Boniecki i Krall: przyjaźń na całe życie

O wielkiej przyjaźni, Solidarności, Rzymie, Panu Bogu, zaświatach i faszerowanym karpiu – rozmawiają ks. Adam Boniecki i Hanna Krall.
Czyta się kilka minut
Hanna Krall i ks. Adam Boniecki. Warszawa, maj 2024 r. // Fot. Grażyna Makara
Hanna Krall i ks. Adam Boniecki. Warszawa, maj 2024 r. // Fot. Grażyna Makara
Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Hanna Krall i ks. Adam Boniecki. Warszawa, maj 2024 r. // Fot. Grażyna Makara

Ks. Adam Boniecki: Skąd jest ta ryba?

Hanna Krall: Ze słoika. Izraelskiego. Niezła, jak na nie moją, prawda?

AB: Świetna... Zawsze była Twoja ryba po żydowsku.

HK: Świeżych karpi nie ma, ani mąki macowej. To i gefilte fisz, ryby faszerowanej, nie ma i już nie będzie.

AB: Mamy wspomnienie karpia.

Anna Goc: Jak Pani robiła gefilte fisz?

HK: Jest kilka sposobów i kilka szkół. Jest szkoła lubelska, jest warszawska. Zdaje się, że i wileńska jest. Należę do lubelskiej, bo moja mama jest z Lublina. Ale teraz: wypijmy za tych, co kończą 90 lat.

AB: I za tych, co skończą niebawem.

HK: Adam, to niesamowite, że znowu cię widzę przy tym stole. Chyba się popłaczę ze wzruszenia i będzie cyrk.

AB: Będzie.

HK: Jak to robiłam...? Kroi się rybę tak, żeby nie rozlała się żółć, co jest wielką sztuką.

AB: Wielką sztuką…

HK: Potem wydrąża się każde dzwonko, tak żeby nie pękła skórka. Potem się mieli z twardymi i surowymi jajkami, macową mąką, sokiem z surowej cebuli, cukrem i solą. Potem umiejętnie nadziewa się farszem obraną skórkę, uważając...

AB: Umiejętnie...

HK: ...znowu uważając, żeby skórka nie pękła. Gotuje się. Czeka się, aż  wystygnie, i zaprasza księdza Bonieckiego na Wigilię.

AB: Tak.

HK: Robiłam rybę po żydowsku raz w roku, tylko na Wigilię. Mam nadzieję, że pamiętasz, że Wigilię rozpoczynałeś przy tym stole?

AB: Jestem po wylewie, co prawda, ale to pamiętam doskonale.

HK: Według mnie zaczynałeś Wigilię u nas, zwykle o trzeciej albo czwartej, od gefilte fisz i śledzia z grzybami. Potem jechałeś do mamy, a na deser do marianów.

Adam przychodził, bo była ta moja ryba. Tylko po to przychodził.

AB: To prawda.

HK: I przynosił prezenty.

AB: I dostawał prezent.

HK: Dostawał jakiś skromny prezencik, przynosił wspaniałe.

AB: A wiesz, że mam do tej pory prezent od ciebie? Oprawę, w którą można włożyć bieżący kalendarz. Była już chyba używana, gdy mi ją dałaś, co prawda.

HK: Możesz mi mówić, co chcesz, żadnej oprawy nie pamiętam, ale nie sądzę, bym ci dawała używane prezenty.

Około szóstej, w czasie tych Wigilii, dzwoniła siostra Adama i nieco oschłym głosem pytała: „Czy mój brat ma zamiar przyjść do swojej matki na Wigilię?”. „Tak, tak, on już się ubiera. Adasiu, poczekaj, twoja siostra dzwoni”. Tak było?

AB: Oczywiście.

„(…) Sobie życzę, byś mimo wszystko znajdował czas dla przyjaciół i ich ryb po żydowsku” – napisała Pani w liście do Adama, 10 lutego 1999 roku, gdy został naczelnym „Tygodnika”. Dużo było tych wspólnych Wigilii?

AB: Dużo? Spotykaliśmy się co roku przez długie lata. To była tradycja.

