Covidowa jesień Europy

Coraz więcej chorych, coraz bardziej nerwowi politycy, coraz większe zmęczenie obywateli: nasi autorzy opisują sytuację i nastroje w różnych krajach.
Na szkolnym placu zabaw w miasteczku Mairena del Aljarafe koło Sewilli. Hiszpania, 10 września 2020 r. /  / CRISTINA QUICLER / AFP / EAST NEWS
Na szkolnym placu zabaw w miasteczku Mairena del Aljarafe koło Sewilli. Hiszpania, 10 września 2020 r. / / CRISTINA QUICLER / AFP / EAST NEWS

Z metra w Madrycie w końcu zniknęli ludzie: od piątku 2 października mieszkańców hiszpańskiej stolicy obowiązują nowe ograniczenia dotyczące przemieszczania się.

Z tego rozwiązania zadowolony jest Danny, opiekun medyczny. Uważa, że ostatnio sam dojazd do pracy wiązał się z niepotrzebnym ryzykiem. – O piętnastej w moim szpitalu jest zmiana dyżurów. Dotąd jeździłem ramię w ramię z setką ludzi w wagonie metra. Nikt nie zachowywał bezpiecznej odległości, to była katastrofa – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem”.

HISZPANIA: jesteśmy już zmęczeni

Hiszpania przoduje dziś w Europie pod względem liczby zachorowań. Według danych ministerstwa zdrowia z 7 października, zarażone były 273 osoby na 100 tys. mieszkańców (dla porównania, w Polsce wskaźnik ten wynosił w tym momencie ok. 47). Madryt to pierwsza europejska stolica, która zmuszona została wrócić do lockdownu – po bezskutecznych próbach współpracy i narastającym konflikcie między rządem centralnym Hiszpanii a władzami regionu.


CZYTAJ WIĘCEJ: AKTUALIZOWANY SERWIS SPECJALNY O KORONAWIRUSIE I COVID-19 >>>


– Ta pani… przepraszam, ale ona jest szalona. Mam wrażenie, że nie wie, co robi, nikogo nie słucha – tak Danny ocenia pracę Isabel Díaz Ayuso, szefowej rządu wspólnoty autonomicznej Madrytu, której wypowiedzi i decyzje wzbudzają coraz większe kontrowersje. Niedawno stwierdziła, że rosnąca liczba zakażeń jest związana m.in. ze „stylem życia zamieszkujących Madryt imigrantów”. Wielokrotnie krytykowana za niedopatrzenia w walce z epidemią, polityczka Partii Ludowej do końca sprzeciwiała się wprowadzeniu lockdownu. W wywiadzie dla dziennika „ABC” zasugerowała, że interwencja lewicowego rządu centralnego ma na celu zaszczepienie w mieszkańcach strachu.

Decyzją rządu centralnego lockdown wprowadzany jest dziś tam, gdzie przekroczono trzy progi: w ciągu ostatnich 14 dni przybyło ponad 500 nowych zakażeń na 100 tys. mieszkańców, zarejestrowano ponad 10 proc. pozytywnych wyników testów, a oddziały intensywnej terapii są zapełnione w ponad 35 proc. (prócz Madrytu i okolicy, to choćby miasta Palencia i León).

Przepychanki i wzajemne zarzucanie sobie przez polityków, że w głowie im tylko partyjne interesy, a nie dobro kraju, to zresztą powtarzający się refren hiszpańskiej pandemii. „Jak czuliby się pasażerowie samolotu, gdyby w środku potężnej burzy zobaczyli kapitana i drugiego pilota okładających się nawzajem pięściami? A coś takiego muszą czuć obywatele Hiszpanii” – komentuje na łamach „El País” dziennikarz Iñaki Gabilondo.

Tymczasem gdy słupki z dziennymi zakażeniami szybują, wskaźniki gospodarcze spadają: przewidywany na ten rok spadek PKB to 11,2 proc. Perspektywa kolejnych obostrzeń i zakazów przemieszczania się niepokoi m.in. właścicieli restauracji i hoteli, którzy teraz muszą liczyć głównie na miejscowych – liczba zagranicznych turystów spadła w tym roku o 76 proc.

