Wojciech Brzeziński, Agata Kaźmierska: Czym zajmuje się COMNAP?
Agnieszka Kruszewska: COMNAP to Council of Managers of National Antarctic Programs, czyli Stowarzyszenie Menadżerów Narodowych Programów Antarktycznych. Te programy są bardzo różnie zorganizowane instytucjonalnie – czasem przy instytutach naukowych, czasem przy ministerstwach, ale zawsze mają dwie nogi: naukową i logistyczną. W polskim języku używamy słowa „logistyka”, w angielskim częściej mówi się „operations” albo „science facilitation”.
W praktyce chodzi o wszystko to, co sprawia, że naukowiec może w ogóle pojechać do Antarktyki i tam prowadzić badania. To cała infrastruktura stacyjna, statkowa, samolotowa, to zapewnienie bytu na miejscu, dostęp do wysokospecjalistycznego sprzętu. Czasami to są proste rzeczy, jak możliwość spania i jedzenia w stacji, a czasami bardzo zaawansowane – jak georadary, które pozwalają sprawdzić, gdzie w lądolodzie są szczeliny, żeby można było bezpiecznie trawersować teren.
Na COMNAP spotykają się osoby odpowiedzialne za całą „nogę logistyczną”: za organizację wypraw, za procesy inwestycyjne, za planowanie harmonogramów statków i samolotów. W zachodniej Antarktyce jest tylko jedno lotnisko cywilne, na King George Island, obsługiwane przez stronę chilijską. Samoloty, które tam lądują, muszą być wcześniej wyczarterowane przez poszczególne programy. To COMNAP jest miejscem, gdzie wszyscy wymieniają się informacjami: kto kiedy potrzebuje przetransportować ludzi, czyja infrastruktura może posłużyć innym.
Większość programów nie jest samowystarczalna. Amerykanie mają wszystko: stacje, statki, samoloty, helikoptery. Ale to wyjątek. Znakomita większość krajów działa w układzie naczyń połączonych. COMNAP pozwala na zawieranie takich transakcji wiązanych: „mam statek, ty masz ludzi do przewiezienia”, „ja mam wolne miejsca, ty masz sprzęt”.
A jak wygląda wymiana doświadczeń?
To ogromna wartość. Jeśli ktoś modernizuje stację, buduje nowy system zasilania czy łączności, robi to zwykle w dialogu z innymi. Na COMNAP działają grupy eksperckie, gdzie wymieniamy się wiedzą – co się sprawdziło, jakie były zagrożenia, co można zrobić lepiej.
Są też grupy regionalne. Tam menadżerowie przedstawiają sprawozdania z minionego sezonu i plany na kolejny. To pozwala koordynować działania i unikać dublowania wysiłków.
Mamy grupę medyczną. Koordynatorzy medyczni poszczególnych programów wymieniają się informacjami o dolegliwościach, o sprzęcie, o procedurach. Podczas pandemii musieliśmy zrobić wszystko, żeby osoby jadące do Antarktyki nie były wektorami covidu. Bo nawet nowoczesne stacje, z dobrym zapleczem medycznym, nie są przygotowane do intensywnej terapii.
Dzięki tej grupie mogliśmy się dowiedzieć, kto ma ile testów, kto dysponuje butlami z tlenem, kto ma aparaty PCR. To pozwoliło całej społeczności polarnej uniknąć tragedii.
Co w Antarktyce robi Polska?
Polska od 1977 r. prowadzi własną stację im. Henryka Arctowskiego. Od 2012 r. stacją zarządza i dba o jej rozwój Instytut Biochemii i Biofizyki PAN. Jesteśmy stroną Traktatu Antarktycznego z pełnymi prawami decyzyjnymi. To oznacza, że współdecydujemy o przyszłości kontynentu i całego regionu.
Jak wygląda zarządzanie polską stacją od kuchni?
