Gdy Iain McGilchrist (ur. 1953) po raz pierwszy zainteresował się tematyką z pogranicza filozofii i psychiatrii, był wykładowcą literatury angielskiej na Uniwersytecie Oksfordzkim. By realizować swoją naukową pasję, został psychiatrą (po skończeniu studiów medycznych pracował jako lekarz na oddziałach psychiatrycznych w Londynie oraz jako specjalista w zakresie neuroobrazowania w Baltimore). Jest autorem wpływowej teorii na temat zróżnicowanego funkcjonowania półkul mózgowych. W 2019 r. powstał film dokumentalny „The Divided Brain”, poświęcony naukowym odkryciom McGilchrista.
Jego druga książka – „The Master and His Emissary” (2009) – sprzedała się w nakładzie 200 tys. egzemplarzy. McGilchrist opisał w niej efekty swoich badań nad lateralizacją mózgu oraz przedstawił koncepcję wpływu jego dwupółkulowej struktury na indywidualny, społeczny i kulturowy rozwój człowieka.
Najnowsze dzieło – „The Matter with Things” – ma szansę pobić tamten wynik. Monumentalna praca (1500 stron) poświęcona jest metafizycznym implikacjom zjawiska funkcjonalnej i anatomicznej asymetrii mózgu oraz relacjom między budową naszego aparatu poznawczego a naturą świata i sacrum.
Michał Łuczewski: Kilka godzin myślałem, jak się przygotować do naszej rozmowy. Myślałem, by dokończyć lekturę „The Matter with Things”, wymyślić więcej pytań. Ale poszedłem spać.
Iain McGilchrist: Świetnie. To właśnie powinieneś był zrobić.
Twojej książki nie da się tak po prostu przeczytać. Z nią trzeba się mocować. Połączenie „Władcy pierścieni”, „Fenomenologii ducha” i „Summy teologicznej”. To jedyny tego typu znany mi traktat, który łączy w jedną całość analizę mózgu, świata i Boga. W dodatku z ponad trzema tysiącami przypisów do artykułów naukowych, najważniejszych poetów i klasycznych dzieł filozoficznych albo literackich.
Dlatego od razu ci podpowiedziałem, żebyś skupił się na podsumowaniach, którymi kończę każdy rozdział.
To taka gra z czytelnikiem? Bo w podsumowaniu rozdziału o autyzmie i schizofrenii przeczytałem, że muszę jednak ten rozdział przeczytać w całości. A w epilogu książki upewniasz się, że przeszedłem przez wszystkie poprzednie rozdziały. Nie chcesz ujawniać konkluzji komuś, kto nie poznał całego wnioskowania. To tak, jakby rozpocząć lekturę kryminału od ostatniego rozdziału i rozwiązania zagadki.
Zgadza się. Cieszę się, że odczytujesz tę książkę jako rodzaj gry. Albo długiej podróży, która ma trzy poziomy: neuropsychologię, epistemologię i metafizykę. Czyli: w jaki sposób nasze mózgi kształtują rzeczywistość, w jaki sposób w ogóle możemy cokolwiek poznać i jaka jest natura rzeczywistości i kosmosu. Ale to nie jest podróż liniowa. Nie zmierzamy drogą postępu do jakiegoś jednego celu. To podróż po spirali, znana dawnym, mądrzejszym niż nasza kulturom.
Jak na obrazie „Drabina Jakuba” Williama Blake’a.
Uwielbiam go. Wszystkie przedstawienia Drabiny Jakuba, jakie kiedykolwiek widziałem, ukazują prostą drabinę wznoszącą się ku niebiosom. Ale wizja Blake’a ukazuje spiralne schody, które wiją się ku górze tak daleko, jak sięga nasz wzrok. Dusze wstępują do nieba, aniołowie schodzą w dół. To obraz rozwoju duchowego.
To samo miał na myśli T.S. Eliot w słynnym zakończeniu „Czterech kwartetów”: „Kresem wszelkich naszych poszukiwań / Będzie dojście tam, skąd wyruszyliśmy / I poznanie tego miejsca po raz pierwszy”. Mówiąc „po raz pierwszy”, miał na myśli, że nie wracasz dokładnie do miejsca, od którego zaczynałeś – wracasz do niego na innym poziomie. Wyższym, więc możesz spojrzeć w dół i zrozumieć miejsce, z którego wyszedłeś.
Z jakiego miejsca Ty wyszedłeś?