Przez to wszystko przebija się nerwowe pytanie: dlaczego znów jest tak źle? Wśród możliwych powodów wymieniane są zbyt szybkie i pochopne rozluźnienie obostrzeń, brak wystarczającej liczby rastreadores (pracowników służb sanitarnych, którzy śledzą drogi możliwego zakażenia i informują potencjalnych chorych) czy nieprzestrzeganie zasad dystansu społecznego. Jednak pod tym względem trudno uważać Hiszpanię za szczególny przypadek. Jednoznacznej odpowiedzi na to – kluczowe dziś – pytanie nie jest też w stanie podać Światowa Organizacja Zdrowia. Ostrzega natomiast, że sytuacja w Hiszpanii jest wyznacznikiem tego, co wkrótce może wydarzyć się w innych krajach.

– Ta fala jest zupełnie inna, teraz wszystko jest stopniowe, a my lepiej przygotowani – uważa Danny. – Ale jesteśmy też dużo bardziej zmęczeni. A to, jak się nas traktuje, nie pomaga.

W rozmowie z „Tygodnikiem” w kwietniu Danny był przytłoczony, lecz zmotywowany. Dziś mówi – i czuć to w jego głosie – że powoli przestaje widzieć dla siebie miejsce w służbie zdrowia. Jak wielu pracowników personelu medycznego, którzy jeszcze przed pandemią znaleźli lepsze warunki pracy za granicą. Dziś Hiszpania musi liczyć na tych, którzy zostali – nierzadko wyczerpanych już psychicznie.

FRANCJA: sztuka życia mimo epidemii

„Kiedy restauracje kaszlą, cała Francja choruje” – słowa Philippe’a Etchebesta, znanego z kulinarnych show restauratora z Bordeaux, cytowane przez dziennik „Le Figaro”, dobrze obrazują finansowo-emocjonalną rolę gastronomii w życiu Francuzów. A to właśnie bary i restauracje płacą dziś wysoką cenę za epidemię.

Potężna nad Sekwaną branża restauracji i hotelarstwa zatrudniała na początku roku armię około miliona pracowników. Od początku kryzysu do września restauracje i bary – zamknięte od marca do czerwca w całym kraju – straciły dziesiątki tysięcy miejsc pracy i co najmniej jedną trzecią klientów. Teraz rząd premiera Jeana Casteksa ogłosił, że wobec rosnącej liczby zakażeń znów zamknie obiekty gastronomii w regionach najmocniej dotkniętych.

Najpierw, już w ostatnim tygodniu września, nakazano całkowite zamknięcie restauracji i barów w Marsylii. Ale w obliczu gwałtownych protestów restauratorów, po tygodniu władze centralne poszły na kompromis. Ostatecznie restauracje mogą znów gościć klientów, przy zachowaniu pewnych reguł (jak ograniczenie do sześciu liczby gości przy jednym stole). Nie dotyczy to jednak barów ani kawiarni w Paryżu i Marsylii, które mają pozostać zamknięte.

Tymczasem gastronomia to wierzchołek góry lodowej. Od marca, po wprowadzeniu lockdownu, francuska gospodarka wpadła w głęboką recesję: od kwietnia do czerwca PKB spadł o 13,8 proc. względem pierwszego kwartału tego roku. To najbardziej raptowna zapaść gospodarki od 1949 r. – podał instytut statystyczny INSEE. Ucierpiało wiele branż, a najbardziej dwie: turystyka i przemysł lotniczy.

Dziś, wraz z nawrotem epidemii, gromadzą się jeszcze czarniejsze chmury. Podobnie jak inne kraje, Francja próbuje ratować jednocześnie i zdrowie obywateli, i gospodarkę. Jak dotąd – z wielkim trudem. Na COVID-19 zmarło tu dotychczas 32 tys. osób. To podobna wielkość jak w Hiszpanii, ale trzy i pół razy więcej niż w Niemczech.

Od końca września alarmowe wskaźniki – liczba zgonów i liczba osób pod intensywną opieką medyczną – idą ostro w górę. Codziennie przybywa po 16-19 tys. nowych zakażonych (dane z początku października). Ponad dwie trzecie kraju jest w strefach różowej lub czerwonej, a Paryż i Marsylia – w najwyższej, szkarłatnej. Specjaliści ostrzegają, że jeśli tendencja się utrzyma, w ciągu kilku tygodni w szpitalach zabraknie łóżek na oddziałach intensywnej opieki medycznej. Już teraz, jak pisze „Le Figaro”, 500 z nich (na ogółem 5 tys. takich łóżek w kraju) jest bezużyteczne z powodu braku przeszkolonego personelu. Media nad Sekwaną zauważają, że kryzys wyostrzył istniejące od lat mankamenty służby zdrowia.