HK: Nie było Wigilii bez Adama. Przyjeżdżał do nas z różnych miejsc na święta. Gdy wracał z Rzymu, w latach 80., to to, co nam przywoził, było olśniewające. Nasze prezenty owinięte szarym papierem, bo innego nie było, od kwiaciarek udawało mi się co najwyżej wyżebrać kawałek kolorowej wstążeczki. A on... prezenty w błyszczącym papierze, wstążki, girlandy. Mówiłam mu: „Adam, no bądźże człowiekiem, daj kawałek tej girlandy”.

Dawał?

HK: A skąd! Idź sobie, mówił, masz te swoje peerele.

Była też wspólna Wigilia u Bonieckich.

HK: Osiemdziesiąty dziewiąty rok, pierwsza po zmianie ustroju. Mój mąż był w Kanadzie, u naszej córki. Zostałam sama, więc Adam zaprosił mnie na Wigilię do swojej matki. Nagotowałam gefilte fisz i z wielkim półmiskiem wsiadłam do autobusu. Cały autobus brzęczał garnkami i pachniał rybą, wszyscy coś dokądś wieźli. Przyjechałam za wcześnie. Nie chciałam wchodzić, nie wypadało, zwłaszcza do Bonieckich! Więc stałam z rybą po żydowsku pod bramą.

AB: Tyś stała pod bramą?!

HK: W tej samej kamienicy mieszkał Stanisław Różewicz, mój dawny szef z TOR-u, zespołu filmowego. Zadzwoniłam do Pawła, jego syna, żeby zszedł na dół i stał ze mną. „Pani Hanno, może do nas pani przyjdzie na Wigilię?” – powiedział, gdy zobaczył, z czym stoję.

AB: Czy tu można palić?

HK: Oczywiście, wyjmuj fajkę. Czy pani widzi, czym Adam czyści fajkę?

„Elegancki wyciorek” – tak go Pani nazwała w tekście „Sceny z udziałem A.B.”.

HK: Adam europeizował się nam w szybkim tempie. Przez lata wynosiłam dla niego druciane spinacze z „Polityki”. W sklepach nie było tak dużych, więc zabierałam redakcyjne. Czyścił fajkę, sypał tytoń, ubijał – wszystko spinaczem z „Polityki”. I któregoś roku – przyjechał już wtedy do nas z Rzymu – bierze fajkę, podaję mu spinacz, a Adam: „Zabierz to”. I wyjmuje coś przecudnego... O właśnie, coś takiego. Czy to jest srebrne, Adam?

AB: Oczywiście, że srebrne.

HK: I on z czymś takim śmiał się u nas pokazać. Koniec spinaczy był początkiem nowego Adama.

AB: Gadanie… Jaki Europejczyk się niby narodził?

HK: Nie byłeś Europejczykiem?

AB: Nie.

HK: Nawet brewiarz mówiłeś po włosku, przyznaj się!

AB: No mówiłem, ale…

HK: Ja wiem, że Pan Bóg zna włoski, tego nie musisz mi tłumaczyć.

Jakie kłęby dymu wypuszczasz! Co ty robisz z tym talerzykiem? Ach... on kryształ na ciasto uznał za popielniczkę. Kryształową popielniczkę.

AB (wytrząsa tytoń z fajki na kryształowy talerzyk): Co?

HK: W pałacu mieliście kryształowe popielniczki, przyzwyczajony jesteś.

AB: Nie zdążyłem się przyzwyczaić, przecież wiesz.

Duże spinacze widziałam ostatnio w krakowskim mieszkaniu.

HK: Używa ich jeszcze? Może to był mój spinacz z „Polityki”? Więc z tą europeizacją chyba nie do końca... „Nowe nie całkiem jeszcze w nim zwyciężyło” – jak mawiał mój bohater, sekretarz partii.

AB: Wiesz, jednak wróciłem do Polski.

Numer z 22 stycznia 1978 roku. „Notes” – stała rubryka ks. Adama Bonieckiego. Od tego tekstu się zaczęło, prawda?

HK: Daniel Passent przyniósł mi wycięty „Notes” o „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Nie czytałam wtedy „Tygodnika Powszechnego”, Passent go dostawał.

