Thomas Bernhard zakłada pelerynę: opowiadania kultowego prozaika ukazały się po polsku

Opętańczy śmiech Thomasa Bernharda zawsze towarzyszył mi podczas lektury jego książek. Jego proza działa na mnie jak antydepresant. Śmiałem i śmieję się, jak sobie tego życzył, i w tych miejscach, jakie na śmiech przeznaczył.
Czyta się kilka minut
Thomas Bernhard. Wiedeń, ok. 1976 r. // Fot. Imagno / Getty Images
Thomas Bernhard. Wiedeń, ok. 1976 r. // Fot. Imagno / Getty Images

„Wszystko jest śmiechu warte, kiedy człowiek pomyśli o śmierci” (przeł. Marek Kędzierski). Owo sławne zdanie, rzucone w twarz ministrowi kultury podczas uroczystości wręczenia tzw. Małej Nagrody Państwowej Austrii w 1967 r., wpierw wywołało niebywały skandal (wielce urażony minister wyszedł, trzaskając drzwiami), a następnie przylgnęło do Thomasa Bernharda, stając się znakiem firmowym jego pisarstwa i stosunku do świata. Czy słusznie?

To prawda, Bernhard solidnie zapracował na reputację skandalisty kalającego własne gniazdo (czyli krytykującego powojenną Austrię, tamtejsze stosunki społeczne i osobliwą amnezję otaczającą epokę narodowego socjalizmu), awanturnika biorącego na cel filistra (wiedeńskie mieszczaństwo), tudzież kpiarza i wiecznego prowokatora, który nie liczy się z władzą i tzw. autorytetami. W króciutkiej mowie dziękczynnej, która tak rozwścieczyła ministra, atakował państwo i zamieszkujący je naród apatycznych tępaków cierpiących na manię wielkości. Ani przez chwilę nie wątpimy, że miał przy tym nielichą frajdę. Ale czy tylko frajdę?

Przyjrzyjmy się Bernhardowskiemu równaniu. Jeśli potraktować je poważnie, wynikałoby z niego, że wszystko prócz śmierci, cała rzeczywistość – jest śmiechu warte. Cóż, nie ulega kwestii – czytelnicy Bernharda wiedzą o tym doskonale – że śmierć jest centralnym tematem jego pisarstwa, siłą napędową licznych dramatów, powieści i opowiadań. Trudno się temu dziwić, zważywszy na losy ich autora. Za młodu przeżył ciężkie bombardowania Salzburga, niedługo potem stracił najbliższych, jako nastolatek ledwie wylizał się z ciężkiej grypy, a następnie wskutek błędów lekarskich zapadł na ciężką chorobę płuc, która towarzyszyła mu przez resztę 58-letniego życia. W zupełności wystarczy, by inne tematy uznać za błahe i jako takie wyśmiać.

Czy znaczy to, że Bernhard nie obśmiewał śmierci? Bynajmniej. Szydził z niej i ją oswajał. Czy znaczy, że innych spraw nie traktował, nomen omen, ze śmiertelną powagą? Traktował. W przeciwnym razie nie napisałby tylu stron przeciwko Austrii. Czy istniały dla niego rzeczy nie zasługujące na wyśmianie? Istniały. Wspomnijmy o jednej. Otóż wydaje się, że rzeczą wedle Thomasa Bernharda na szyderczy śmiech nie zasługującą, śmiechu nie wartą, jest współczucie.

Śmiech i po śmiechu

Opętańczy śmiech Bernharda zawsze towarzyszył mi podczas lektury jego książek. Jego proza działała na mnie, i poniekąd działa nadal, jak antydepresant. Nie wiem, czy bardziej idzie o mizantropię, czy o potrzebę zagłuszania okropieństw wszechświata – dość, że śmiałem i śmieję się, jak Bernhard sobie tego życzył, i w tych miejscach, jakie na śmiech przeznaczył. Bawią mnie Bernhardowskie charakterystyki postaci, najlepiej tych, którym nie nadał imion, zadowalając się rzeczownikami pospolitymi („fabrykant kapsli do wina”), okropnie śmieszą repetycje i szalone kaskady słów, tudzież mnożone na potęgę przymiotniki „bezwzględny”, „nikczemny” i „podły”, mające jeszcze bardziej zohydzić człowieka albo zjawisko. Tyle że dziś, nieco starszy niż wtedy, gdy zachłystywałem się kolejnymi książkami Bernharda, nieco częściej dostrzegam wściekłą bezradność, z jaką miota swoje wyzwiska.