Wielu zwykłych Francuzów uważa, że rząd nie ma spójnego planu walki z epidemią. Dziwią się, dlaczego już we wrześniu zamknięto sale sportowe, a baseny dopiero dwa tygodnie później? I jaki sens ma zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach – ale tylko od godziny dwudziestej – obowiązujący w dużych miastach od końca września?

Trudno uwierzyć, aby epidemia zniszczyła francuską świętość, czyli wspólne celebrowanie posiłków. Raczej zepchnęła ją w domowe zacisze. A tam, gdy stół pełen biesiadników, wirus rozprzestrzenić się może równie łatwo, co w restauracji.

NIEMCY: po pierwsze dyscyplina

W kraju, gdzie szczególnie ceni się specjalizację i doświadczenie w konkretnym fachu, już na początku pandemii głos oddano wirusologom. Briefingi berlińskiego Instytutu Roberta Kocha, głównej instytucji zajmującej się chorobami zakaźnymi, były oglądane przez miliony obywateli, zamkniętych w domach w początkowej fazie pandemii. Z kolei prof. Christian Drosten, dyrektor Instytutu Wirusologii szpitala Charité w Berlinie, dzięki stałej obecności w mediach stał się gwiazdą – notorycznie jest zaczepiany na ulicy.

Eksperci, a za nimi słuchający ich politycy konsekwentnie podkreślają, że wirus wciąż może wymknąć się spod kontroli, jeśli ludzie przestaną stosować się do zasad. Na to się jednak nie zanosi, bo Niemcy to naród słynący z dyscypliny. Ostatnie sondaże wskazują na nieustające poparcie dla noszenia maseczek, a także dla ograniczenia do minimum liczby uczestników imprez prywatnych, które znów zamierzają wprowadzić niektóre kraje związkowe. Dla wspólnego bezpieczeństwa większość obywateli jest w stanie zrezygnować w nadchodzących miesiącach z tak lubianych jarmarków bożonarodzeniowych i imprez karnawałowych.

W chronieniu się przed COVID-19 Niemców dopinguje fakt, że jak w wielu innych dziedzinach, i w tej stali się zachodnioeuropejskim liderem. Nowych infekcji i ofiar śmiertelnych jest tu znacznie mniej niż we Francji, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii. Od początku pandemii u naszych zachodnich sąsiadów odnotowano ponad 300 tys. infekcji i ponad 9,5 tys. zmarłych. W środę 7 października stwierdzono nieco ponad 4 tys. nowych zakażeń (ostatnio tyle było w kwietniu).

Pandemia ma natomiast wielki wpływ na stan niemieckiej gospodarki, nastawionej na eksport w zglobalizowanym świecie. Zamknięte granice naruszyły łańcuchy dostaw, uziemiona Lufthansa liczy miliardowe straty, a koncerny motoryzacyjne z niepokojem analizują utrzymujące się spadki sprzedaży.

Za to rządowi Angeli Merkel udało się zminimalizować krótkoterminowe skutki epidemii. Nie bez powodu program pomocowy – w innych krajach nazywany „tarczą” – w Niemczech określono mianem „bazooka” [to pojęcie militarne: wyrzutnia pocisków rakietowych – red.]. Berlin uruchomił setki miliardów euro na dofinansowanie koncernów, na pomoc dla małych i średnich przedsiębiorców oraz na program Kurzarbeit (to tzw. postojowe polega na tym, że państwo przejmuje znaczną część kosztów pracownika ponoszonych przez firmę aż do 12 miesięcy, ale pracodawca nie może w tym czasie przeprowadzać zwolnień).

Za ich dotychczasowe działania Niemcy odwdzięczają się rządzącym: Angela Merkel, pełniąca funkcję kanclerza już od 15 lat, cieszy się dziś poparciem aż 72 proc. społeczeństwa.

AUSTRIA: epidemiczne ambiwalencje

Po błyskawicznym marcowym lockdownie, który na dobrych kilka tygodni zamroził życie Austriaków, majowa odwilż sugerowała, że kraj – europejski prymus w walce z epidemią – radzi sobie z nią lepiej niż inni. Wtedy były zwarte szeregi, jasne wytyczne, strach i dyscyplina.

