Zaczęło się ponoć od tego, że mnisi z góry Athos, którzy całymi dniami odmawiają ściśle określone przez tradycję modlitwy, przestali się z tym, mówiąc kolokwialnie, wyrabiać. W rozkładzie dnia nic im się nie zmieniło, w świętych tekstach tym bardziej, wyznaczone jednak na to interwały nagle przestały wystarczać. Co się wcześniej bez kłopotu dawało zrealizować w ciągu 24 godzin, teraz już się nie daje. A do tego świece palą się ewidentnie szybciej.
To jednak niejedyne dowody. Ludzie na całym świecie – czytam w pewnym portalu specjalizującym się w ogłaszaniu rzeczy niesamowitych i niezwykłych – zauważają, że wszystko dzieje się jakby szybciej. Dni pędzą jeden za drugim, tygodnie mijają niepostrzeżenie, miesiące przelatują przed oczami, o latach już nawet nie wspominając. Z niczym nie sposób zdążyć, jest się wciąż w permanentnym niedoczasie, ciągłym biegu i pośpiechu. Przypadek?
Co się stało z naszym czasem
Specjaliści od teorii spiskowych szybko doszli w tej kwestii do oczywistych wniosków. Coś się musiało, nie ma innej możliwości, zadziać z czasem. A w szczególności – musiał się on skurczyć lub też, jeśli wolicie, skondensować. Niewykluczone przy tym, że ktoś – najpewniej mający w tym swój niejawny interes – niepostrzeżenie skrócił okres trwania doby i z przepisowych 24 godzin bezczelnie uczynił 18 (jak podobno wynika ze szczegółowych obliczeń).
Kto? Być może osobnicy bogaci i wpływowi, którzy całkiem świadomie, posługując się ultranowoczesną technologią, przyspieszyli czas nam, zwykłym ludziom, dla siebie go równocześnie spowalniając. W efekcie nam akceleruje on coraz intensywniej, im natomiast – na odwrót. Korzyści są – dla nich, ma się rozumieć – jaskrawo oczywiste.
Inna hipoteza z kolei powiada, że rzecz ma związek z jakimiś głębszymi anomaliami w samej naturze rzeczywistości. I jeśli ktoś za tym stoi, to raczej przedstawiciele obcych cywilizacji, od ludzkiej znacznie bardziej zaawansowanych. Najwidoczniej coś się kosmitom wymknęło spod kontroli albo też całkiem świadomie postanowili pomajstrować przy naszych parametrach temporalnych. W sobie wyłącznie znanych celach.
Cóż, te opowieści – i stąd zapewne ich rosnąca popularność – choć brzmią niedorzecznie, wynikają z jakiegoś realnego doświadczenia. Tak to zresztą często w przypadku rozmaitych spiskowych czy pseudonaukowych narracji bywa, że stanowią fantazyjną wprawdzie, ale atrakcyjną i, co najważniejsze, spójną odpowiedź na autentyczne lęki, obawy czy dylematy. A efekt osobliwego przyspieszenia niewątpliwie występuje, zgodzą się państwo chyba?
W takich sytuacjach jak ta, kiedy piszę felieton do kolejnego świątecznego numeru „Tygodnika”, wydaje mi się ono szczególnie dojmujące. Ot, mam wrażenie, że dosłownie przed chwilą byłem w redakcji na wigilijnym spotkaniu w grudniu 2024 r. i że nie mogło od tamtego dnia minąć już 12 miesięcy.
Inny przykład – przedziwne wrażenie déjà vu, kiedy w sierpniu 2025 r. przyjechaliśmy z moją żoną do Burgas i zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu, w którym rok wcześniej spędziliśmy kilka dni z naszymi przyjaciółmi. Stanąłem na balkonie, rozejrzałem się i nagle te dwa wyjazdy – aktualny i poprzedni – zlały mi się w jedno. Przez kilkanaście sekund byłem pewien, że widzę tych naszych przyjaciół wysiadających z samochodu i że za moment spotkamy się z nimi w hotelowym lobby. Wtedy też przemknęła mi przez głowę dokładnie taka myśl: chyba coś niepokojącego dzieje się z czasem, kiedyś rok trwał znacznie dłużej niż teraz…
Niestety, nic nie wskazuje na dywersję tajnych lóż i stowarzyszeń, powód przyspieszenia jest najprawdopodobniej znacznie prostszy. A przez to poważniejszy, niż chcielibyśmy sądzić.
„Szok teraźniejszości”: jak dzisiaj doświadczamy czasu
Oto on: wszechobecna technologia, od której nie sposób się uwolnić, rwąca informacyjna rzeka, która dawno już nas poniosła, choć wciąż jeszcze naiwnie sądzimy, że stoimy na brzegu w dogodnej pozycji i możemy sobie z niej wyławiać to, co się nam podoba. Cały świat w smartfonie transmitowany 24 (pardon, 18!) godzin na dobę.
Amerykański medioznawca Douglas Rushkoff trafnie mówi w tym kontekście o „szoku teraźniejszości”. Tak bowiem dziś doświadczamy czasu – jako permanentnego teraz. Nic zatem dziwnego, że przeszłość i przyszłość jawią się jako irrealne, godziny i dni mkną jak na karuzeli, mnichom nie starcza zaś czasu na obowiązkowe modlitwy. Choć – uściślijmy – żaden mnich się w tej kwestii pod nazwiskiem nie wypowiedział, mamy tylko „doniesienia” z trzeciej ręki na portalach pełnych osobliwości.
Tak czy owak, problem istnieje i jest systemowy. Dotyczy głębokiej architektury świata, w którym żyjemy. Rozrost technologii, poszerzanie pola jej wpływu – to dziś w zasadzie niemożliwe do zatrzymania.
Z drugiej strony – świadomość, jak się rzeczy mają, pozwala na wypracowanie minimalnego choćby dystansu. Na poszukiwanie indywidualnych i zbiorowych praktyk intencjonalnego spowalniania czasu.
Nawiasem mówiąc, okres świąteczny bardzo dobrze się do tego nadaje. Pod warunkiem wszakże, że nie uczynimy zeń kolejnego wyścigu i że nie damy się zassać tyleż złowrogim, co potężnym demonom polityki, polaryzacji i rynku, które na co dzień efektywnie nas drenują. Lecz że potraktujemy go poważnie, kierując się w stronę tego, co przekracza doczesność. A zatem także ten rozpędzony bez umiaru czas.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















