To nie autentyczność jest najciekawsza w pisaniu o sobie, ale stwarzanie siebie w tekście

Głosimy konieczność nawiązania nowych relacji z innymi istnieniami i zaangażowania w sprawiedliwą przyszłość, lecz głosimy ją z telefonem w ręku, postując zdjęcia siebie i swojego życia.
Czyta się kilka minut
Fot. Alta Oosthuizen / stock.adobe.com
Fot. Alta Oosthuizen / stock.adobe.com

Na pewno nie „ja”. Nie ma już dnia, w którym można by pisać: „Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja”, nawet tak prowokacyjnie i przenikliwie jak Witold Gombrowicz. Nie da się mówić: „ja”, tylko „ja”, „ja sam”, codziennie „ja”. I nie da się mówić w ten sposób nawet pisząc prozę autobiograficzną.

Naszą współczesność ożywia bowiem taka sprzeczność: zajmujemy się sobą więcej niż kiedykolwiek, a jednocześnie odrzucamy indywidualizm. Znaleźliśmy się w szczytowym punkcie kultury traumy (czy rany), w której jednostka ma prawo zabierać głos w imię własnego bólu i wrażliwości, a jednak jej głos jest o tyle słyszalny, o ile ma wspólnotową wagę; żyjemy w kulturze terapii, kiedy coraz powszechniejszą praktyką jest nieustanna autoanaliza przy pomocy języka terapeutycznego.

Jednak robimy to, by lepiej żyć z innymi; wydajemy coraz większe pieniądze na troskę o siebie i twierdzimy, że w tym wszystkim chodzi o coś więcej niż nieustanne karmienie naszego ego. Chcemy czuć się ze sobą dobrze także po to, by świadomie uczestniczyć w relacjach z innymi ludźmi i innymi istotami; naszym celem nie jest pielęgnacja ego, lecz życie, w którym będzie mniej cierpienia i przemocy – nie tylko dla mnie. Tak przynajmniej deklarujemy.

Ale to nie jedyna sprzeczność. „Ja” wypadło z gry także dlatego, że musimy przewartościować ludzkie miejsce w świecie. Nie czas myśleć o sobie samej, gdy płoną lasy. Płoną przecież dosłownie, a my powinniśmy przenieść naszą uwagę na to, co wokół nas: na cierpienie ludzi i zwierząt, a także na realne ryzyko katastrofy klimatycznej. Człowiek nie jest już panem świata, jest jego współuczestnikiem – ta posthumanistyczna świadomość powinna przenikać także do literatury i przekształcać piszące „ja”. To „ja” nie jest już twórczynią literackiej rzeczywistości, ale uczestniczką sieci wymiany doświadczeń; jej autentyczność to zobowiązanie do zaangażowania w to, co wspólne i progresywne.

Pismo i demokracja

Czas na kolejną sprzeczność: skoro nie powinno chodzić o „ja”, skąd w ostatnich latach taka popularność autobiograficznego eseju i prozy autofikcjonalnej? Taka literatura istnieje od wieków, lecz jej wyjątkowe miejsce w dzisiejszym krajobrazie literackim wydaje mi się symptomatyczne. Współczesna literatura autobiograficzna i autofikcyjna kształtuje się w nowym środowisku medialnym i politycznym, a nić łącząca ją z romantycznymi i modernistycznymi poprzednikami – z literaturą wyrastającą z kultury zachodniego indywidualizmu, z wiary w autonomię dzieła literackiego i piszącego podmiotu – została nadszarpnięta.


Wydarzenia na Festiwalu Conrada oraz treści związane z Festiwalem są bezpłatne. Jeśli chcesz, możesz wesprzeć jego powstawanie, kupując bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki na platformie Partnera Strategicznego Festiwalu – Allegro.


Nowoczesne praktyki pisania o sobie zrodziły się w oświeceniu wraz z „Wyznaniami” Rousseau, u ich podstaw stanęły zaś dwa wynalazki: powszechność pisma i idee demokratyczne, a także nowy ideał uczuciowy oparty na szczerości, a zatem przejrzystej relacji z wewnętrzną uczuciową prawdą, który stanowił także drogę do uobecnienia prawdy uniwersalnej. Brutalne konsekwencje tego przekonania świetnie opisuje Agata Sikora w „Szczerości”.