Potem, już od połowy czerwca, nosy i usta stopniowo uwalniały się od niemiłych tekstyliów i wydawało się, że masowa wyprzedaż maseczek otwiera powrót do normalności. Latem znakomita większość Austriaków wybrała wypoczynek we własnym kraju, ale zaczęły się też zagraniczne wyjazdy i powroty – nierzadko z koronawirusem w bagażu. Zwłaszcza jeśli wracało się z urlopu w Chorwacji czy odwiedzin rodzinnych stron w Turcji i na Bałkanach.

A później był chaos na granicach, więcej testów i wzrost rejestrowanych infekcji, które na przełomie września i października przebijały wiosenne rekordy. Codziennie po 600-800, a w październiku już ponad 1000 nowych zakażeń i znów strach, że służba zdrowia nie podoła. Oraz obawa, że zimowy sezon turystyczny nie wypali i nie będzie można zarobić.

Skąd to wszystko i dlaczego? Mnożą się głosy, iż zbyt szybko zniesiono restrykcje i odpowiedzialność społeczna powędrowała do lamusa. W każdym razie, „wyłączyć” było łatwiej. Teraz brakuje niezawodnych punktów odniesienia, klarownych komunikatów, a życie społeczne zdominowały marazm i chaos. Pewien pracownik socjalny opowiada, że w urzędach trudno cokolwiek załatwić. Bo żeby osobiście załatwić sprawę, trzeba się umówić telefonicznie, ale żeby się dodzwonić, potrzeba mnóstwa prób, czasu i cierpliwości. Wydziały magistratu, urząd pracy, kasa chorych, nawet banki i firmy prywatne można osiągnąć niemal wyłącznie przez list wysłany pocztą elektroniczną. A i ten może się po drodze zawieruszyć.

Prawa ręka nie wie, co robi lewa, nawet duże instytucje przez kilka miesięcy nie zdołały opracować procedur funkcjonowania w dobie pandemii. Zdarza się, że w sytuacji kryzysowej trzeba improwizować. Jak wtedy, gdy we wrześniu w jednym z prowadzonych przez dużą organizację charytatywną wiedeńskich domów dla uchodźców pojawia się naraz ponad 20 zakażeń. Nie ma planu, więc pracownicy zostawieni samym sobie muszą sobie po prostu jakoś poradzić.

Wirus, jak to wirus – lubi duże skupiska, więc miewa się najlepiej w metropoliach. Nic dziwnego, że połowa wykrywanych w Austrii zakażeń przypada na stolicę. Tu najlepiej widać problemy i trudności. I tak, pod koniec września na połączenie z infolinią koordynującą skierowania na testy trzeba było czekać godzinami. A potem – w domowym odosobnieniu – do dwóch dni na wymaz i jeszcze kilka dni na wynik.

W efekcie była zmasowana krytyka i głośne protesty. Ale że trwa kampania przed regionalnymi wyborami nowych władz Wiednia, musiały pojawić się też rozwiązania. Zmotoryzowani i piesi mieszkańcy mogą więc na Donauinsel (sztucznej wyspie na Dunaju) za darmo i bez umówionego terminu poddać się testowi. Mogą też, po raz pierwszy zupełnie gratis, zaszczepić się przeciw grypie – np. w przerobionym na stację szczepień i krążącym po mieście tramwaju. Kurierzy rowerowi dostarczają testy pod drzwi mieszkania i odwożą materiał do badania (samodzielne pobranie próbki przez osobę podejrzewającą u siebie infekcję jest możliwe, gdyż w użyciu jest tzw. Gurgeltest, opracowany przy udziale austriackich naukowców: należy przez minutę płukać gardło roztworem z wody i soli, po czym wypluć go do pojemnika; następnie próbka trafia do laboratorium). Do szkół, gdzie pojawiły się podejrzane przypadki, podjeżdża Cluster-Buster-Bus, autobus z mobilnym laboratorium. Wiedeń potrafi…

Prognozy na jesień i zimę są nieciekawe: bezrobocie nadal wysokie, zagraniczni turyści pewnie tłumnie nie przyjadą, sezon balowy odwołany, depresja w ostrym natarciu. Pozytywów niewiele, ale istnieją: ekipa rządowa wraz z kanclerzem Sebastianem Kurzem po zbiorowym teście okazała się zdrowa. Na sklepowych półkach – oj, nie tak jak w marcu – spokojnie spoczywa papier toaletowy. A w perspektywie – generalna amnestia dla tych, którzy wiosną wbrew zakazom wychodzili z domu. Trybunał Konstytucyjny uznał bowiem niektóre z lockdownowych rozporządzeń rządu za sprzeczne z ustawą zasadniczą, a kary za bezpodstawne. Państwo prawa będzie się musiało zdecydować, co z tym fantem zrobić.