AB: Pamiętasz, co mi wtedy powiedziałaś?

HK: Co?

AB: Że to była najlepsza recenzja twojej książki.

HK: Najciekawsza i najważniejsza. Właściwie to nie była recenzja. Adam zastanawiał się, czy moja książka jest bluźniercza. Stwierdził, że nie jest. Że ktoś taki jak Marek Edelman ma prawo do porachunków z Bogiem. Chciałam poznać tego Bonieckiego, co tak inteligentnie napisał.

Umówił się chętnie?

AB: Oczywiście! W końcu Hanna Krall. Przychodzę do knajpy...

HK: Nie do knajpy, tylko do wytwornej restauracji w Hotelu Francuskim w Krakowie.

AB: W recepcji mówią mi, że Krall jest w jadalni. Wchodzę, a tam siedzi... umazana tłuszczem.

HK: Mów dalej, mów. Siedzi baba i spływa jej tłuszcz po rękach. Na pewno spływa aż po łokcie.

AB: Tego nie wiem, ale Hanna Krall... Wyobrażasz sobie osobę... Uduchowioną... A ona je kurczaka.

HK: Jem bardzo subtelnie – i do sali wchodzi jakiś przystojniak. Świetnie ubrany, we wranglerach! Nie w podróbkach z bazaru, tylko w oryginalnych, zmierza wprost do mnie i mówi: „Nazywam się Adam Boniecki. Powiedziano mi w redakcji, że pani Krall czeka na mnie dzisiaj wieczorem w Hotelu Francuskim. Oto jestem”. „Niech ksiądz usiądzie, proszę bardzo”. I spokojnie dogryzłam udko. Kurczaka.

AB: Zaczęliśmy rozmawiać i ta rozmowa trwa do dziś.

O czym?

HK: O czym? O wszystkim.

W tej kuchni ze Zbigniewem Bujakiem, przywódcą podziemnej Solidarności.

HK: To było w stanie wojennym. Bujak był ścigany listem gończym, ukrywał się. Umierałam ze strachu, że ubecja, chodząc za Adamem, natrafi na Bujaka.

AB: Szedłem tak, żeby nie trafili.

HK: Szedłeś chytrze?

AB: Oczywiście, że chytrze.

HK: Bujak przychodził z Wiktorem Kulerskim, swoim zastępcą. Ich zdjęcia wisiały we wszystkich komisariatach i nagle obaj siedzą w naszej kuchni, z księdzem Bonieckim. Strasznie się denerwowałam.

AB: Nie było widać po tobie.

HK: Starałam się zapanować nad sobą, zawsze się staram.

AB: Zupełnie nie było widać.

HK: Ludzie różnie pamiętają różne rzeczy. I spotkania z Bujakiem inaczej zapamiętaliśmy. Ja – że przyszedł do nas w Nowy Rok, we fraku i w cylindrze...

AB: Nieee...

HK: Poczekaj, spotkałeś się ze Zbyszkiem w naszej kuchni dwa razy. Za pierwszym razem był w cylindrze, ale tego możesz nie pamiętać, bo cylindra nie widziałeś. W kuchni była wtedy ścianka, a ty siedziałeś za nią. Otworzyłam drzwi, zobaczyłam Bujaka w tym sylwestrowym przebraniu. Osłupiałam lekko, a Zbyszek od razu: „Tylko mi nie mów, że to wszystko nie ma sensu. Tylko mi tego dzisiaj nie mów...”. „Zbyszku – szeptem – nie powiem ci, że to nie ma sensu, tylko, że jest u nas ksiądz Boniecki, który przyjechał z Rzymu. Gdybyś chciał przekazać coś Ojcu Świętemu, masz teraz okazję”. Spoważniał, zdjął cylinder i frak, wszedł do kuchni w białej koszuli. „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” – powiedział grzecznie, Adam: „Na wieki wieków” i zaczęli rozmawiać.

Za drugim razem Bujak był w szarym swetrze, który pamiętasz.

AB: I to spotkanie pamiętam.

HK: Nie ma to większego znaczenia. Ważne jest, że rozmawiali i że Adam mógł dowiedzieć się od ukrywającego się przywódcy podziemnej Solidarności, co dzieje się w Polsce, by później przekazać to papieżowi.