Ale Rousseau daje tu impuls, który dwojako oddziaływał na naszą kulturę: z jednej strony publiczny, przejrzysty, demokratyczny; z drugiej jednak ten, który wzmocnią romantycy: jednostkowy, oryginalny, artystyczny. Jeden skłania do uczestnictwa w sferze publicznej, drugi z niej wyobcowuje. Jeden zakłada, że autentyczność włączy nas w rozmowę ludzkości, drugi jest ścieżką niezrozumianych artystów i dziwaków. Źródłem naszej nowoczesności są bowiem nie tylko „Wyznania”, ale też „Marzenia samotnego wędrowca” Rousseau, a także autofikcyjna literacka gra, którą zaproponował w tym samym czasie Laurence Sterne w „Tristramie Shandym”. 

Mamy zatem co najmniej dwie drogi: tę, która zaprasza do uczestnictwa w sferze publicznej i tę, która otwiera artystyczną przygodę eksploracji „ja”. Te dwie iskry wytworzyły osobne światła: mimo że czasem krzyżowały się, zwłaszcza w XIX-wiecznej powieści czy w figurze romantycznego wieszcza – prawodawcy narodu, postawiłabym na ich odrębność. Współistnieją one do tej pory, ale zmienił się układ sił. Wcześniej aspirowaliśmy do tego, co bardziej artystyczne; dziś także inteligenckie gusta zwróciły się w stronę tego, co wspólne, uczestniczące, angażujące: co pozwala włączyć się w dyskusję o sprawach publicznych.

Nacisk sfery publicznej ma charakter moralny, a jako taki oddziałuje także na sferę sztuki wysokiej, która podporządkowuje się potrzebom współczesności (niebagatelną rolę odgrywa tu też zależność finansowa od demokratycznych instytucji i od publiczności). Jasne, w takich przemianach, przy takiej obfitości różnorodnych dzieł, podejmujących wyzwanie pisania siebie, trudno o wyraziste granice: prądy krążą, strumienie łączą się, rzekom zdarzają się zakola, życie idei jest meandryczne i zależne od ukształtowania terenu, poza tym pełne wyjątków, dzieł pogranicznych, łamiących reguły gry – wyjątek od reguły nie zmienia jednak reguły, a ja próbuję wychwycić regularności naszego literackiego krajobrazu.

Wyrażamy siebie

Nowoczesność to nie tylko praca nad niezależnością podmiotu i literatury, lecz także nieustanny kryzys tych autonomii, który swoje ekstremum osiągnął między zmierzchem postmodernizmu a naszą współczesnością. Do niedawna kryzys ten rozwiązywano poprzez pogłębianie refleksji nad podmiotowością i ontologią samego dzieła aż do momentu, gdy z „ja” została tylko tekstowa ironia. Pisanie o sobie stało się niemożliwością – dla dekonstrukcjonistów i postmodernistów autobiografia mogła być myślana jedynie jako odtwarzanie (według słynnej formuły Paula de Mana), to jest: jako zespół tropów retorycznych i zapośredniczeń „ja”, w chwili czytania już dawno nieobecnego, może nawet nigdy niebyłego; „ja” można było także odnaleźć w postaci śladów tekstowych, czyli gdzieś w osobliwościach języka, odkształceniach konwencji; „ja” pojawiało się także jako niepewne źródło oryginalności tekstu; ale na pewno nie jako osobowość, gwarant pewnej pamięci, rękojmia społecznych diagnoz i postulatów.

Tymczasem postmodernizm wyczerpał się, żyjemy w czasach nowej szczerości, choć może nawet i to nie do końca, bo gdy w eseju „E Unibus Pluram: telewizja a fikcja literacka” z 1990 roku David Foster Wallace wyobrażał sobie bunt autorów piszących książki prostolinijne i przejrzyste emocjonalnie, sytuował ich wobec dominacji ironicznej, cynicznej telewizji, natomiast dziś nasza szczerość i emocjonalność doskonale wpasowują się w potrzeby mediów społecznościowych, nasze uczucia napędzają algorytmy, nasze prawdy dają nam władzę w sieci kuratorowanych profilów, konkurujących ze sobą o palmę autentyczności.

Tu kolejna sprzeczność: głosimy konieczność nawiązania nowych relacji z innymi istnieniami i zaangażowania w sprawiedliwą przyszłość, lecz głosimy ją z telefonem w ręku, postując zdjęcia siebie i swojego życia. Nic nie wzbudza więcej przychylnych reakcji niż zdjęcia naszej twarzy i ciała, łatwo wykorzystywać te mechanizmy dla podbijania zasięgów – a więc i literackich wpływów. Ale media społecznościowe zmieniły nasze oczekiwania wobec literatury, bo wszyscy robimy na nich to, co do tej pory było zarezerwowane dla pisarzy: wyrażamy siebie codziennie. Być może to ułomne formy pisarsko-obrazowe, lecz jednak.