Musimy wysłać na stację wszystko: od tak prozaicznych rzeczy jak jajka, przez paliwo, części zamienne, ubrania, po specjalistyczne urządzenia do badań. Trzeba zadbać o żywność, materiały techniczne, ochronę przeciwpożarową, sprzęt do pływania. Paliwo jest kluczowe – każda stacja musi być energetycznie samowystarczalna. Energia to ciepło, prąd, chłodzenie żywności, łączność.
Operator stacji zabezpiecza każdy aspekt życia ludzi na miejscu, przewiduje wszystkie możliwe scenariusze – od tego, co się zepsuje, po to, jak zapewnić im komfort i bezpieczeństwo przez rok. I to w najdrobniejszych detalach.
Drzwi muszą otwierać się do środka – bo zdarza się, że śnieg zasypuje je do wysokości górnej futryny. Gdyby otwierały się na zewnątrz, ludzie byliby uwięzieni wewnątrz budynku. Sprzęt nie może być zbyt elektroniczny – bo w razie awarii nie ma serwisu, a reset komputera w koparce to nie jest coś, co da się zrobić na miejscu.
Nawet dźwięki ostrzegawcze w nowoczesnych maszynach musieliśmy wyłączać. Dlaczego? Bo ich częstotliwość stresuje zwierzęta. Pingwin w swoim naturalnym środowisku nie słyszy takiego sygnału. A my nie możemy doprowadzić do tego, żeby kolonia pingwinów przy stacji zmieniła miejsce lęgowe, bo hałas maszyn wprowadza im chroniczny stres. To byłaby nasza porażka – bo jesteśmy tam gośćmi.
Jak Pani trafiła do tej pracy?
W 2012 r. zmieniła się ustawa o PAN. Zakład Biologii Antarktyki, który dotąd zarządzał stacją, został włączony do Instytutu Biochemii i Biofizyki. Byłam zastępcą dyrektora ds. administracyjnych i odpowiadałam za całą infrastrukturę – budynki, zamówienia, obsługę prawną. I nagle w moim zakresie znalazła się też stacja 14 tys. kilometrów od Warszawy.
Musiałam zorganizować wyprawę, dobrać specjalistów, przygotować przetargi, znaleźć statek. To było ogromne wyzwanie. Szybko okazało się, że nie mogę prowadzić tego sama – więc ogłosiliśmy konkurs na logistyka polarnego. Wygrał dr Dariusz Puczko, doświadczony polarnik, wcześniej zimujący w Arktyce. Od tamtej pory działamy razem.
Pojechała Pani na stację, żeby zobaczyć wszystko na własne oczy?
Tak, w 2014 r. Wsiadłam na statek chilijski, potem przesiadłam się na peruwiański i w nocy dopłynęłam do stacji. Pamiętam pierwsze wrażenie: błoto, szum czarnego morza, ogromne zmęczenie. I uśmiechnięci ludzie, którzy mnie przyjęli.
Stacja w środku przypominała wysokogórskie schronisko: drewniane, ciepłe, pełne pamiątek. A rano niesamowity kontrast. Błękitne niebo, słońce, turkusowe lodowce przykryte czapą śniegu, cisza przerywana odgłosami słoni morskich. I pingwin, który wyszedł mi naprzeciw. Tak jakby mówił: „Ja mam tu pierwszeństwo, ty jesteś tylko gościem”. To było doświadczenie absolutne. Człowiek czuje się maleńki wobec potęgi przyrody.
Jak dobiera się ludzi do pracy w takich warunkach?
Proces jest złożony. Najpierw selekcja dokumentów, potem rozmowy. Sprawdzamy twarde kompetencje – bo na stacji jest tylko jeden energetyk, jeden lekarz, jedna osoba od łączności. Nie ma rezerw. Ale równie ważne są umiejętności miękkie: komunikatywność, motywacja, radzenie sobie w sytuacjach stresowych.
Najpierw wybieramy kierownika wyprawy – i to on uczestniczy w rekrutacji całego zespołu. Potem są spotkania z psychologami. Kandydaci mają ćwiczenia grupowe: sprawdzanie, kto przejmuje rolę lidera, jak radzą sobie w konflikcie, jak się komunikują. Psychologowie dzielą się swoimi opiniami – zarówno o grupie jako całości, jak i o jednostkach.