Bo to było ważne, żeby przekazać wszystko papieżowi?

AB: Gdy przyjeżdżałem z Polski, papież zapraszał mnie na śniadanie. Chciał wiedzieć, co się dzieje, słuchał, dopytywał.

HK: Mówisz, że ciągle ktoś opowiadał papieżowi o wydarzeniach z Polski. Myślę, że to ty zdawałeś mu relację, nie było tak?

AB: Zbierałem wiadomości, które trzeba było przekazać, ale nie byłem doradcą papieża w sprawach polskich, jak sądzili niektórzy. Wiem, że w pewnych sprawach to, czego dowiedziałem się w Polsce, także tu, w tej kuchni, wpłynęło na decyzje papieża. Na przykład na jego stosunek do Popiełuszki. Papieża szpikowali różnymi wiadomościami o Popiełuszce.

Kto szpikował?

AB: Byli ludzie, którzy znali papieża jeszcze z czasów duszpasterstwa akademickiego.

HK: I odgradzali go od Popiełuszki?

AB: Znałem Popiełuszkę dobrze, opowiadałem papieżowi o nim obszernie. To papież wpłynął na stosunek polskiego Kościoła do Popiełuszki.

HK: Może opowiedziałeś papieżowi i o pomyśle strajku włoskiego? Bujak ci o tym mówił – że Solidarność chce ogłosić taki strajk. Jurek, mój mąż, strasznie się na to oburzył. Strajk włoski to byle jaka praca. Polacy uważali taką pracę za cnotę patriotyczną. I w czasie zaborów, i podczas okupacji, i za komuny, i teraz Solidarność miałaby do bylejakości namawiać?! Pół roku później, podczas drugiej pielgrzymki, papież mówił o ewangelii pracy... Miło by myśleć, że wrócił do rozmyślań o godności pracy zainspirowany relacją Adama. Relacją o sporach toczonych w naszej kuchni.

Papież zrobił na Pani wrażenie?

HK: Zwłaszcza za pierwszym razem, w Bazylice. Była to bardzo krótka rozmowa, ale jedna z ważniejszych w moim życiu. Potem Adam zaprosił mnie na mszę w Ogrodach Watykańskich.

AB: Papież był wyraźnie poruszony, wiedział, kto jest kto.

HK: Było tak: papież stał przede mną, ty za moimi plecami. „Ojcze Święty, to jest Hanna Krall” – przedstawiłeś mnie. Papież: „Acha”. Dodałeś: „Autorka »Zdążyć przed Panem Bogiem«”. Papież: „Acha”. Wtedy powiedziałam – to ja napisałam dla „Tygodnika” o „Kalendarium życia Karola Wojtyły”. Papież: „Achaaa...!! Dobrze napisała. Zwłaszcza o Bonieckim dobrze”. Na co ja: „O papieżu też nie najgorzej”. Papież: „Eee, o Bonieckim lepiej napisała”. I dodał: „Ksiądz Boniecki więcej o mnie wie niż ja sam wiem o sobie”. Tak było, prawda?

AB: Tak powiedział.

HK: Na pani miejscu zapytałabym Adama, co takiego wie o Karolu Wojtyle.

?

AB: Nie mam pojęcia.

HK: Adam skończył „Kalendarium życia Karola Wojtyły”...

Czyli szczegółowy zapis życia, dzień po dniu, aż do wyboru na papieża.

HK: ...i przez wiele miesięcy nikt o tej książce nie pisał. Wszyscy chyba uważali, że to jest grube i nudne, bo co niby może być ciekawego w relacjonowaniu czyjegoś życia dzień po dniu.

AB: Niby.

HK: Adam był już wtedy w Rzymie, zadzwonił do mnie, nieco zbolały, że „Kalendarium...” przepadło. Z przyjaźni dla Adama pomyślałam – trudno, wezmę tę chałę i zobaczę, co tam jest. Zaczęłam czytać i okazało się, że to jest fascynujące. Zadzwoniłam do Jerzego Szackiego, że też musi „Kalendarium...” przeczytać, a on, żebym dała spokój. Nalegałam. Przeczytał. Oddzwonił: to jest świetne.