Thomas Bernhard jest pisarzem znanym w Polsce, nie tylko dzięki tłumaczeniom jego książek. Nie mniej ważne są spektakle Krystiana Lupy, które powstały na podstawie jego dzieł. Było ich wiele, ale szczególne znaczenie miało „Wymazywanie” w Teatrze Dramatycznym (2001), według ostatniej powieści Bernharda, uznawanej za jego testament. N/z. Piotr Skiba i Marcin Troński. Spektakl jest dostępny na ninateka.pl // Fot. Stanisław Okołowicz, Marcin Kopeć / Archiwum Teatru Dramatycznego im. Gustawa Holoubka

Prawda, jeszcze dzisiaj zdarza mi się, że kiedy chcę poprawić sobie humor, odczytuję na głos monolog Regera o Heideggerze („Dawni mistrzowie”), albo liczę, ile razy w ciągu jednego wątku narrator „Wycinki” powtórzy skrzydlatą frazę „pomyślałem w uszatym fotelu”. Nie mam nic przeciwko przerysowaniom, z których dumny jest narrator „Wymazywania” Franz-Josef Murau, przeciwnie, sam chętnie je stosuję w facebookowej publicystyce, uwalniając się od nadmiaru toksycznych emocji (i najpewniej produkując nowe).

Jednocześnie bardziej niż kiedyś wyczuwam rozpacz, jaką podszyte są napuszone tyrady Bernhardowskich maniaków, wymierzone w Austrię, Wiedeń, Kościół, mieszczaństwo, bohemę, arystokrację i chłopstwo. Czuję i wiem, że kryje się pod nimi śmieszność innego rodzaju, już nie złośliwa i szydercza, raczej krucha i żałosna, budząca litość, ale nie politowanie.

Mam ogromną słabość do szalonych wynalazców, uczonych i artystów, jakimi Bernhard zaludnił swoje nowele i powieści. Żywo obchodzą mnie losy Konrada, piszącego studium o słuchu („Kalkwerk”) i Roithamera budującego absurdalny Stożek w lesie („Korekta”). Śmieję się z teatralnej przesady w ich relacjach ze światem. Okropnie irytuje mnie ich egotyzm. I zarazem szczerze współczuję ich szamotaninie. Ale częściej myślę teraz o ich nieszczęsnych żonach i siostrach, i mam żal do Bernharda, że nigdy nie chciało mu się napisać powieści z ich punktu widzenia. Próbuję nadążyć za monologiem obłąkanego księcia Sauraua, pana na Hochgobernitz („Zaburzenie”), przeczuwając, że jakoś koresponduje z tętnem szalonego wszechświata. Ale bardziej obchodzą mnie losy kalekich wieśniaków z pierwszej, prostszej formalnie części powieści. I wydają się ciekawiej napisane.

A Bernhardowskie prowokacje, jak wspomniany na wstępie, pożałowania godny incydent podczas wręczania ważnej nagrody? Powie ktoś poczciwy: nie dość, że Bernhard zieje jadem na swoich dobrodziejów i ma z tego powodu satysfakcję, to jeszcze jako skandalista podbija sprzedaż własnych książek. Niby prawda, Bernhard obrażał jurorskie gremia, ale brał od nich pieniądze. Ale co do satysfakcji, nie byłbym taki pewien. Postawcie się na jego miejscu: oto minister, który plecie okolicznościowe frazesy, jak ważna jest kultura w życiu społecznym, nawet nie udaje, że odróżnia was od innych laureatów prestiżowej nagrody, którą przyznał za wasze dokonania na polu sztuki. A potem mówi, że jako przybysze znikąd korzystacie z jego gościny, niekiedy nadużywając cierpliwości gospodarzy. Brzmi znajomo? To nie czepiajcie się Bernharda!

Teatr śmierci

A co ze śmiercią? Otóż wydaje się, że Bernhardowskie pisanie o śmierci silnie naznaczyła funeralna wyobraźnia. Nic dziwnego, zważywszy na wszechobecne w Austrii katolickie dziedzictwo habsburskiego baroku, z którym Bernhard pasował się przez całe życie i którego nie umiał całkiem odrzucić.