Do tego dochodzą badania lekarskie. Wysyłamy tylko osoby w pełni zdrowe – dla ich własnego bezpieczeństwa i całej grupy. Każdy ma też spotkanie z psychologiem.
Ale i tak przychodzi „test rzeczywistości”. Ludzie mają wyobrażenia o stacji, a realia są inne. Nagle okazuje się, że nie ma świeżych owoców, że widzi się te same twarze przez kilka miesięcy, że pogoda nie pozwala wyjść na zewnątrz. To naturalny test.
I wtedy zaczynają się konflikty?
Powiem tak: w codziennym życiu też się kłócimy. W pracy denerwuje nas kolega, w domu ktoś z rodziny. W Antarktyce różnica jest taka, że nie da się „wyjść z pracy i pójść do domu”. Tam się mieszka w pracy i pracuje w miejscu zamieszkania.
Dlatego nawet błahe sprawy – jak to, że ktoś użył czyjegoś kubka – mogą urosnąć do rangi poważnych konfliktów. To naturalne, bo izolacja i deprywacja sensoryczna są dużym obciążeniem.
Dlatego zapewniamy wsparcie psychologiczne przez cały rok. Jeśli ktoś zgłasza problem – czy to obniżony nastrój, czy konflikt – reagujemy. Mamy psychologów dostępnych zdalnie, mamy procedury reagowania. Szczęśliwie nikt się jeszcze nie pozabijał, ale pewnie niejedna przyjaźń została tam zweryfikowana.
Zdarzają się sytuacje kryzysowe?
Oczywiście. Choć raczej incydentalne niż systemowe. Były przypadki zdrowotne – pamiętam, jak musieliśmy ewakuować jednego pana z powodu problemu kardiologicznego. Zdarzały się awarie sprzętu – kiedy wydawało się, że mamy świetne, nowoczesne urządzenie, a elektronika w tych warunkach po prostu nie działała. Nie mamy serwisu, nie ma komu zresetować komputera w koparce czy ładowarce. I nagle nówka sztuka przestaje działać.
Bywały też sytuacje pogodowe. Silne opady śniegu, sztorm w zatoce, lód morski blokujący wejście do stacji. Pamiętam zdjęcie drzwi, które otwierały się do środka – a za nimi śnieg do wysokości górnej futryny. To pokazuje, że każdy detal musi być przemyślany.
Są jeszcze kwestie bezpieczeństwa grupy. Protokoły bezpieczeństwa są kluczowe. Ułańska fantazja może się skończyć utratą zdrowia albo życia. Na szczęście nie mieliśmy tragedii, ale zdarzały się straty w sprzęcie. Przyroda i warunki potrafią błyskawicznie zweryfikować źle podjęte decyzje.
Dlatego tak ważne są szkolenia. Nieraz ludzie podchodzą do ćwiczeń strażackich z uśmiechem, ale potem okazuje się, że właśnie to pozwala im zapanować nad sytuacją. I daje poczucie bezpieczeństwa.
Turystyka przeszkadza w badaniach naukowych?
To trudny temat. Masowa turystyka w Antarktyce to nie tylko ludzie, to również statki. Gigantyczne wycieczkowce generują ogromny ślad węglowy. Przywożą tysiące turystów i wysadzają ich setkami na brzeg.
Turyści chcą „dotknąć Antarktyki”. Chcą zobaczyć pingwiny z bliska, słonie morskie, wieloryby. Mają drony, które chcieliby puścić nad kolonią pingwinów, żeby uchwycić każde piórko. A to są ogromne stresory dla zwierząt – szczególnie w okresie lęgowym, kiedy powinny mieć absolutny spokój.

