na dłuższą metę mogą być destrukcyjne dla całej koalicji, więc postawienie Kosiniaka na czele rządu mogłoby im zapobiec. Oczywiście takie posunięcie wywołałoby niezadowolenie na lewicy, ale fotel marszałka Sejmu dla Włodzimierza Czarzastego zapewne zrównoważyłby te grymasy.
Wymyślić koalicję na nowo
W przeszłości tylko raz zdarzyło się podobne rozwiązanie. Po wyborach w 1993 r. zwycięski Sojusz Lewicy Demokratycznej odstąpił fotel premiera mniejszemu ugrupowaniu koalicyjnemu, czyli właśnie PSL. To jednak była inna epoka, a poza tym pytani o taki scenariusz politycy PO przekonują, że tylko Tusk jest w stanie zapanować dziś nad koalicjantami; ani Kosiniak-Kamysz, ani żaden inny polityk nie miałby posłuchu w wielopartyjnym sojuszu.
Bartłomiej Biskup przyznaje, że zmiana premiera byłaby ciekawym ruchem. Realnym, nowym otwarciem. Sikorski byłby kandydatem „pod dzisiejsze nastroje społeczne”, natomiast zgoda na Kosiniaka-Kamysza pokazywałaby odwagę i chęć utrzymania koalicji. – Mimo wszystko bardzo wątpię, żeby do tego doszło. Taki ruch Tuska byłby przyznaniem się do porażki. Do tego, że zawiódł jako premier i przywódca partyjny – ocenia politolog.
W KO można usłyszeć o jeszcze jednym pomyśle „ucieczki do przodu”. Chodziłoby o jakąś formę „rebrandingu” PO – albo utworzenie jednej partii z Koalicji Obywatelskiej, albo wydzielenie części środowiska KO i stworzenie czegoś nowego. Na razie jednak te pomysły brzmią bardzo niekonkretnie. Nie widać, by w partii tlił się ogień potrzebny do tak radykalnych kroków.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