Jego bohaterowie kochają i nienawidzą cmentarzy, chadzają na pogrzeby i rozkoszują się ceremoniami pogrzebowymi, nawet jeśli odczuwają obrzydzenie wobec nadmiaru celebry i skłonni są (jak Murau) tropić i piętnować zakłamanie żałobników. Ówże Murau, przybywszy do Wolfsegg na pogrzeb znienawidzonych rodziców i brata, nie umie powstrzymać odrazy na widok wieńców nagromadzonych przed ich katafalkami, zarazem nie kryje fascynacji tą rekwizytornią i pielęgnuje myśl, że za kilka chwil on właśnie, dziedzic starego rodu, stanie się naczelnym celebransem i aktorem spektaklu, od wieków praktykowanego aż po najdrobniejsze szczegóły.

Tak, Bernhard, człowiek teatru i opery, dostrzegał teatralny potencjał śmierci. I eksploatował go, z pożytkiem dla literatury, nie tylko tam, gdzie kłócił się z austriacką tradycją. W gruncie rzeczy cały niezwykle drastyczny opis pobytu osiemnastoletniego narratora (tu jednoznacznie tożsamego z Bernhardem) w szpitalu miejskim w Salzburgu, dokąd trafił zapadłszy na ciężką, zagrażającą życiu grypę, nosi cechy upiornego spektaklu.

Lekarze na obchodzie, pielęgniarki krzątające się po sali zastawionej łóżkami, pacjenci obgadujący świeżych nieboszczyków, kapelan z przenośnym ołtarzem w kuferku, posługacze wynoszący umarłych w cynkowych trumnach – wydają się uczestnikami jakiegoś nierzeczywistego przedstawienia, choć przecież na stronice „Oddechu” trafili wprost z życia. Bernhard ich nie wymyślił, najwyżej nieco ich przerysował, uzyskując wstrząsający efekt z pogranicza jawy i koszmaru.

Gdy idzie o „Oddech”, może najsilniej zapadł mi w pamięć opis pacjentów podłączonych do kroplówek – pewnie dlatego, że dobrze pamiętam taki widok ze szpitalnych odwiedzin. Oto rozgorączkowana wyobraźnia Bernharda każe mu w nich ujrzeć nie umierających, choć wciąż żywych ludzi, lecz martwe już marionetki, podwieszone na sznurkach i od czasu do czasu poruszane przez szpitalny personel. „Myślałem wówczas bardzo często, że gdyby przyszedł ktoś i odciął te sznurki, czyli rurki, wiszący na nich ludzie zmarliby w jednej chwili” (przeł. Sława Lisiecka). Ot, prawdziwie barokowy dramat żałobny w jarmarcznym wydaniu i szpitalnych dekoracjach.

Ale zestawmy tę teatralną scenę z inną i innym bohaterem. Istnieje przecież u Bernharda także śmierć skromniejsza, jakby licha, która tak samo drąży umysł i degraduje ciało, ale już bez barokowo-jarmarcznych dekoracji. Spójrzmy na bratanka Wittgensteina, jak wypełniony śmiercią człapie wiedeńską ulicą, obserwowany z oddali przez przyjaciela, który nie umie do niego podejść: „Unikamy naznaczonych śmiercią i ja również popełniłem tę niegodziwość” (przeł. Marek Kędzierski). Powiedzielibyśmy: nie tylko aktor, ale także narrator z teatru absurdu, współczujący i zarazem bezwzględny, gdy idzie o wiwisekcję własnego lęku. Jeśli gdzieś Bernhard naprawdę zawiesza swój śmiech, to tutaj.

Peleryna samobójcy

Nie da się przecież podsumować Bernharda w krótkim szkicu ani prześledzić wszystkich motywów jego prozy. Pozostańmy przy śmiechu i śmierci. Właśnie nadarza się po temu okazja – ukazał się po polsku tom „38 opowiadań” Austriaka. Okazja doniosła z kilku przynajmniej powodów. Po pierwsze, idzie o Bernharda polskim czytelnikom dotąd nieznanego, autora krótkich form, a nie powieści, dramatów, dłuższych nowel, czy kolejnych ogniw autobiografii.

Po drugie, teksty pochodzą z wszystkich okresów jego twórczości, począwszy od lat 50., gdy próbował naśladować cudze głosy i pisał sielankowe (lub pozornie sielankowe) obrazki z austriackiej prowincji, poprzez opowiadania z lat 60., z okresu kształtowania się unikatowego stylu, na utworach późnych, z epoki „Przegranego”, skończywszy.

Po trzecie, lektura tomu (najlepiej od końca, od juweniliów) daje wgląd w laboratorium pisarza. Jego wielbiciele rozpoznają zalążki znajomych motywów, rozwijanych następnie w powieściach i dramatach; czytelnicy, którzy go dotąd nie znali, otrzymują miniprzegląd Bernhardowskich obsesji. Jest jeszcze powód czwarty. W tomie znalazło się kilka naprawdę znakomitych tekstów.

