Wywiad z Wawrzyńcem Smoczyńskim pt. „My, tkanka”, który publikujemy w dziale „Z oddechem”, w pierwszej chwili mnie zachwycił. Chodzi przecież o sprawy dla nas zasadnicze, o wojnę lub pokój wewnątrz naszego społeczeństwa. Jeśli nie o wojnę, w której giną ludzie, to w każdym razie wojnę dzielącą nas na dwa plemiona, które się ze sobą nie komunikują, zacięte, zamknięte itd.
Eksperyment, o którym mówi Smoczyński, polegał – mówiąc w uproszczeniu – na tym, że do rozmowy o Polsce zapraszano ludzi wszelkich orientacji ideowych. W sumie kilkadziesiąt osób w niewielkich (można się domyślać) grupach. Sporo czasu poświęcano na rozbrojenie uprzedzeń. Wyprowadzenie rozmowy na szlak merytorycznego, a nie emocjonalnego toru, ostatecznie prowadziło nie tyle do rezygnowania z własnych racji, ile raczej przeciwnie – do sięgania po racje w miejsce emocji i uprzedzeń.
Ostatecznie debata pozwalała na sensowne konkluzje. Racja okazywała się często dość złożona, ale uwolniwszy się z uproszczeń konstatowano, że jest ona do zaakceptowania dla obu stron. Innymi słowy, ludzie po emocjonalnym szoku stwierdzali, że i zalety, i mankamenty są po obu stronach barykady. Konkluzja jest prosta: nasze kategoryczne sądy są nie tyle przemyślane, ile wyrażają stany emocjonalne.
Ludzie dochodzili do konkluzji, że zamiast się nienawidzić i odcinać od siebie, można dyskutować, szukać rozwiązań albo wspólnie ubolewać nad tym, że prostych rozwiązań w pewnych kwestiach nie ma. Ten budujący obraz jest piękny, ale natychmiast pytamy, ile takich grup trzeba, ilu ludzi do kierowania nimi, by zamiast wrogich plemion budować życzliwe sobie wzajemnie – oczywiście różnorodne – środowisko. Ile takich grup, ilu prowadzących takie zajęcia. Ale odpowiedź pesymistom nie jest czczą ułudą. Być może podjęcie tej niewdzięcznej pracy, która w istocie jest pracą nad przebudowywaniem kapitału zaufania społecznego, nie jest ani fikcją, ani głosem na puszczy. Bo cóż innego my tu, w „Tygodniku”, robimy...
Mówi Smoczyński: „czyli tak naprawdę spolaryzowane są marginesy (...) Ludzie mają swoje życie i dużo pracy wkładają w to, żeby było w miarę szczęśliwe. Mają mało czasu na politykę i na oglądanie telewizji, a na pewno nie chcą uczestniczyć w tego typu rozmowach, jakie słyszą z telewizora. Co więcej: ci ludzie mają przemieszane poglądy. Oni są trochę liberalni, trochę konserwatywni, mieszają się ze sobą...”. Taka jest nasza rzeczywistość. Spieramy się i dzielimy, zrywamy więzy z racji politycznych, często nie do końca przemyślanych. Zajmując się polityką i nie zawsze ją rozumiejąc, podejmujemy decyzje zerwania czy rozluźnienia więzów kiedyś bardzo ważnych. Bronimy swoich racji, a czasem z braku argumentów się obrażamy lub w inny sposób rozluźniamy więzi jeszcze nie tak dawno dla nas ważne. Życzliwość dla jednej opcji politycznej utożsamiamy z nienawiścią do innej, w gruncie rzeczy nie znając (tak, tak) argumentów jednej ani drugiej strony, lub znając je bardzo pobieżnie. Inicjatywy zmierzające do ich klarowania są bezcenne.
Oczywiście, są oczekiwania jednych, które godzą w przekonania innych. Są ustawy, których jedni się domagają, a inni są przerażeni tym, dokąd by nas mogły zaprowadzić. Pośpiech nie zawsze jest dobrym doradcą. Jedni się niecierpliwią, inni nalegają na spokój. Wolność nie jest łatwa. Debaty tworzące emocjonalny dystans, o jakich opowiada Smoczyński, wymagają mocnych charakterów i mądrości. Ale pomysł wydaje się bezcenny. Zabierze on nieco czasu, ale boję się, że innego nie ma. Oby się powiódł, tego sobie życzę na 90. urodziny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