Pochodzę z rodziny, która wysoko ceniła naukę, a jednocześnie fascynowała mnie sztuka i poezja, odkąd tylko byłem w stanie coś z niej zrozumieć. W moim życiu najistotniejsze były dwa pytania: naukowe – jaka jest natura mózgu – i pytanie o życie duchowe. Moi przyjaciele i mentorzy radzili mi, żebym się tymi sprawami nie zajmował. Ale widocznie mam w sobie jakąś nutę przekory, bo były to dla mnie rzeczy tak ważne, że nie mogłem się nimi nie zająć.

Co ciekawe, moja rodzina w ogóle nie była religijna. Do kościoła poszedłem po raz pierwszy dopiero w liceum. I tam nagle zobaczyłem coś, czego wcześniej nie znałem: niezwykłą moc chrześcijańskiego mitu. Używam tego słowa bez sugerowania, że skoro mit, to nie jest prawdziwy. W najważniejszym sensie, patrząc na jego zdolność poruszania serca człowieka, jest on głęboko prawdziwy.
Idąc na Oksford, zamierzałem studiować teologię, a potem wstąpić do zakonu. Nie sądzę, żebym był dobrym mnichem, choć być może pomogłoby mi to stać się lepszym człowiekiem.
Twoja książka „The Matter with Things” jest próbą odpowiedzi na te dwa najważniejsze pytania.
Tytuł celowo gra na pewnej dwuznaczności. Angielski idiom What’s the matter with things jest nie tylko pytaniem, jak się rzeczy mają, ale także sugestią, że coś jest nie tak, że nasze sprawy idą w złym kierunku.
A idą?
Świat nowoczesny skupia się właśnie na tytułowych „rzeczach”, bardzo silne jest dziś przekonanie, że rzeczywistość składa się wyłącznie z materii. A materią się manipuluje, rzeczy się używa. W świecie rzeczy najwyższą wartością stają się władza i kontrola. To niezwykle dekadenckie i w gruncie rzeczy – smutne. W innych kulturach i czasach ludzie rozumieli wagę wartości dobra, piękna i prawdy. Dziś coraz bardziej się od tego oddalamy.
O dominacji rozumu instrumentalnego, o coraz większej roli używania, posiadania, zamiast bycia, słyszymy od dekad. Pisał o tym choćby Henri Bergson.
W All Souls College poznałem Leszka Kołakowskiego, najwybitniejszego znawcę Bergsona, choć wtedy o tym nie wiedziałem. W Oksfordzie nikt wtedy nie mówił ani o Bergsonie, ani o Heideggerze, ani o Merleau-Pontym, ani o Schelerze, którzy są tak dla mnie ważni, więc nie pomyślałem nawet, że Kołakowski mógł go znać!
Kołakowski był dla nas wielką postacią. Miałem świadomość, jaką rolę odegrał w sferze publicznej i w filozofii politycznej w Polsce. Pamiętam go stojącego w common room, rozmawiającego, śmiejącego się, palącego papierosy i opierającego się o laskę, którą nosił jak królewskie insygnium. Był życzliwy, ale też w wielu sprawach dość surowy. Człowiek wiary, ale i krytyk wiary. Połączyły nas niemieckie papierosy Roth-Händle – maksymalna ilość smoły, bez filtrów, absolutnie szkodliwe i absolutnie aromatyczne. Razem je smakowaliśmy.
Ale nie rozmawialiście wtedy o lateralizacji mózgu?
Dopiero później odkryłem, że Kołakowski odwołując się do Bergsona, wskazywał wiele fundamentalnych rozróżnień, które określały jego sposób myślenia, choć przecież nie mógł wiedzieć, że to pochodne lateralizacji mózgu.
Bergsonowski podział na intelekt i intuicję, tak dobrze opisany przez Kołakowskiego, odpowiada jeden do jednego podziałowi na lewą i prawą półkulę. Intelekt, jak lewa półkula, porządkuje rzeczywistość zgodnie z potrzebami życia. Jest przede wszystkim instrumentem przetrwania i postępu w umiejętnościach technicznych. Sprowadza różnice jakościowe do różnic ilościowych, nowe zjawiska do starych schematów, to, co jednostkowe, do tego, co powtarzalne i abstrakcyjne, czas do przestrzeni, przepływ życia do mechanicznych momentów.
Natomiast intuicja, jak prawa półkula, sięga istoty rzeczywistości w jej niepowtarzalności, dynamice, celowości i sensie.
Tego nie mogłeś mu jeszcze powiedzieć...
