Chcemy niższych podatków i lepszego państwa. Czy to się da pogodzić?

To jeden z nielicznych tematów odpornych na wojnę polsko-polską. W przekonaniu, że płacimy za wysokie podatki, jesteśmy zadziwiająco zgodni. Jak i w tym, że w zamian należy nam się państwo jak z żurnala.
Czyta się kilka minut
Baner z hasłem „Sprzedam Polskę. Bo uczciwy człowiek to się w tym kraju nigdy nie dorobi", na budynku Domu Handlowego Central u zbiegu ulic Piotrkowskiej i alei Pilsudskiego. Łódź, 4 kwietnia 2025 r. // Fot. Piotr Kamionka / REPORTER
Baner z hasłem „Sprzedam Polskę. Bo uczciwy człowiek to się w tym kraju nigdy nie dorobi", na budynku Domu Handlowego Central u zbiegu ulic Piotrkowskiej i alei Pilsudskiego. Łódź, 4 kwietnia 2025 r. // Fot. Piotr Kamionka / REPORTER

Druga tura czeka na podsumowanie, ale listę tematów poruszanych najczęściej w social mediach przez kandydatów na prezydenta analitycy firmy Res Futura skompletowali już w połowie maja. Pierwsze miejsce przypadło krytyce rywali; taką tematykę miał blisko co trzeci z ponad pięciu tysięcy przeanalizowanych postów. Na drugiej pozycji uplasowały się apele o głosowanie (16,9 proc.). Podium zamykały kwestie światopoglądowe - takie jak stosunek do praw kobiet i praw reprodukcyjnych – którym poświęcono 14,7 proc. zbadanych wpisów.

Podatki – ujęte zresztą jako fragment szerszej tematyki gospodarczej – znalazły się dopiero na miejscu ósmym (7,2 proc.), daleko za bezpieczeństwem granic i migracjami (12,5 proc.), edukacją i ochroną zdrowia (11,1 proc.) oraz polityką zagraniczną (8,3 proc.). Nieznacznie wyprzedził je nawet tak pozornie zgrany w Polsce temat jak obrona rodziny, religii i tradycyjnych wartości (7,6 proc.). 

Do kompletu brak tu jeszcze jednej liczby – 83. W badaniu Polskiego Instytutu Ekonomicznego właśnie taki odsetek Polaków twierdził, że płaci za wysokie podatki. Dlaczego więc politycy sięgają po ten temat tak rzadko, skoro to tak ważny i tak często deklarowany problem? A może narzekając na wysokość podatków, w istocie skarżymy się na coś innego?

Mit żarłocznego fiskusa

W zeszłym roku państwo polskie uzyskało z podatków blisko 550 mld zł. Najwięcej, bo aż 287,7 mld zł przyniósł już tradycyjnie VAT. Dalej był PIT, czyli podatek od osób fizycznych (97,6 mld zł), wpływy z akcyzy (90,3 mld zł) oraz CIT, który odprowadzają firmy (60,2 mld zł), i wreszcie pomniejsze daniny w rodzaju podatku Belki (10,55 mld zł). Przy wydatkach z budżetu zaplanowanych na 834,3 mld zł i łącznych wpływach do kasy państwa rzędu 624 mld zł oznaczało to deficyt ponad 210 mld zł, ale sama głębokość dziury budżetowej nie mówi za wiele o zachłanności polskiego fiskusa. Należałoby raczej porównać go z innymi.

OECD szacuje, że udział dochodów publicznych (czyli głównie podatków) do PKB oscyluje w Polsce na poziomie 42 proc. Pod tym względem jesteśmy więc niemal pośrodku stawki 38 rozwiniętych państw zrzeszonych w tej organizacji. Listę otwiera tu Norwegia, która zabiera w daninach niemal 60 proc. wartości wytworzonej przez jej gospodarkę. Gdyby w podobny sposób zmierzyć opresyjność polskiego systemu podatkowego, okaże się, że rodzimy fiskus jest mniej łapczywy chociażby od greckiego, włoskiego, węgierskiego, słowackiego czy portugalskiego, nie wspominając nawet o jego skandynawskich krewniakach lub sąsiedzie zza Odry. Co zatem boli nas w polskich podatkach, jeśli nie może chodzić o samą ich wysokość? To słowo jeszcze tu nie padło, ale musi. Mowa o nierównościach.

Polski Ład, czyli zmarnowana szansa 

Fakt, że nowoczesne podatki, obmyślane także jako narzędzie wyrównywania szans, są dziś w Polsce narzędziem do mrożenia mobilności społecznej, można uznać za ponury dowcip na 36-lecie państwa współtworzonego przez ludzi Solidarności. Obywatele nie muszą znać dokładnych danych i szczegółów opracowań ekonomistów. Czują to podskórnie: państwo polskie łupi biednych i faworyzuje zamożnych, jednocześnie utrzymując, że postępuje dokładnie na odwrót. 