Musimy pamiętać, że celem Traktatu Antarktycznego było prowadzenie badań naukowych i ochrona środowiska. Nie turystyka. Dlatego nasza stacja od czasów pandemii nie wpuszcza turystów na ląd. Statki mogą wpłynąć do zatoki, ale nie ma wysadzania ludzi przy stacji. Dla nas nadrzędnym celem jest ochrona gatunków wskaźnikowych.
Tym bardziej że pojawiło się kolejne zagrożenie – ptasia grypa. Wirus dotarł do Antarktyki i dziesiątkuje ptaki. Naukowcy monitorują, czy może się przenosić na ssaki, w tym płetwonogie – m.in. morsy i foki – a także na ludzi. To ryzyko ogromne. Nie możemy dokładać do tego kolejnego czynnika w postaci masowej turystyki.
Dlaczego Polska w ogóle jest obecna w Antarktyce od 50 lat?
To historia sięgająca lat 70. Profesor Stanisław Rakusa-Suszczewski przekonał państwo, że warto. Początkowo Polska dostała od ZSRR stację im. Dobrowolskiego w oazie Bungera, ale tylko sezonową. Nie wystarczyło to, by uzyskać status pełnoprawnej strony traktatu.
Dopiero budowa własnej, całorocznej stacji sprawiła, że zostaliśmy przyjęci do grona decydujących o przyszłości kontynentu. W lutym 1977 r. stacja Arctowskiego wysłała pierwszy komunikat meteorologiczny. I od tego czasu działa nieprzerwanie.
Dlaczego badamy Antarktykę? Odpowiedź bywa prosta: bo jest. Tak jak himalaiści wspinają się na ośmiotysięczniki. Ale jest też głębsza. Antarktyka to miejsce, gdzie prowadzi się badania podstawowe – pytania fundamentalne, które czasem dopiero po latach okazują się kluczowe.
Kopernik też badał coś bardzo podstawowego – co kręci się wokół czego. Na początku nie miało to praktycznego zastosowania, a jednak zmieniło nasze rozumienie świata. Tak samo dziś dane z Antarktyki mogą za 10, 20, 50 lat dać odpowiedzi fundamentalne.
To jest sens stacji?
Tak. Antarktyka to soczewka, w której skupiają się pytania o działanie całego globu. Długoterminowe monitoringi środowiskowe dają ciągi danych. A ciąg danych dla naukowca to jak ziarno, które z czasem rodzi plon.
Badania glacjologiczne, biologiczne, mikrobiologiczne, klimatyczne, oceanograficzne – wszystkie dostarczają elementów układanki. A Ziemia to system naczyń połączonych. Jeśli w Antarktyce wytapiają się masy lodu, podnosi się poziom oceanów, zmienia pH wód, zmieniają się prądy. To może mieć realny wpływ na Europę Środkową, na erozję wybrzeży, na rolnictwo.
Dlatego tak ważne są nauki podstawowe. Bo nawet jeśli dziś nie mają praktycznej aplikacji, mogą się okazać kluczowe dla przyszłości.
A dla Pani osobiście – czym jest stacja?
To moja misja. Moja praca, duma, czasem troska. Gdybym mogła, jeździłabym tam co roku. Patrzyłabym na turkusowe lodowce, kontemplowała ciszę, cieszyła się tym, że przez miesiąc nie muszę myśleć o zakupach czy zamkniętych drzwiach w Warszawie.
Ale stacja to nie tylko budynki i infrastruktura. To żywy byt. Czasem mam wrażenie, że to nie ja wybrałam stację, ale ona mnie.
Rozmawiali Wojciech Brzeziński i Agata Kaźmierska

Agnieszka Kruszewska jest prawniczką i menadżerką. Od 13 lat kieruje Polską Stacją Antarktyczną im. Henryka Arctowskiego z ramienia Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN. Została także wybrana na przewodniczącą COMNAP, międzynarodowej rady zrzeszającej menadżerów narodowych programów antarktycznych. To pierwsza w historii Polka na tym stanowisku i jedna z nielicznych kobiet, które kiedykolwiek przewodziły tej organizacji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















