Reklama

Zniknąć, całkowicie

Zniknąć, całkowicie

28.02.2019
Czyta się kilka minut
W wieku 64 lat zmarł Mark Hollis. Lider brytyjskiego zespołu Talk Talk, popowy idol, wybitny kompozytor i chorobliwy perfekcjonista. Kochał ciszę, więc pewnego dnia doskonale zamilkł
Zespół Talk Talk, Mark Hollis stoi w środku, Utrecht, marzec 1986 r. / FOT. HOLLANDSE HOOGTE/East News
Zespół Talk Talk, Mark Hollis stoi w środku, Utrecht, marzec 1986 r. / FOT. HOLLANDSE HOOGTE/East News
K

Kiedy Mark Hollis zdobywał listy przebojów jako lider zespołu Talk Talk, nie można było przewidzieć, że mamy do czynienia z artystą, którego kariera potoczy się w tak niezwykły sposób. Owszem, już wtedy, w latach 80., miał rękę do świetnych, wpadających w ucho piosenek („It’s My Life”, „Such A Shame”, „Dum Dum Girl”), ale nie wyróżniały się one specjalnie na tle popularnych wówczas nowofalowych utworów Duran Duran czy Spandau Ballet. Sytuacja zmieniła się podczas prac nad trzecim albumem, kiedy Talk Talk – korzystając z większego budżetu zaoferowanego przez zakochaną w nich wytwórnię EMI – zamienili syntezatory na szeroką paletę żywych instrumentów, rozciągnęli kompozycje i nadali im ciepłe, organiczne brzmienie.

Jak twierdzi menadżer zespołu Keith Aspden, tylko pod wpływem jego próśb Hollis przekomponował ostatecznie utwór „Living In Another World” oraz napisał „Life’s What You Make It”, dostarczając tym samym wytwórni dwa single. W ich bezpośrednim towarzystwie znajdowały się jednak utwory takie jak „April 5th” – osnuta wokół pojedynczych dźwięków organów i saksofonu kompozycja zwiastująca wypełnienie się tytułu ich debiutanckiej płyty z 1982 r. – „The Party’s Over” („Koniec imprezy”).

Jeśli szefowie wytwórni EMI mieli nadzieję, że minimalistyczne kompozycje z „The Colour of Spring” są tylko chwilową fanaberią popularnego artysty, to słuchając „The Rainbow” musieli złapać się za głowę. „Spirit of Eden” otwiera się przytłumionymi smykami i grającą gdzieś daleko w tle trąbką, która zapowiada, że od tej pory jednym z idoli Hollisa będzie Miles Davis. Dopiero w 135. sekundzie wyłania się gitara, do której po chwili dołączają perkusja oraz harmonijka nagłośniona w ten sposób, że odbiorcy wydaje się, że gra zaraz przy jego uchu. Hollis zaczyna śpiewać w czwartej minucie, kiedy utwór nabiera blues-rockowego charakteru.

Mogłoby się wydawać, że taki szeroki stylistyczny wachlarz musi owocować przytłaczającą ilością bodźców. Nic bardziej mylnego. Na „Spirit of Eden” rzeczywiście słychać bluesa i jazz, art-rock i ambient, kameralistykę i pop, a mimo wszystko najwięcej jest ciszy. W studiu pojawia się skrzypek Nigel Kennedy i asystent Karlheinza Stockhausena – Hugh Davis, ale kluczowe wydają się momenty, gdy wszystko staje i słyszymy tylko wybrzmiewający pogłos organów. Mamy tu wreszcie utwór łudząco przypominający Velvetowski hymn do heroiny i nagrany z chórem lament nad uzależnionym bratem Hollisa, ale mocniej przemawia pustka. Cisza, która odgrywa coraz większą rolę w kompozytorskim stylu Brytyjczyka: „Lubię dźwięk. Lubię także ciszę. I, w jakiś sposób, ciszę lubię bardziej niż dźwięk”.

Choć album zbierał świetne recenzje, daleko mu było do wyników sprzedażowych swoich poprzedników. EMI kończy współpracę z Talk Talk, a zespół trafia do jazzowej wytwórni Verve. Tutaj Hollis może cieszyć się większą swobodą. Być może licząc na to, artysta wprowadza w życie swoje najśmielsze i najbardziej awangardowe pomysły. Jego perfekcjonizm sięga szczytów, niespotykanych w muzyce rozrywkowej przynajmniej od czasów Briana Wilsona.