Te intuicje polskiej ulicy, które w 2015 roku walnie przyczyniły się do wyborczej wygranej PiS-u obiecującego poprawę losu najuboższym, kilka lat później potwierdził głośny artykuł dr. Jakuba Sawulskiego z SGH, który na liczbach wydobytych z resortu finansów pokazał prawdziwy charakter naszego systemu podatkowego. Niska kwota wolna, różnorodność form opodatkowania faworyzujących osoby zarabiające najlepiej, zryczałtowana wówczas składka zdrowotna dla prowadzących działalność gospodarczą – wszystko to razem sprawiało, że polski fiskus najbardziej dawał popalić tym, od których teoretycznie powinien chcieć najmniej, czyli zatrudnionym na umowę o pracę z pensją rzędu 10-50 tys. zł rocznie. Realne obciążenie zarobków podatkami i składkami na ZUS w ich przypadku sięgało aż 37 proc. pensji. Dla porównania, samozatrudnieni na kontraktach B2B z dochodami w tym samym przedziale od każdej wypłaty musieli oddać państwu 28,5 proc. W przypadku tych, którzy zarabiali od 100 do 200 tys. zł rocznie, obciążenie fiskalne płacy spadało do 26 proc. 

Autor analizy dodatkowo zwracał uwagę na podatek VAT. Pracownik z pensją na poziomie 20 tys. zł miesięcznie raczej nie wyda jej co do grosza na rachunki i zakupy obłożone tym podatkiem. Najubożsi, żyjący od wypłaty do wypłaty, całe swoje dochody mają dodatkowo obciążone VAT-em, który płacą w sklepie. Dla najbiedniejszych 10 proc. polskiej populacji efektywne obciążenie podatkiem VAT wynosiło – jak szacował Sawulski – około 14 proc. Dla najbogatszego decyla – około 9 proc.

Publikacja obiła się na tyle szerokim echem, że zainicjowała pierwszą poważną debatę o polskim systemie podatkowym, który zmniejsza obciążenia wraz ze wzrostem dochodów. Zwolennicy tej degresywności podkreślali, że w ten sposób państwo zostawia bogatszym pieniądze na inwestycje. Przeciwnicy przypominali, że większość wysoko rozwiniętych państw demokratycznych dociąża bardziej podatników wraz ze wzrostem ich zamożności, bo wyższe podatki przy wysokich zarobkach nie wiążą się ze spadkiem standardu życia. Dodawali też kąśliwie, że polski system podatkowy niezbyt skutecznie zachęca do inwestycji, skoro ich wielkość właśnie spadła do nienotowanego od lat poziomu. 

Prawo i Sprawiedliwość poczuło, że czas na zmianę polskich reguł gry na bardziej progresywne, ale gdy na Polski Ład ogłoszony przez ekipę Morawieckiego spadła fala pretensji i krytyki różnych środowisk, cichaczem wycofało się z większości zmian. To, co zostało, złożyło się na dziwną hybrydę, która dawała ulgę najgorzej zarabiającym pracownikom etatowym, ale też faworyzowała podatkowo samozatrudnionych z zarobkami powyżej kilkunastu tysięcy złotych.

// TP Online

Co o podatkach mówią politycy

To niemal standardowe zagranie polskich rządzących w kwestiach podatkowych. W liczącej już 32 lata historii podatków osobistych PIT miała miejsca tylko jedna podwyżka stawek. Potem podatki już tylko obniżano i wprowadzono zmiany rozszczelniające system. Efekt? W Unii Europejskiej średni udział wpływów z podatku PIT do PKB wynosił w 2019 r. 7,9 proc., podczas gdy w Polsce nie przekroczył 5,4 proc. 

Czy podatnicy tego chcą? Sądząc jedynie po wyniku, który w kampanii zrobili Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun, można by powiedzieć, że istotnie tak. Konfederaci aż rwą się do taniego państwa, choć i tu w tej sprawie występuje rozpiętość poglądów. Umiarkowana frakcja Krzysztofa Bosaka łączy ten postulat z wymogiem równoważenia wpływów podatkowych z wydatkami państwa, podczas gdy środowisko Brauna chciałoby po prostu zastąpić podatek dochodowy pogłównem, czyli jedną daniną od każdego obywatela. 