Tworzymy zdjęcia, tworzymy zdania. Zwykle o sobie, naszym życiu. Próbujemy je nawzajem interpretować, szukamy rozmowy, angażujemy się w gorące dyskusje. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że komunikacja stała się bezpośrednia, że znamy naszych rozmówców z imienia i nazwiska, i więcej: mamy dostęp do znanych autorek i osób publicznych, możemy do nich pisać, komentować ich teksty, zaczepiać je, kłócić się z nimi.

Autorka jest wśród nas

Być może nawet jestem nią ja sama. Teksty pojawiają się szybko, nasze mózgi lubią te proste, angażujące i emocjonujące, a więc te przeciwstawne literackim ideałom dystansu i refleksji. W tej przyspieszonej i naładowanej afektywnie sferze publicznej chcemy rozmawiać także o książkach, lecz gdy liczy się jak najszersze zaproszenie do uczestnictwa, należy pisać o czymś, o czym każdy może coś powiedzieć, i od czego zrobi się gorąco: o polityce, o problemach społecznych, o realu, o żyćku. Byle uruchomić troski i kontrowersje. Bez zbędnego piętrzenia tekstowych hamulców. Bez sztucznych wymagań. Bez elitarnych kompetencji. Blisko, razem – to my, opowiadamy historie przy naszym soszjalmediowym ognisku.

Autentyczność stała się tu nierozerwalna ze współdzieleniem, z zaangażowaniem w sferę publiczną: nieważne, czy pisząca o sobie pisarka pisze w ścisłym reżimie biografii, czy włącza w dzieło elementy fikcjonalne, jej „ja” to tylko punkt zaczepienia w rzeczywistości społecznej; ciało, które doświadczyło naszych wspólnych problemów; językowy wehikuł, pozwalający wiarygodnie pisać na dany temat. Nie pisze jedynie dla siebie, przez siebie, przy sobie – pisze, żeby na podstawie swojego życia opowiedzieć historię kobiet, awansu społecznego, kryzysu kapitalizmu, coming outu, prawicowego populizmu i innych palących spraw publicznego życia. I zrobi to tak, by jej historia dotarła do jak najszerszego grona osób; w tym celu będzie musiała zrezygnować z wymagającej literackości, wybrać przejrzystość, wyrazistość i komunikatywność. 

Nie jestem od tej potrzeby bliskości wolna. I we mnie jest sprzeczność: kocham literaturę, która potrafi zadziwić mnie swobodą eksploracji, odmiennością i wieloznacznością ludzkiego „ja”, uznaję odrębność tekstu od autorki, choć nie całkiem, nie do końca, poza tym fascynuję się człowiekiem stojącym za tekstem, widzę w jego dziele manifestację świata wewnętrznego, a raczej tego, co dzieje się na pograniczu pojedynczej świadomości i rzeczywistości. Mam też słabość do pierwszoosobowych narracji, nieważne czy jest to pisanie autobiograficzne, czy powieść z taką narracją, chodzi o poczucie bliskości i tożsamości, dzięki takim tekstom jestem w stanie doświadczyć samej siebie, dzieje się tu coś na pograniczu terapii i oczyszczenia. Jako autorka i literaturoznawczyni dojrzewająca w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych zdążyłam zachwycić się postmodernizmem i zmęczyć pustką jego gier.

Być może dlatego najbardziej lubię teksty pomiędzy: te, które przekształcając językowe formy, wypływają z jednostkowego „ja”. Nie jest to jednak „ja”, które całkowicie poddało się intelektualnej rozbiórce dekonstrukcji: ma ono w sobie wiele prawd, także tych wypływających z prostych emocji, z ckliwej pamięci bliskości, z codziennych zranień – a jednocześnie zachowuje zdolność autorefleksji, otwiera drogi wyobraźni, pozwala sobie na żart, dystans, ironię, i właśnie jako takie jest autentyczne. Dobra literatura stawia opór redukcjom, nieważne czy wydaje się w pełni fikcją, czy jednak autobiografią. Uważam także, że nie ma innej drogi do lepszych stosunków z innymi istotami tego świata, jak pogłębione samorozumienie. Ucieczki od podmiotowości bywają iluzoryczne, podobnie jak pisanie silące się na obiektywizm – tam zawsze i tak stoi jakieś „ja”, każdy tekst to i tak czyjaś perspektywa, zarówno w przypadku bezosobowej poezji, jak i reportażu. Literackie różnice rodzą się ze sposobów uruchamiania języka, a nie z tego, czy „ja” jest widzialne – bo obecne jest zawsze. I podobnie: to ten język wzmacnia lub osłabia ego, samo pisanie we własnym czy cudzym imieniu jeszcze tego nie robi.