O sesji, której rezultatem stał się album „Laughing Stock”, krążą legendy. Płyta powstawała przez rok w studiu, z którego usunięto wszelkie zegary i zaciemniono wszystkie okna. W tych ciemnościach zjawiali się kolejni muzycy. Hollis podawał im temat, a następnie kazał improwizować. Tak zarejestrowane ścieżki wielokrotnie odsłuchiwał i zazwyczaj usuwał. Ostatecznie z około 50 zaproszonych do studia muzyków, na „Laughing Stock” słyszymy 18. Współpracownicy Hollisa twierdzą, że usunął około 80 proc. zarejestrowanej podczas sesji muzyki. W ten sposób realizował kolejną ze swoich myśli: „Zanim zagrasz dwie nuty, naucz się, jak grać jedną. I nie graj jej tak długo, jak nie będziesz miał ku temu dobrego powodu”.

Po rozwiązaniu Talk Talk i nagraniu jeszcze bardziej ascetycznej płyty solowej Mark Hollis nie widział już powodów, by dłużej zakłócać ciszę. 20 lat temu postanowił zakończyć karierę. W ostatnich, udzielonych jeszcze w latach 90. wywiadach przyznawał z godną podziwu szczerością, że nie widzi możliwości, by godzić życie artystyczne z rodzinnym. Wybrał żonę i dzieci, i zniknął. Rozpłynął się w ciszy niczym jego piosenki.

Przez te 20 lat Hollis nie tylko nie nagrywał, ale nie pojawiały się też żadne wiadomości na jego temat. Dlatego pamiętam, jak bardzo zelektryzowała mnie rozmowa z Nigelem Kennedym, kiedy skrzypek napomknął, że podczas rejsu promem spotkał lidera Talk Talk. Jego zdaniem Hollis wydawał się zadowolony. Mówił, że dużo grywa na klarnecie. Być może ćwiczył dla przyjemności, ale konsekwentnie nic nie nagrywał. Może dostrzegał, że im bardziej go nie było, tym bardziej obecna była jego muzyka.

„Laughing Stock” położyło podwaliny pod rozwój post-rocka, powoływali się na nią również twórcy shoegaze’u, kompozytorzy muzyki współczesnej i producenci muzyki elektronicznej. Echa Talk Talk słychać w nagraniach Radiohead, Fleet Foxes, Sigur Rós czy Grizzly Bear. Można je znaleźć także w mniej oczywistych miejscach: w kompozycji Sławomira Wojciechowskiego czy w samplu na płycie Wojciecha Bąkowskiego. A także w pokoju, w którym piszę to pożegnanie, gdzie od lat wisi grafika przedstawiająca wspaniałą okładkę „Laughing Stock”. Płyty, którą byłem do bólu zafascynowany. Wybiegłem kiedyś z koncertu muzyki współczesnej. Byłem przekonany, że w jednym z widzów rozpoznałem Marka Hollisa. Kiedy rozgorączkowany zadałem to pytanie zatrzymanemu mężczyźnie, ten odwrócił się na pięcie i uciekł przed siebie. I tyle. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że koncert odbywał się w Anglii, a klarnet odgrywał w nim ważną rolę.

25 lutego zmieniło się niewiele. Marka Hollisa jak nie było, tak nie ma. Talk Talk nie nagrywają od niemal 30 lat, a słuchacze i tak z nabożnością wracają do ich dokonań. Jednak coś się zmieniło. Od poniedziałku bez przerwy słucham Marka Hollisa. Raz za razem wracam do jego utworów i – nie bez zdziwienia – odkrywam, że odkąd całkowicie zniknął, wydaje się większy niż kiedykolwiek przedtem.   ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk muzyczny, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Tak się złożyło, że w tygodniu poprzedzającym śmierć Hollisa słuchałem intensywnie jego jedynej solowej płyty. I tak jak Autor robię teraz przegląd dyskografii, dochodząc przy tym między innymi do wniosku, że nie znam równie elegancko brzmiącej, a jednocześnie niebanalnej i ambitnej płyty jak "The Colour of Spring".
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]