Rzecz w tym, że w kwestiach podatkowych Konfederacja ma na tle rywali do zaoferowania najwyżej większy radykalizm. Poza Lewicą, wszystkie partie w Polsce obiecują co najwyżej utrzymanie podatkowego status quo. W Polsce 2050 blisko Bosaka kroczy Ryszard Petru. PSL, który dziś odgrywa rolę strażnika interesów przemysłowego rolnictwa, na każdą wzmiankę o reformie systemu podatkowego reaguje ogłoszeniem końca polskiej wsi. Platforma Obywatelska szła z kolei do wyborów parlamentarnych z ostrą krytyką chaosu wywołanego przez Polski Ład, ale sama zgłosiła kilka chaotycznych punktowych zmian, które go tylko powiększają. PiS może by i chciał wrócić do pomysłu zwiększenia progresywności systemu podatkowego, ale na prawo od siebie ma Konfederatów.

Karol Nawrocki bez mrugnięcia okiem podpisał się więc pod punktem deklaracji Mentzena o wetowaniu nowych podatków, a w rzeczywistości idzie znacznie dalej od kandydata Konfederacji, bo w przeciwieństwie do niego nie widzi potrzeby jednoczesnego cięcia wydatków publicznych. W podatkowej arkadii Nawrockiego pieniądze np. na obniżkę stawki PIT do zera dla rodzin z dwójką i więcej dzieci zapewni dalsze uszczelnianie poboru VAT. W jaki sposób kandydat PiS chce jednak połączyć te dwa postulaty z trzecim, jakim jest kosztująca miliardy obniżka samej stawki VAT? To kolejna z wielu tajemnic Nawrockiego, o którą w dodatku nie pytał Rafał Trzaskowski, bo kandydat Koalicji co do zasady również nie chce „żadnych nowych podatków”.

Wspólnym mianownikiem programów wszystkich ugrupowań poza Lewicą jest też kategoryczny sprzeciw wobec podatku katastralnego. Konfederacja widzi w nim ingerencję w „naturalną równowagę” polskiego rynku mieszkaniowego. Czego boją się w katastrze politycy pozostałych ugrupowań – właściwie nie wiadomo, gdyż debata o tym rozwiązaniu kończy się w Polsce rytualnym „nie, bo nie”. Jednym z możliwych wyjaśnień tej zagadki może być także treść deklaracji majątkowych samych parlamentarzystów. Według stanu na koniec grudnia 2023 roku aż 73 posłów i posłanek tej kadencji miało co najmniej trzy nieruchomości mieszkaniowe. Łącznie wspomniana grupa dysponowała wówczas 102 domami i aż 174 mieszkaniami. Rekordzista, 51-letni Robert Kropiwnicki z KO, miał 11 lokali.

Niewydolna Polska? To mit stworzony przez polityków

W pewnym sensie polska klasa polityczna jest tu zakładnikiem własnych opowieści o „państwie z błota i patyków”, które zostawili im poprzednicy. Rywalizując o głosy z pomocą takich argumentów, przedstawiciele dwóch głównych obozów partyjnych wbili wyborcom do głów przekonanie o chronicznej słabości naszych instytucji publicznych, w które nie warto już inwestować pieniędzy. W powszechnym wyobrażeniu mamy więc system ubezpieczeń społecznych, który lada dzień zbankrutuje. Ochronę zdrowia, do której nie sposób się dostać bez znajomości. Sądy, których wyroków można nie dożyć. Niedouczoną część nauczycielskiej kadry. Policję, która potyka się o własne pałki, i niewiele lepsze wojsko. A nad tym wszystkim, niczym duszące widmo, unosi się jeszcze niewydajna administracja utrzymywana „z naszych podatków”, które zostaną przejedzone.

Ten opis jest karykaturalnym kolażem trafnych obserwacji i mocno przestrzelonych wyobrażeń. Nie sposób dziś bowiem zaprzeczyć, że opieka zdrowotna w Polska sama potrzebuje intensywnej terapii, a przeciążone sądy de facto przestają gwarantować obywatelom konstytucyjne prawo do rozpatrzenia ich spraw „bez nieuzasadnionej zwłoki”.

W tym samym zbiorze plasują się jednak także dane Eurostatu, z których wynika, że Polska jest dziś po Chorwacji i Litwie trzecim najbezpieczniejszym państwem UE, a ryzyko doświadczenia przestępstwa jest u nas statystycznie trzy razy mniejsze niż w Niemczech. Na bezpieczeństwo składa się oczywiście nie tylko praca organów ścigania, ale spokojne centra polskich miast i miasteczek świadczą, że policja radzi sobie jako tako z rzeczywistością.

Praca nauczycieli również nie poddaje się łatwo ocenom. Polska szkoła na niektórych płaszczyznach nie dorasta do oczekiwań obywateli, ale ponadprzeciętnych wyników naszych uczniów w międzynarodowych testach kompetencyjnych też nie da się przecież oderwać od jakości nauczania.