Napisałam tekst o „Kalendarium” i zrobiłam dwie krótkie rozmowy – z Michałem Głowińskim o języku Karola Wojtyły i z Jerzym Szackim o świecie, który wyłania się z „Kalendarium”. „Inny świat” – tak zatytułowałam. Tekst wysłałam do redakcji „Tygodnika”. Turowicz nie odzywał się przez miesiąc. Pomyślałam – na pewno razi go, że żadne z nas nie należy do Kościoła – Głowiński i ja nigdy nie należeliśmy, Szacki już nie należał. I pewnie będzie lekko strapiony. Ale będzie się też zastanawiał, co na to papież. Bo przecież przeczyta. Oddzwonił w końcu, tekst pójdzie.

Najciekawsze w tych rozmowach było to, że Szacki mówił o „ich świecie”, „ich modlitwach”, „ich kalendarzu”. „Oni” – podkreślał. O Kościele nikt tak nie pisał, każdy chciał do tego „ich” świata przynależeć.

„Świat Kościoła jest samowystarczalnym światem” – mówił Szacki. Pani dopytywała, co go zaskoczyło w „Kalendarium”. Szacki: „Ta całkowita odrębność kalendarza właśnie. Szukałem nawet pewnych dat, ale ich nie znalazłem, wszystkich tych naszych październików, marców, grudni... Tak naprawdę ważne jest co innego. Ważne jest, że ludzie się rodzą, cierpią, przyjmują ostatnie namaszczenie... to jest ten wymiar”.

HK: Ja też szukałam tych dat. W świecie Wojtyły one nie istniały.

AB: Nie było ich w „Kalendarium”, bo Wojtyła żył w innym rytmie.

HK: Z tego innego rytmu wyłaniał się jednak jakiś świat. Świat, który był też światem „Tygodnika Powszechnego”, prawda?

AB: Dla redakcji „Tygodnika” te wszystkie październiki, marce i grudnie istniały i były ważne. Wojtyła zapraszał Turowicza regularnie na spotkania. Turowicz wykładał mu, co się dzieje w Polsce.

W „Kalendarium” szukała Pani też nazwisk. Pisała Pani tak: „Gdyby Samuel Taub był stalinowskim śledczym albo sędzią skazującym na śmierć polskich patriotów, wiedzieliby o nim wszyscy”.

HK: Szukałam nazwiska Samuela Tauba, żydowskiego lekarza, który prowadził zagrożoną ciążę Emilii Wojtyłowej.

AB: Nie ma go w „Kalendarium”.

HK: Dzięki żydowskiemu lekarzowi macie polskiego papieża, ale o tym się nie pisze. I nie pamięta.

Szacki mówił też, że gdyby Wojtyła był z Warszawy, nie zostałby papieżem.

HK: „Kraków ma trwanie” – mówił Szacki.

Mam pewną anegdotę związaną z papieżem i Adamem, tylko błagam cię, Adam, nie zepsuj jej. Karol Wojtyła, jako metropolita krakowski, zapraszał cię, gdy byłeś duszpasterzem akademickim, prawda?

AB: Tak.

HK: Opowiadałeś mu, co słychać w środowisku studenckim. Mówiłeś, a Wojtyła uważnie słuchał, prawda?

AB: Tak.

HK: Po czym Wojtyła mówił: „Ach tak”. Byłeś u niego raz w miesiącu, czyli dwanaście razy w roku i tak przez pięć lat. Czyli sześćdziesiąt razy powiedział: „Ach tak”. Potem został Janem Pawłem II i zaprosił cię do Rzymu, żebyś redagował polskie wydanie „L’Osservatore Romano”. Ale nie miałeś paszportu. Pojechałeś do Częstochowy, żeby papież cię zobaczył.

O dziwo, Adam na razie nie protestuje, proszę zauważyć.

