Stefan Hertmans, zakłócacz spokoju

Pisarz Stefan Hertmans nie mówi nam, że Gandawa to Wenecja północy. Nie tworzy nowej mitologii miasta, nie pragnie stać się jego literackim agentem, przedstawicielem na rynkach świata. Hertmans pisze jak mieszkaniec, zrośnięty z brukiem i przesiąknięty wyziewami kanałów. W swoim pozbawionym sentymentalizmu profesjonalizmie przypomina Tomasza Manna piszącego o Lubece w „Buddenbrookach”.
z Gandawy
Czyta się kilka minut
Stefan Hertmans. Haga, Holandia, 13 listopada 2014 r. // Fot. Bas Czerwinski / EPA / PAP
Stefan Hertmans. Haga, Holandia, 13 listopada 2014 r. // Fot. Bas Czerwinski / EPA / PAP

Obrawszy na azymut wycieczki nieoczywisty kierunek belgijski, stanąłem przed nieprzesadnie trudną decyzją wyboru lektury wakacyjnej. Z niezawodną pomocą przyszedł mi rosnący w siłę konglomerat wydawniczy ArtRage, który niedługo wcześniej wznowił powieść „Wojna i terpentyna” flamandzkiego autora Stefana Hertmansa.

Z niejasnego dla mnie powodu nie sięgnąłem po nią w szczycie moich zainteresowań kwestią pierwszowojenną, kiedy każdy odłamek literatury okopowej brałem na siebie, a czytanie o frontowych okrucieństwach w jednakowych proporcjach niezmiennie budziło grozę i fascynowało. Niewiele mając na usprawiedliwienie przed samym sobą uznałem, że powieść w przekładzie Alicji Oczko będzie najodpowiedniejszą towarzyszką wyprawy do Ypres czy – jak wolą autochtoni – Ieper, gdzie w odbudowanych po I wojnie światowej sukiennicach, największej świeckiej budowli średniowiecznej Europy, zlokalizowano jedno z ciekawszych muzeów Wielkiej Wojny.

„Wojna i terpentyna” miała być bedekerem po północnej części frontu zachodniego, duchowym wehikułem, w którym uniosę się nad okolicą doświadczoną największymi okrucieństwami konfliktu: jego dramatyczne ramy wyznaczają w okolicy Ypres Kindermort, pierwsze użycie broni chemicznej, rzeź pod Passchendaele i załamanie ofensywy Ludendorffa w 1918 r. Sądziłem, że opowieść dziadka Hertmansa, Urbaina Martiena, którą flamandzki autor podjął trzydzieści lat po odziedziczeniu jego pamiętników, dopiero w momencie, gdy miał na to wystarczająco dużo czasu, będzie kolejną cegiełką monumentalnego gmachu literackiej historii konfliktu, belgijskim odpryskiem dzieł Remarque’a, Céline’a i Jüngera. Hertmans miał wobec mnie jednak inne plany.

Wojna i wojna

„Ciągle tylko ta wojna” – pisze na początku „Wojny i terpentyny” Hertmans, dając wyraz znużeniu opowieściami dziadka, zarastającymi jego dzieciństwo. Po siedemdziesiątce, kiedy rodzina miała już po dziurki w nosie historii o wojennym bohaterstwie, Urbain zaczął zapisywać swoje wspomnienia. Bezpośredniość i brutalność jego wojennego doświadczenia obwarowanego apokryficznymi datami 1914-1918, pod których zgrabnym zakresem kryje się bezmiar ludzkiego cierpienia, jest porównywalna z obscenicznie okrutnymi reminiscencjami Cendrarsa z „Odciętej ręki”. Być może dlatego, że pozostają niezapośredniczone, dostajemy je prosto od uczestników okopowej rzezi – o zapisanych przy niewygodnej toaletce pamiętnikach ich autor pisze w przewrotnie promocyjnym stylu: „Tylko moje przeżycia. Moje okropności”.

Autopsja Urbaina jest jednocześnie skrajnie jednostkowa i uniwersalna: dziadek Hertmansa, wspominając swoje ubogie dzieciństwo z przełomu stuleci, staje się głosem całego pokolenia urodzonego w ostatniej dekadzie XIX wieku, które w momencie, kiedy miało pewnym krokiem wejść w dorosłość, w krainę drobnych biznesów, kalkulowanych plajt i niespodzianych profitów, zostało wrzucone do maszynki produkującej żelatynę, z której po wojnie urobiono wielką kwaśną żelkę o nazwie Europa.