Urzędy? Synonimem studni bez dna stał się Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Ten sam, któremu koszty bieżącej działalności pochłaniają co roku około 2-3 proc. zebranych składek i któremu za wzór gospodarności regularnie stawia się komercyjne towarzystwa ubezpieczeniowe, przejadające czasem i dziesięć razy więcej. W publicznym dyskursie cała administracja centralna od dawna jest uosobieniem niegospodarności. W badaniu przeprowadzonym w 2021 roku przez Polski Instytut Ekonomiczny prawie co trzeci respondent był przekonany, że to największy obszar wydatków państwa, choć na liście najkosztowniejszych do realizacji zadań państwa plasuje się w rzeczywistości dopiero na siódmej pozycji. Aż 79 proc. Polaków uważało, że wydatki na ten cel należy ściąć, bo zwiększenie finansowania nie poprawi wydajności.

Nie wiemy, na co idą nasze podatki

Te wyobrażenia stoją jednak w sprzeczności z analizami Eurostatu, które pokazują, że zbudowaliśmy po prostu państwo o wydolności adekwatnej do poniesionych na ten cel nakładów. Unijni statystycy w 2018 roku porównali efektywność administracji szczebla centralnego 28 krajów członkowskich, zestawiając ją z wydatkami na ten cel, ujętymi jako odsetek PKB. Badanie obejmowało m.in. pomiar efektywności wydawania pieniędzy publicznych, poziom cyfryzacji urzędów i szybkość reakcji na wnioski obywateli. Najwyżej oceniono urzędy i instytucje centralne Danii, Szwecji i Finlandii – czyli krajów wydających na ten cel najwięcej, bo odpowiednio 6, 7 i 8 proc. PKB. Polska w tym zestawieniu zajęła dopiero 17. miejsce. Nasze wydatki na państwo na szczeblu centralnym oscylowały w tym czasie na poziomie 4,2 proc. PKB. 

Mieliśmy też jeden z najniższych w Europie wskaźników udziału sektora publicznego na rynku pracy, który wynosił 7 proc. dla pracowników administracji publicznej i 21 proc. – gdyby do tej grupy dodać także nauczycieli oraz zatrudnionych w służbie zdrowia. Pod tym względem słabiej od Polski wypadła jedynie Bułgaria, Rumunia oraz Czechy. W Danii podobnie liczony udział pracowników budżetówki w łącznym zatrudnieniu wyniósł aż 34 proc. Ale czy mogło być inaczej w sytuacji, gdy na pytanie, jak państwo polskie radzi sobie w roli dysponenta środków publicznych, co drugi Polak odpowiada, że władza je marnuje? Wśród respondentów, którym autorzy wspomnianego wyżej badania PIE prezentowali następnie dokładniejsze dane o takich wydatkach, odsetek podtrzymujących tak negatywną ocenę topniał jednak do 39 proc. A stąd już blisko do innego pytania – czy w ogóle wiemy, na czym polega finansowanie państwa?

Nie wiemy. Jak pokazują wyniki cytowanej ankiety PIE, przeciętny Polak uważa, że emerytury i renty pochłaniają około 16 proc. wydatków publicznych. W rzeczywistości stanowią aż 34 proc. Administrację, która kosztuje państwo niespełna 5 proc., wyceniamy również na 16 proc. Ochronę środowiska – na 9 proc., choć faktycznie pochłania ona ledwie 3 proc. wydatków publicznych. Powszechne przekonanie o zbyt wysokich podatkach, jakimi rzekomo dociska nas państwo, łączymy też z równie silnym oczekiwaniem, że to samo państwo powinno bardziej angażować się w sprawy ważne dla obywateli – zwłaszcza w zapewnienie równego i darmowego dostępu do opieki zdrowotnej, wspieranie uboższych i zwalczanie nierówności oraz w rozwój gospodarczy. Marzy się nam więc klasyczne państwo w wersji minimum, gdy mowa o zobowiązaniach wobec niego, i zarazem rodzima odmiana skandynawskiego państwa dobrobytu – kiedy pada pytanie, na co powinniśmy liczyć w zamian.

Zdanie „płacę za wysokie podatki” należałoby więc odczytać na nowo. Za wysokie – owszem – ale w relacji do tych, które odprowadzają bogatsi rodacy. Rezydenci rajów podatkowych. Wysoko opłacani specjaliści na kontraktach B2B. Beneficjenci fundacji rodzinnych, które legalnie pozwalają zbić zobowiązania wobec fiskusa niemal do zera. Lepiej "ustawieni" przedstawiciele pokolenia X, które Polskę po Okrągłym Stole urządziło sobie na warunkach nie do przyjęcia dla młodszych generacji. Podatki wydają się nam „za wysokie” także w stosunku do wyobrażonej – nie prawdziwej – skali zadań, które ma do realizacji państwo. Gdy zaczynamy na nie spoglądać trzeźwo, urealniają się także oceny systemu podatkowego. Może więc czas obudzić się ze snu o tanim państwie i przyznać, że tanie rzadko znaczy dobre.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Tanie państwo dobrobytu