Więcej niż „ja”

Właśnie: piszę obok siebie autobiografia i autofikcja, najwyższa pora sproblematyzować te określenia. Pisarstwo autobiograficzne jest niezwykle stare i bogate, autofikcja to względnie nowe pojęcie, rozpowszechnione w 1977 r. przez Serge’a Dubrovskiego, dziś używane do opisywania książek, które performują autobiografię mieszając ją jednak z fikcją. W przypadku pisarstwa autobiograficznego zawiązujemy tak zwany pakt autobiograficzny (pojęcie Philipe’a Lejeune’a, w Polsce tym tematem zajmuje się Małgorzata Czermińska), a zatem zakładamy, że autorka chce powiedzieć nam jakąś prawdę o swoim życiu, w języku fachowym: że autor, narrator i bohater są tą samą osobą. 

Widzę to jednak z dekonstrukcyjnej perspektywy: tak w przypadku autobiografii, jak i autofikcji „ja” piszące jest wytworzonym przez autora performansem. Nawet wtedy, gdy uczciwie zasiadamy do pisania prawdy, musimy polegać na pamięci, która jest omylna i podciąga przeszłość pod nasze dzisiejsze potrzeby, a czasem nawet miesza wyobraźnię z faktami; co do samych faktów – także one istnieją w nas już zinterpretowane, a pisarz nigdy nie pokazuje ich wszystkich, przeprowadza selekcję, która ma o czymś przekonać czytelnika. Nasze umysły są podatne na błędy, a w nieświadomości zawsze czekają jakieś niespodziewane emocje i fantazje. Nie jesteśmy też niezależni, kształtujemy swoją tożsamość w odpowiedzi na innych, także w odpowiedzi na współczesne idee. Nasza psyche jest procesem, a nie skończonym obrazem, tożsamością czy argumentem w debacie społecznej, i tylko literatura jest w stanie oddać meandry i zagmatwania tego procesu – a także wyciągnąć nas z niego w stronę świata.

W modernistycznej literaturze życie, w tym realne „ja”, wciągano w tekst po to, by rozbiło zastane konwencje i zastygłe style – to dlatego rozmaite autobiograficzne, eseizujące formuły pojawiają się tam, gdzie powieściowe i poetyckie formy przechodzą kryzys. Realność „ja” otwiera literaturę na to, co osobne i nieokiełznane; wpuszczenie w literaturę własnego życia ma dać jej nowy oddech, otworzyć drzwi nieprzewidywalności realiów, języka, wyobraźni, w tym dziwnych wizji i nawiedzeń.

Właśnie dlatego w pisaniu o sobie najciekawsze wydają mi się teksty nie tyle uczciwie prawdomówne, ile teksty uczciwie performatywne: te, w których obserwujemy stwarzanie „ja” w literackim języku. Te pokazujące, że bez formy artystycznej i językowej nie jesteśmy w stanie pojmować samych siebie. Nie chodzi o sztuczność, ale o „literaturę jako formę istnienia”, jak głosi tytuł poświęconej tej praktyce literackiej książki Tomasza Kunza.

W takim procesie możemy każdego dnia mówić „ja”, bo i tak będzie przemawiać przez nas więcej niż „ja”, to więcej płynąć będzie jednak z tego, co nieznane. Nie odmówię Gombrowiczowi egocentryzmu, ale nie mogę nie zauważyć, że był także pisarzem intensywnie zainteresowanym wzajemnością z drugim człowiekiem i bólem przeszywającym cały żywy świat. To już ostatnia sprzeczność.


Podczas tegorocznej edycji Festiwalu Conrada odbędzie się debata „Książki zbójeckie” z udziałem Aldony Kopkiewicz, Emilii Konwerskiej, Sławomira Shutego, które poprowadzi Olga Hund. W jej trakcie będziemy zachęcać do czytania autentycznego i po swojemu. Nigdy nie wiadomo bowiem, co może sprowadzić nas na drogę zaangażowanej, szczerej lektury, a czasem – zachęci do pisania.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Fikcja jest w nas

Artykuł pochodzi z dodatku Magazyn Conrad nr 2/2024