Życzliwość dla jednej opcji politycznej utożsamiamy z nienawiścią do innej. A zwykle nie znamy nawet jej argumentów

Ludzie dochodzili do konkluzji, że zamiast się nienawidzić i odcinać od siebie, można dyskutować i szukać rozwiązań. Ile takich eksperymentów trzeba, by zamiast wrogich plemion budować życzliwe sobie wzajemnie – oczywiście różnorodne – środowisko?
Czyta się kilka minut
Ks. Adam Boniecki // Fot. Grażyna Makara
Ks. Adam Boniecki // Fot. Grażyna Makara

Wywiad z Wawrzyńcem Smoczyńskim pt. „My, tkanka”, który publikujemy w dziale „Z oddechem”, w pierwszej chwili mnie zachwycił. Chodzi przecież o sprawy dla nas zasadnicze, o wojnę lub pokój wewnątrz naszego społeczeństwa. Jeśli nie o wojnę, w której giną ludzie, to w każdym razie wojnę dzielącą nas na dwa plemiona, które się ze sobą nie komunikują, zacięte, zamknięte itd. 

Eksperyment, o którym mówi Smoczyński, polegał – mówiąc w uproszczeniu – na tym, że do rozmowy o Polsce zapraszano ludzi wszelkich orientacji ideowych. W sumie kilkadziesiąt osób w niewielkich (można się domyślać) grupach. Sporo czasu poświęcano na rozbrojenie uprzedzeń. Wyprowadzenie rozmowy na szlak merytorycznego, a nie emocjonalnego toru, ostatecznie prowadziło nie tyle do rezygnowania z własnych racji, ile raczej przeciwnie – do sięgania po racje w miejsce emocji i uprzedzeń. 

Ostatecznie debata pozwalała na sensowne konkluzje. Racja okazywała się często dość złożona, ale uwolniwszy się z uproszczeń konstatowano, że jest ona do zaakceptowania dla obu stron. Innymi słowy, ludzie po emocjonalnym szoku stwierdzali, że i zalety, i mankamenty są po obu stronach barykady. Konkluzja jest prosta: nasze kategoryczne sądy są nie tyle przemyślane, ile wyrażają stany emocjonalne.

Ludzie dochodzili do konkluzji, że zamiast się nienawidzić i odcinać od siebie, można dyskutować, szukać rozwiązań albo wspólnie ubolewać nad tym, że prostych rozwiązań w pewnych kwestiach nie ma. Ten budujący obraz jest piękny, ale natychmiast pytamy, ile takich grup trzeba, ilu ludzi do kierowania nimi, by zamiast wrogich plemion budować życzliwe sobie wzajemnie – oczywiście różnorodne – środowisko. Ile takich grup, ilu prowadzących takie zajęcia. Ale odpowiedź pesymistom nie jest czczą ułudą. Być może podjęcie tej niewdzięcznej pracy, która w istocie jest pracą nad przebudowywaniem kapitału zaufania społecznego, nie jest ani fikcją, ani głosem na puszczy. Bo cóż innego my tu, w „Tygodniku”, robimy...

Mówi Smoczyński: „czyli tak naprawdę spolaryzowane są marginesy (...) Ludzie mają swoje życie i dużo pracy wkładają w to, żeby było w miarę szczęśliwe. Mają mało czasu na politykę i na oglądanie telewizji, a na pewno nie chcą uczestniczyć w tego typu rozmowach, jakie słyszą z telewizora. Co więcej: ci ludzie mają przemieszane poglądy. Oni są trochę liberalni, trochę konserwatywni, mieszają się ze sobą...”. Taka jest nasza rzeczywistość. Spieramy się i dzielimy, zrywamy więzy z racji politycznych, często nie do końca przemyślanych. Zajmując się polityką i nie zawsze ją rozumiejąc, podejmujemy decyzje zerwania czy rozluźnienia więzów kiedyś bardzo ważnych. Bronimy swoich racji, a czasem z braku argumentów się obrażamy lub w inny sposób rozluźniamy więzi jeszcze nie tak dawno dla nas ważne. Życzliwość dla jednej opcji politycznej utożsamiamy z nienawiścią do innej, w gruncie rzeczy nie znając (tak, tak) argumentów jednej ani drugiej strony, lub znając je bardzo pobieżnie. Inicjatywy zmierzające do ich klarowania są bezcenne.

Oczywiście, są oczekiwania jednych, które godzą w przekonania innych. Są ustawy, których jedni się domagają, a inni są przerażeni tym, dokąd by nas mogły zaprowadzić. Pośpiech nie zawsze jest dobrym doradcą. Jedni się niecierpliwią, inni nalegają na spokój. Wolność nie jest łatwa. Debaty tworzące emocjonalny dystans, o jakich opowiada Smoczyński, wymagają mocnych charakterów i mądrości. Ale pomysł wydaje się bezcenny. Zabierze on nieco czasu, ale boję się, że innego nie ma. Oby się powiódł, tego sobie życzę na 90. urodziny.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Tak żyje milcząca większość