I papież cię zobaczył, zapytał: „Co ksiądz Adam tutaj robi, my czekamy na księdza w Rzymie”. Zawołałeś: „Ojcze Święty, ja nie mam paszportu!”. Wtedy papież strasznie się zdziwił, bo zapomniał, że można mieć takie kłopoty i powiedział: „Ach taaak”. I to było sześćdziesiąte pierwsze „ach tak” i tak Adam znalazł się w Rzymie. W którym momencie mówię nieprawdę?

AB: Wszystko to święta prawda.

HK: A potem przynieśli ci paszport do domu. Miałeś u papieża jakieś chody, prawda?

AB: Nie miałem. Sprawa z paszportem to nie był wpływ papieża.

Wiesz czyj?

AB: Człowieka, który wytłumaczył ubekom, że głupio robią, że mi tego paszportu nie dają. Gdy go dostałem, ten człowiek powiedział: „Wyjedź w przeciągu dwóch tygodni, bo nie wiadomo, co może się stać”.

A pamiętasz, jak przyjechałaś do Rzymu i całą drogę z lotniska opowiadałaś, jak trudno było ci zdobyć paszport? Jedziemy obok Koloseum, mówię: „Hanka, patrz, Koloseum”, a ona nakręcona na to, co w Polsce.

W książce „Różowe strusie pióra” cytuje Pani list Adama, w którym Adam pisze, że „Tygodnik” „ma taki ton jak rozmowy przy łóżku ciężko chorego, a ja wpadam jak po powrocie z wycieczki, jak ktoś, kto nie wiedział o chorobie w domu. Nowy język powstaje beze mnie”. Mieszkając w Rzymie, traciło się polską perspektywę?

HK: Przed wyjazdem do Adama spotkałam się ze Zbyszkiem Bujakiem, spytałam, czy chce coś przekazać za pośrednictwem księdza Bonieckiego papieżowi. Powiedział: „Proszę powiedzieć, że trwamy i będziemy trwali”. Adam przyjechał po mnie na lotnisko.

AB: Wybrałem specjalnie dłuższą powrotną trasę, żeby ci pokazać Rzym.

HK: Przejeżdżaliśmy obok Koloseum, wtedy powiedziałam: „Słuchaj, Zbyszek prosił, żeby ci powiedzieć, że oni trwają…”. Było to i podniosłe, i jakoś anachroniczne: „Trwamy i będziemy trwali”... Zdanie, które w Rzymie brzmiało jak z innej epoki. Adam powiedział: „Spójrz na Koloseum, ja nigdy nie widziałem tak oświetlonego Koloseum”. Pomyślałam – no tak, to jest to trwanie prawdziwe.

Hanna Krall i ks. Adam Boniecki. Warszawa, maj 2024 r. // Fot. Grażyna Makara

Spinacz z „Polityki” w „Tygodniku Powszechnym” – te dwa środowiska miały ze sobą kontakt w latach 80. i 90.?

AB: Nie.

HK: To były dwa osobne światy. Nie było między nimi kontaktu – ani politycznego, ani towarzyskiego. Dopiero myśmy je przełamali. Nawet nie przełamaliśmy, tylko uznaliśmy, że trzeba się spotkać – i tyle. Nie wiem, czy poza nami ktoś z „Polityki” spotykał się z kimś z „Tygodnika”.

AB: Rakowski raz się ze mną spotkał.

HK: Ze mną Turowicz – też raz. Byłam chyba małą atrakcją na Wiślnej, skoro i naczelny przyszedł mnie oglądać. Gdy potem przyjeżdżałam z „Polityki” na reportaż do Krakowa, szłam prosto z dworca do redakcyjnego pokoju Mieczysława Pszona. Po drodze kupowałam coś dobrego, Pszon już miał przygotowaną kawę i jedliśmy śniadanie. Bardzo się lubiliśmy. Przy wejściu do redakcji „Tygodnika” skręcało się w lewo i pierwszy pokój po prawej, tuż przed gabinetem Turowicza.

Ludzie z „Polityki” nie bywali u ludzi z „Tygodnika” i odwrotnie. Ale nie było to nieprzyjazne, tak się po prostu ułożyło. Wiesz co, Adam? Dzisiaj „Polityka” i „Tygodnik Powszechny” są sobie bliżsi niż byli w PRL-u.