W dwóch zeszytach i setkach stron zapisanych coraz bardziej pochyłym pismem Hertmans dostrzegł coś więcej niż tylko świadectwo anonimowego żywota, nierozerwalnie sprzężonego z jego własnym. Zobaczył uniwersalną opowieść o próbach wydostania się z biedy, klasowych aspiracjach, mezaliansach i rodowych sekretach. Ich sceną jest miasto, którego motto brzmi „Nie pleuje!”, czyli „nie poddawaj się”, co musiało brzmieć złośliwie w uszach młodego Urbaina zarzynającego się w odlewni żeliwa. To miasto nie jest tłem ani uroczą scenografią, przed którą w wesołym korowodzie defilują pokolenia, raczej żywym organizmem, mającym swoje niepisane, ale doskonale rozpoznane prawidła i kodeksy. Miłośnicy narcystycznej eriboniady (tak, to od Didiera Eribona) mogliby podążyć tropem klasowym, lecz zaprowadziłby ich na manowce, w ślepą uliczkę miasta, gdzie w trakcie krótkiej przesiadki na pociąg do Ieper zacząłem czytać po raz pierwszy w życiu Hertmansa.

Gandawa jest bohaterem dwóch jego książek wydanych u nas przez ArtRage, bo także opublikowanego niedawno „Wejścia”. I zamiast wsiąść do pociągu, zostałem tu na dłużej, żeby flaneurować śladami Hertmansowskich przodków, począwszy od okolic eklektycznego dworca Sint-Pieters, wybudowanego na wystawę światową w 1913 r. Na początku sierpnia kolejnego roku „pod wysokim zadaszeniem Dworca Południowego zgromadzono dziesiątki maszerujących chłopaków”. Wiemy, w jakim kierunku wyjechali.

Miasto nie ma tak dobrej prasy jak flamandzkie koleżanki. Brugia, gdzie są domy Memlinga i Van Eycka, już zawsze będzie tym nieludzko pięknym miastem z „In Bruges” Martina McDonagha, w którym bohater grany przez Brendana Gleesona wciąż powtarza do Colina Farrella: „jak to nie zachwyca, jak zachwyca”. Albo Antwerpia, belgijski diamencik, bliska krewna Amsterdamu. Nawet urzędnicza dystopia, jaką stała się Bruksela, zdaje się przyciągać bardziej niż miasto położone przy ujściu rzeki Leie do Skaldy.

Ale Hertmans nie mówi nam, że Gandawa to Wenecja północy, Paryż Flandrii i Opole dla tekstylnych krezusów, utkane z brabancką pieczołowitością z cegły i koronki. Nie tworzy nowej mitologii miasta, nie pragnie stać się jego literackim agentem, przedstawicielem na rynkach świata. Hertmans pisze jak mieszkaniec, zrośnięty z brukiem i przesiąknięty wyziewami kanałów, a nie turysta w zachwycie rozdziawiający usta, do których wlatują muchy i resztki amandelbrood. W swoim pozbawionym sentymentalizmu profesjonalizmie przypomina Tomasza Manna piszącego o Lubece w „Buddenbrookach”, może więc zimnym wiatrom zawdzięczamy stonowane portrety tych handlowych miast.

Prinsenhof, dzielnica Gandawy. // Fot. Mauritius / Alamy / B&EW

Przestrzeń i czas

Hertmans przyszedł na świat w Gandawie 73 lat temu, ale gdyby na podobieństwo urodzonego rok później w Stambule Orhana Pamuka miał stworzyć gandawskie Muzeum Niewinności, byłoby inne, mniej kolorowe i sentymentalne.

Gandawa to od czasów młodości jego dziadka arena ostrych konfliktów: socjaliści tłuką się z policją, Kościół z heretykami, a rozemocjonowani Flamandowie ze zwolennikami monarchii, silnej Belgii i przebrzydłymi Walonami. Antagonizmy bezwiednie rzutowały na kształt miasta: „Gandawa miała świadomość historycznego zdeterminowania przez zarys planistyczny z jednej strony, a krajobrazowy romantyzm z drugiej, czemu dała wyraz w obszarach rekreacyjnych” – jeśli tak było, to dobrze przecież wiemy, że rekreacja nie była przeznaczona dla każdego.