UKRAINA: choroba jako lustro

Codziennie rano ukraińskie ministerstwo zdrowia informuje o pobiciu kolejnego rekordu. W czwartek 8 października komunikat brzmiał, że w ciągu minionej doby odnotowano 5397 nowych zakażeń. Te liczby już na nikim nie robią wrażenia.

Minister finansów zapewnia, że potrzeby służby zdrowia są zaspokojone. Ale sytuacja w szpitalach odbiega od wizji roztaczanej przez władzę. – Oficjalnie leczenie COVID-19 jest za darmo. W praktyce codziennie dostawałam od lekarzy listę potrzebnych rzeczy, które mąż miał kupić w aptece. Były na niej lekarstwa, ale też strzykawki, jednorazowe talerzyki, nawet stroje ochronne dla personelu, który się mną zajmował. Za darmo szpital dał mi tylko antybiotyk – mówi Oksana z Charkowa, która chorowała w sierpniu. – Taka jest nasza służba zdrowia. Gdy rodziłam dziecko trzy lata temu, musiałam kupować nawet watę. Czemu w czasie pandemii miałoby się coś zmienić? – dodaje.

W ukraińskim internecie duże emocje i powszechną Schadenfreude budzą za to informacje o zachorowaniach wśród polityków. Infekcja dotknęła już 70 członków parlamentu, w tym byłego prezydenta Petra Poroszenkę. Współczucie wzbudziła jedynie śmierć pracownicy parlamentarnego sekretariatu. „Biedna! Pewnie umarła, bo leczyła się państwowo” – piszą internauci. Dominuje ubolewanie, że żaden z ludzi władzy nie leczy się w zwykłych szpitalach.

– Szpital publiczny to śmierć, jeśli nie masz pieniędzy. Dasz łapówkę, będziesz żyć. Gdy moja mama trafiła z covidem do szpitala, personel zachowywał się podle. Nie chcieli z nami rozmawiać. Nie wiedzieć czemu, zabrali jej telefon. Oddali dopiero, gdy przekazałem „prezent” głównemu lekarzowi – opowiada Ołeksij z Kijowa.

Przed szpitalem mężczyzna spotykał innych zrozpaczonych krewnych. – Jedna pani też miała mamę na OIOM-ie – wspomina dziś. – Powtarzała, że nie ma innej rodziny i mama jest jej całym światem. Robiła wszystko, byle zabrać ją z publicznego szpitala. Staliśmy razem i paliliśmy papierosy, a ona wydzwaniała do wszystkich znajomych, żeby pożyczyli jej pieniądze. Było mi wstyd, że nie mam do kogo zadzwonić.

Bywa, że leczenie COVID-19 w prywatnych klinikach to koszt rzędu 12 tys. hrywien (ok. 1800 zł) za dobę. Dla Ołeksija to suma nieosiągalna. Prawie tyle wynosi jego miesięczna wypłata.

Na szczęście jego mama jest już przytomna. Ołeksij: – Chyba z tego wyjdzie. Jak dotąd na kilka tygodni teoretycznie bezpłatnego państwowego leczenia wydaliśmy całe oszczędności. Rozmawiałem już z żoną, że może trzeba będzie sprzedać auto. Pozostaje się modlić, żeby nikt więcej w rodzinie nie zachorował. Oraz żeby nie było kolejnego lockdownu. Bo wtedy głód zabije nas szybciej niż wirus.

W sierpniu status bezrobotnego otrzymało o 67 proc. osób więcej niż w zeszłym roku. Większość przedsiębiorców mówi wprost, że z trudem przetrwali poprzednią kwarantannę i jeśli znów dojdzie do „zamrożenia” kraju, będą musieli zamknąć firmy.

Ministerstwo zdrowia zapowiada, że jeśli liczba miejsc przygotowanych w szpitalach – obecnie zapełniona w połowie – przekroczy 60 proc., lockdown może zostać wprowadzony w całej Ukrainie. Na razie trwa tzw. kwarantanna adaptacyjna, czyli dostosowywanie restrykcji i wytycznych sanitarnych do sytuacji w danym regionie.