AB: Dlaczego ty piszesz takie skrótowe teksty? Złożone z samych takich... bardzo trafnych, głębokich, ale trudnych do rozszyfrowania zdań.

HK: Uważasz, że powinnam pisać inaczej? Nie mówisz tego z przyganą, prawda?

AB: Wprost przeciwnie.

HK: Czyli z uznaniem mówisz?

AB: Z uznaniem. Próbowałem, czy potrafię tak pisać.

HK: I co, nie wyszło ci?

AB: No cóż.

HK: Bo ty piszesz o Panu Bogu. O Bogu trudno jest pisać skrótowo.

AB: Ja ci powiem, ty nie czytasz tego, co ja piszę.

HK: Zawsze czytam, nie opowiadaj mi!

AB: Ja o Panu Bogu zawsze piszę? Dobrze, ale dlaczego piszesz tak skrótowo?

HK: Wszystko jedno o czym piszesz, twoje myślenie o Bogu i tak się nad tym unosi. A dlaczego tak skrótowo? Bo mój organizm niczego innego nie wytwarza. Jak piszę długie teksty, sama zaczynam się nudzić. Znasz to uczucie, kiedy nudzisz się swoim pisaniem?

AB: Oczywiście, każdy chyba zna. Ale kiedyś pisałaś długie, normalne teksty.

Czyli jakie?

AB: Na przykład artykuły z Rosji dla „Polityki”.

HK: Te artykuły to były reportaże. Napisałam też „Sublokatorkę” – prawdziwą, długą książkę. Że już nie wspomnę o „Zdążyć przed Panem Bogiem”.

AB: A teraz trafiam na teksty, rzadko!, których nie mogę zrozumieć. Czytam po dwa, trzy razy.

HK: Bo zaczęłam pisać o pamięci. Wiemy oboje, jak to jest. Ludzie się starzeją, tracą pamięć. Zaczynają mi coś opowiadać bez początku, bez końca. Nie mogę uzupełniać ich historii swoją wyobraźnią. Podążam za moimi bohaterami, za ich pamięcią i niepamiętaniem.

Rozmawialiście o Bogu?

HK: Adam był przy nas w najważniejszych momentach naszego życia. Był z naszymi dziećmi, kiedy wyjechały z Polski. Dzień przed pogrzebem Jurka był ze mną w tej kuchni.

AB: Tak było.

HK: Po pogrzebie na cmentarzu zapytałam Adama, czy spotkam się kiedyś z Jurkiem. Widziałam, że Adam nie jest tego pewny. Chciałam to na nim wymóc, chciałam, żeby mi obiecał. I w końcu powiedział: „Tak, tak!”, ale powiedział, żeby mnie pocieszyć.

Spotkam się z nim, Adam?

AB: Zobaczymy.

HK: Zobaczymy?

AB: To jest też dziwne, wiesz, przyjście tego mózgowego zatoru, taki moment, gdzie zupełnie nic... Myślałem, że umrę. I że nic więcej nie ma. Potem wiara... Czytałem książkę ojca Badeniego o wierze, świetną.

Co jest w niej świetnego?

AB: Przeszedł wszystkie tragedie, śmierć bliskich, utratę wiary. Złoty młodzieniec, który nagle, w dziwny sposób, wstępuje do zakonu i staje się mistykiem. Jego pewność jest niesłychana.

HK: Pewność, że jest Bóg?

AB: Tak.

HK: Pewnie jest, ale inny niż Kościół to sobie wyobraził. Niż my wszyscy sobie wyobrażamy.

AB: Z Kościołem stało się coś takiego, że przez wieki obrósł także w rzeczy, które nie mają wiele wspólnego z Panem Jezusem.

HK: Już niedługo wszystko się okaże.

AB: Tak – wszystko się okaże. 

HK: Już niedługo. 

 

Rozmowa wejdzie w skład książki, która ukaże się w przyszłym roku w wydawnictwie Znak.

Zdjęcie XL
Podpis zdjęcia
Hanna Krall i ks. Adam Boniecki. Warszawa, maj 2024 r. // Fot. Grażyna Makara
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Boniecki i Krall: wielka sztuka