Dziadek Urbain wspominał „wielmożne panie z wyższej sfery”, które na bulwarze prowincjonalnego wówczas miasta, „gruchając latem z okien swoich lekkich powozów, patrzyły na szarych jak popiół smarkaczy, którzy przychodzili się na nie pogapić w niedzielne popołudnie”. Ten klasowy dysonans jest przypisany nie tylko do czasów, ale także do przestrzeni, co doskonale wyłuskuje Hertmans, opowiadając o prominentnej relikwii rodzinnej, złotym kieszonkowym zegarku, zastawianym w czasach finansowego impasu w lombardzie o nazwie Góra Miłosierdzia na ulicy Abrahamstraat, w dzielnicy Prinsenhof, na wschód od spektakularnego zamku Gravensteen. Mógłby to być koronny eksponat gandawskiego Muzeum Niewinności.

„Dla chłopca z robotniczej dzielnicy przejście z przedmieścia do historycznego centrum stanowiło długą drogę i zakładam, że ten budynek napawał go strachem”. Pewnego szarego dnia Hertmans jedzie do Gandawy tylko po to, żeby „przejść się bez celu obok tego budynku, obejrzeć się za siebie, minąć go jeszcze raz, przejść na drugą stronę cichej ulicy i wpatrywać się w piękną odrestaurowaną fasadę. Kiedyś tu leżał, kiedyś mój dziadek wniósł go do środka, tłucze mi się po głowie”. Od blisko stu lat znajdują się w nim archiwa miejskie, ale budynek pyszniący się jedną z najstarszych barokowych fasad w mieście nie tylko przypomina włoskie palazzo, ale nadal dewaluuje człowieka do roli petenta.

Mimo że ulica znajduje się w najbardziej urokliwej i popularnej części miasta, niemal nikt mnie nie mija, kiedy spędzam na niej dłuższą chwilę. Dwóch policjantów rozmawia na chodniku, po czym leniwie wsiadają na rowery i odjeżdżają w kierunku drobnych przestępstw. Budowlaniec stanął w cieniu rusztowania po drugiej stronie wejścia i ćmi papieroska. Jest początek maja, ciepło. Zdaję sobie sprawę, jak głupio wyglądam, wgapiając się w elewację starego budynku, ale do licha, kiedyś tu leżał i tykał. Miasto Hertmansa na chwilę staje się moim, stojąc przed dawnym lombardem czuję, jak jego rodzinna historia zostaje uwspólniona.

„Miejsca to nie tylko wspomnienia, ale także czas” – pisze w „Wojnie i terpentynie”. Hertmans zaczął inaczej patrzeć na Gandawę, odkąd są z nim wspomnienia dziadka, miasto zyskało nowy wymiar, a dawno oswojone przestrzenie, jak podłużny plac Kouter, domagały się ponownego odczytania. Od czułych narratorek zawsze wolałem skrupulatnych archiwistów, dlatego podążanie za flamandzkim pisarzem w głąb, do piwnic nie tylko rodzinnej historii, ale także miasta, jest równie ekscytujące, jak marszruta z dziadkiem po okopach Flandrii.

Tworząc kronikę własnej rodziny, autor obsadza siebie nie w roli pisarskiej diwy, wokół której kręcą się tryby historii, lecz w roli wnikliwego depozytariusza, który zabiera głos tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie niezbędne. Każdy z osobistych przypisów wypełnia jakiś kronikarski deficyt, niuansuje rzeczy, które wydają się zbyt trywialne, lub dodaje niezbędną warstwę na portrecie rodziny i miasta. Ta umiejętność mówienia ściszonym głosem, zajęcia pozycji adekwatnej do opisywanych dramatów, zamiast mościć się w ich centrum, wyróżnia Hertmansa na tle pisarzy zajmujących się własną historią. Nawet kiedy jest zdystansowany, nie pozostaje jednak obojętny: zachowuje doskonałą równowagę między skrzętnym kronikarzem, oglądającym każdy świstek papieru ze wszystkich stron, a gawędziarzem, podsuwającym wyobraźni sceny, które być może nigdy nie miały miejsca.

Dom

Gravensteen to jeden z symboli miasta, ale i urbanistyczna anomalia: średniowieczny zamek w centrum miasta, u zbiegu rzeki i kanału, po którym pływają stłoczeni turyści niezrażeni banerem „Boat tourism – noise pollution” wiszącym niedaleko. Można odnieść wrażenie, że z przejeżdżającego obok tramwaju da się dotknąć zamkowych murów z kamienia z Tournai. Na wschód od niego rozciąga się równie stara dzielnica Patershol, po której krążyłem z zachwytem parweniusza.