Do czwartku 8 października w kraju potwierdzono łącznie ponad 245 tys. zachorowań. Jak dotąd zmarło 4690 osób.

Na europejskiej Północy

Winter is coming” (zima nadchodzi) – powiedział Mika Salminen. Kto zna serial „Gra o tron”, ten wie, że nie wróży to nic dobrego. Szef Fińskiego Instytutu Zdrowia i Opieki Społecznej dobrych wieści rzeczywiście nie miał.

Wprawdzie Finlandia, a także sąsiednie kraje bałtyckie – Litwa, Łotwa i Estonia – odnotowują wciąż proporcjonalnie mniej zakażeń niż zachodnia część kontynentu, ale są powody do niepokoju. Na początku października pięciomilionowa Finlandia rejestrowała ok. 140 nowych przypadków dziennie, trzymilionowa Litwa około stu, a półtoramilionowa Estonia i dwumilionowa Łotwa po kilkadziesiąt. Choć więc daleko tu do europejskiej „czołówki”, istotny jest też trend, a ten jest rosnący – np. w sierpniu na Łotwie było tylko po kilka infekcji dziennie.

Przywracane są zatem kontrole graniczne, kwarantanna dla przyjezdnych i inne restrykcje. Finlandia zamknęła się na turystów z Estonii (i nie tylko); wpuszczani są tylko ci, którzy jadą do pracy lub mają inny istotny powód. Estonia na razie ogranicza się do nałożenia na przybyszy kwarantanny (chyba że przyjeżdżają z kraju o niskiej liczbie przypadków; ostatnio były to tylko Finlandia, Łotwa i Watykan).

Jak wszędzie, ze względu na sytuację epidemiologiczną i zmieniające się restrykcje podróżowanie jest więc i tu wyzwaniem. A że zima nadchodzi, więc w Finlandii martwią się, co będzie z turystami, którzy co roku chętnie odwiedzali Laponię i Rovaniemi, siedzibę świętego Mikołaja. W tej północnej części kraju aż 70 proc. turystów przybywa z zagranicy. Wiele firm w Laponii, organizujących turystyczne atrakcje, boi się, że bez nich nie przetrwa.

Na szali leży też los psów husky, których tysiące pracują tu w turystycznym biznesie. Nie będzie turystów, to nie będzie kogo wozić w zaprzęgach, psy nie będą zarabiać, także na siebie. Firmę można zamknąć, ludzie dostaną zapomogi, ale co z psami? Koszty ich utrzymania są wysokie. Pewien przedsiębiorca, który ma 250 psów, wyliczył, że karma i opieka weterynarza kosztują go 70 tys. euro rocznie. Właściciele firm niechętnie przyznają, że możliwe jest wyjście radykalne: uśpienie części psów. Zrobią to w ostateczności, bo – obok kwestii etycznych – husky to psy drogie, a ich szkolenie kosztuje. Jednak już sam fakt, że taka dyskusja się toczy, pokazuje, jak poważny to problem.

Tymczasem na lotnisku w Helsinkach pojawiły się inne psy: szkolone do wykrywania osób chorych na COVID-19. Ich węch okazuje się lepszy niż testy. Potrafią rozpoznać zakażenie na kilka dni przed wystąpieniem symptomów i wystarcza im do tego 10 sekund.

Jeśli powiedzie się pilotażowy program na lotnisku, covidowe psie drużyny mogą trafić też do domów opieki i szpitali. Tyle że na razie pracują w tej roli tylko cztery psy, szkolonych zaś jest kilkanaście. A to za mało. ©℗

Tekst ukończono w czwartek 8 października

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, tłumacz z języka francuskiego, były korespondent PAP w Paryżu. Współpracował z Polskim Radiem, publikował m.in. w „Kontynentach”, „Znaku” i „Mówią Wieki”.
Dziennikarz mieszkający w Niemczech i specjalizujący się w tematyce niemieckiej. W przeszłości pracował jako korespondent dla „Dziennika Gazety Prawnej” i Polskiej Agencji Prasowej. Od 2020 r. stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.
Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach dokumentalnych (np. „Zdobyć miasto” o Powstaniu Warszawskim). Autorka… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2020