Bodaj najsłabiej wypadają teksty z części II, gdzie umieszczono opowiadania rozproszone z różnych lat, przeważnie typowe Bernhardowskie monologi. Pozbawione osnowy fabularnej, nużą. Widać, że Bernhardowi-monologiście potrzebny jest kontrapunkt – dygresja, otulina z obrazów, jakiś boczny wątek – dopiero wtedy główny monolog nabiera mocy. W przeciwnym razie zdaje się matowy, brzmi jak wyimek z większej prozy albo rodnik nienapisanej książki sprzedany jako nowelka. Inny problem jest z juweniliami (cz. III). Jeśli trochę rozczarowują, to dlatego, że ich wymuszona literackość nie wytrzymuje konkurencji z miniaturami z rubryki kryminalnej (w Polsce znanych jako „Zdarzenia”), które przyszły autor „Mrozu” pisał jako dziennikarz. Tylko „Świniopas” jaśnieje naprawdę posępnym światłem. Rzecz jasna traktuje o śmierci, strasznej śmierci zwierzęcia.

Część I to trzy tomiki opowiadań z lat 60. (z grubsza do epoki „Kalkwerku”), osobiście przygotowane przez Bernharda do druku. Ujawnia tu Bernhard oblicze niby znane i oczywiste, ale bywa, że niemiłosiernie zagadane w obszerniejszych utworach – pisarza grozy istnienia. Niby nic nowego. Groza wyziera u Bernharda niemal w każdym większym utworze, jest siostrą i sojuszniczką śmierci. Przy czym wcale nie idzie o patetyczne monologi księcia Sauraua czy Roithamera, ale o grozę, by tak rzec, pokątną, biedną i odartą z patosu. Szpital, zakład dla obłąkanych, pracownia taksydermisty, tania stołówka w mniej reprezentacyjnej dzielnicy Wiednia, dokąd zachodzi na obiady gadatliwy kaleka. Samobójcy, wiejskie sieroty, ludzie zdeformowani chorobą, biedacy bez grosza przy duszy, zamęczone żony, włóczędzy i kryminaliści. Kalekie, pogubione formy istnienia – oto także świat Bernharda, nasycona grozą domena jego wyobraźni.

O tym, że Bernhard przynależy do nurtu grozy, spostrzegawczy czytelnicy jego twórczości wiedzieli już dawno, ale w miniaturach pewne sprawy widać lepiej. Wczesna groza Bernharda, osadzona na wsi, coraz mniej sielskiej, nosi jeszcze, tak jak jego relacje sądowe, rys krytyki społecznej. Protagonistami, częściej niż maniacy, są tu nędzarze, życiowi rozbitkowie, ludzie przeraźliwie samotni, opuszczeni, albo kalecy. Śmiechu jest tu mało, bo doprawdy nie ma się z czego śmiać.

To właśnie w takich niepozornych opowiadaniach zarysowuje się odpowiedź na pytanie: jak ma się groza do współczucia? Ano ma się tak, jak w noweli „Peleryna”, jednej z najlepszych w tym tomie. Oto szkatułkowy narrator, typowy dla wielu powieści Bernharda, przytacza opowieść o niejakim Humerze, właścicielu manufaktury szyjącej pościel i odzież trumienną na potrzeby tyrolskiego rynku funeralnego. Nieszczęsny Humer (zauważmy: współpracownik śmierci), niegdyś potentat branży, teraz okradany przez syna utracjusza i eksmitowany przez bezduszną synową na coraz wyższe i gorsze piętra własnego domu, nosi w sobie rozpacz, a na sobie – cudze ubranie, pelerynę należącą ongiś do samobójcy, który rzucił się w rwący nurt rzeki Sill. Charakterystyczna peleryna ocalała. Jej kolejny właściciel już nie. Zapomniano o nim prędko, jak zapomina się o usuniętej zawalidrodze. „To wszystko jest śmieszne” – powiedziałby Bernhard ze współczuciem. Więc i my zadumajmy się chwilę nad losem Humera, właściciela szwalni pościeli i odzieży trumiennej z Obere Saggengasse, któremu nie powiodło się w życiu. A i śmierć miał fatalną.

Thomas Bernhard 38 OPOWIADAŃ, tłumacze różni, Wydawnictwo OD DO, Łódź 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Śmiechu nie warte