Na dłuższą chwilę przysiadłem w niewielkim parku Sluizeken, pod muralem, z którego czujnym okiem spoglądał zmarły w 2014 r. piosenkarz Luc De Vos z zespołu Gorki. Gdyby akurat Hertmans był w swoim dawnym gandawskim domu, mógłby mnie zobaczyć. Wątpię, czybyśmy sobie wesoło pomachali.

Na krótkim filmiku o powieści „Wejście”, wydanej po polsku już po moim powrocie, widzimy go, zaskakująco podobnego do Coetzeego i równie flegmatycznego, jak w białej koszuli i rozpiętej marynarce peroruje przed frontem domu na ulicy Drongenhof, jak spaceruje po parku, rozglądając się z nonszalancją charakteryzującą tylko największych pisarzy, oraz jak czyta przy kominku z drobnoziarnistego, beżowego marmuru w różowe plamki z Comblanchien, na którym w trakcie II wojny światowej stało popiersie Hitlera.

Sam siebie nazywa w tej powieści „zakłócaczem spokoju i przyszłym domowym tyranem”. Gdyby był Austriakiem, wszedłby może w poczet autorów kalających własne gniazdo. W jego pisaniu o własnym domu, który po dwudziestu latach okazał się także byłym domem esesmana oraz kolaboranta, chodzi jednak o coś znacznie więcej niż samo grzebanie palcem w ranie i niekończące się poszukiwania odpowiedzi na najtrudniejsze pytanie: dlaczego?

Pisać, dużo pisać

Jesienią 1979 r., w drodze do notariusza, u którego nabywał za grosze pożyczone od ojca kamienicę przy Drongenhof, Hertmans mija napis wysmarowany białymi literami na murze: „Kto pisze, ten się ostaje”. I piszą u niego wszyscy, a on niczym szykowny selekcjoner u bram modnego klubu decyduje, które świadectwa się ostaną: wiemy już, że pisali dziadek oraz profesorski syn esesmana, przy czym ten drugi w trakcie II wojny światowej cierpiał na pomroczność jasną i na działalność ojca spuścił zasłonę milczenia. Pisała żona esesmana i esesmańska kochanka, a sam esesman, który wcześniej kochał pisać zwłaszcza spisy ludności żydowskiej, w więzieniu chwycił pióro, próbując wypisać się z tego świata.

Kompulsywnie pisał też były oszust podatkowy Raymond Marie de Kremer, który jako Jean Ray, flamandzki superbohater „człowiek-książka”, stworzył w trakcie wojny powieść grozy „Malpertuis”. Jej ekranizację z 1971 r. przywołuje pod koniec „Wejścia” Hertmans jako najlepiej oddającą upadek i zaniedbanie Petershol w latach 70. (oraz upadek i zaniedbanie Orsona Wellesa), ale w polskim przekładzie powieści z 2021 r. (Jakuba Polaszczyka) jest fragment antycypujący kronikarskie wycieczki Hertmansa i jednocześnie komentujący jego metodę. Zaznaczyłem go biletem wstępu do zamku Gravensteen.

Fasada tytułowego domostwa to „sroga maska, na której próżno by szukać spokoju. To twarz skręcona dreszczem lęku i gniewu, twarz, która nie jest w mocy zasłonić trawiących ją okropności. Ludzie, którzy zasypiają w jego rozległych pokojach, wydają się na pastwę koszmarów, ci, którzy goszczą tam za dnia, muszą przywyknąć do towarzystwa okrutnych cieni skazanych na męki, żywcem obdartych ze skóry czy to zamurowanych osób”.

Hertmans zamieszkał w gmachu zbudowanym ze słów przodków, mniej i bardziej sympatycznych protagonistów, a następnie zdarł podłogi i tapety, uwolnił duchy, a więźniom pozwolił mówić.

Wyobrażam sobie, jak po skończonej robocie odczuwa ulgę, wyciera dłonią spocone czoło i idzie wzdłuż Leie nadrzeczną ulicą Graslei, samotny niczym Jan w początkowych minutach filmu „Malpertuis”. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić tę wizytówkę Gandawy opustoszałą, zapewne bez przerwy kwitnie na niej życie turystyczne i towarzyskie. Ale dla Hertmansa świat staje, a on dostojnym krokiem, charakteryzującym największych, przemierza swoją Gandawę. 

Stefan Hertmans, Wojna i terpentyna,



Stefan Hertmans, Wojna i terpentyna, przełożyła Alicja Oczko, ArtRage, Warszawa 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Zakłócacz