Bo sam tego jeszcze nie wiedziałem. Poświęciłem na badanie mózgu ostatnie 30 lat. Neuronauki od początku cierpiały na tę samą iluzję, na którą dziś cierpi świat – wszystko traktowały jako rzecz. Badacze mózgu traktowali go jak maszynę, a nie organizm. Zadawali pytanie: co robi mózg? Co robią półkule? Bo to jedyne, co liczy się w maszynie – co robi.
A jakie pytanie należało zadać?
W czasie studiów medycznych zafascynowany byłem kilkoma pytaniami. Dlaczego w ogóle mózg jest podzielony na dwie półkule? Przecież jego siła polega na tworzeniu połączeń. A jednak wszystkie znane nam mózgi, nie tylko ludzkie, ale i zwierząt, są podzielone.
Po drugie: dlaczego półkule są asymetryczne? Gdyby chodziło tylko o potrzebę większej przestrzeni, mózg rozszerzałby się równomiernie po obu stronach. Ale nie – istnieją fundamentalne, strukturalne i funkcjonalne asymetrie między półkulami.
Po trzecie, dlaczego dwie półkule mózgu spaja pasmo włókien zwane corpus callosum – ciało modzelowate – którego funkcja w dużej mierze polega na hamowaniu przepływu informacji między półkulami. Owszem, przekazuje informacje, ale tylko niewielki procent neuronów faktycznie przechodzi przez to spoidło do drugiej półkuli.
Jaka jest odpowiedź?
Ogólny obraz, jaki mi się wyłonił, był taki: musi istnieć coś zasadniczo różnego w półkulach, skoro są podzielone w ten sposób, skoro wzajemnie bardziej się hamują niż wzmacniają, skoro są asymetryczne.
Kiedy byłem na studiach medycznych, wszyscy uważali, że lewa półkula jest ważniejsza. Nazywano ją główną półkulą ze względu na jej związek z językiem i inteligencją, prawą – „niemą” – uznawano za półkulę służebną. Dlatego uznano, że lewa półkula jest niezawodna, racjonalna, można na niej polegać. Natomiast prawa półkula – ach, pełna pomysłów i wyobraźni, umie malować ładne obrazki.
Pamiętam też, że na studiach kłóciliśmy się o „płeć mózgu”.
Tego typu pop-psychologia brała się właśnie z tego pogardliwego wyobrażenia półkul. Prawa miała być „kobieca”, a ta poważna, lewa – „męska”.
Dla mnie najważniejsze w Twojej teorii nie jest rozróżnienie funkcji obu półkul, tego, co one widzą, ale jak postrzegają rzeczywistość. A więc różne typy uwagi. To całkowicie zmienia naszą perspektywę patrzenia na mózg.
Lewa półkula jest kluczowa dla ruchów prawej ręki oraz do chwytania rzeczy, a więc zdobywania ich i używania. A więc też do pojmowania rzeczywistości, w sensie: uchwycenia czegoś, by tego użyć. Zadaniem lewej półkuli jest też lokalizowanie rzeczy, których potrzebujemy – jedzenia, gałązek do budowy gniazda, kijów do budowy chaty. Rzeczy, których potrzebujemy i których używamy do manipulowania światem.
Właściwy lewej półkuli typ uwagi jest wycinkowy, skupiony na używaniu, sprowadzeniu tego, co nieznane, do tego, co znane. Problem polega na tym, że jeśli skupisz się tylko na tym, co już znasz, przegapisz wszystko inne, także drapieżnika, który może cię zaatakować właśnie wtedy, gdy jesz lunch. Sam możesz stać się lunchem.
Z taką wycinkową uwagą żadne zwierzę nie mogłoby długo przetrwać.
Lewa półkula potrafi analizować, ale nie potrafi ponownie złożyć całości. To jest zadanie prawej półkuli. Jesteśmy dużo bardziej zależni od prawej półkuli niż od lewej. Prawa półkula ma szeroką, trwałą, otwartą, czujną uwagę wobec wszystkiego, co nas otacza.
To, że ośrodek mowy zlokalizowany jest w lewej półkuli, nie oznacza, że prawa nie ma zdolności językowych. Przeciwnie. Dzięki niej rozumiemy nie tylko zdanie, ale cały kontekst wypowiedzi, rozumiemy znaczenia ukryte, metaforę, mit, narrację, poezję, a w końcu – otaczający nas świat. Prawa półkula jest nie tylko ważniejsza dla rozumienia znaczeń i emocji, ale także zadań intelektualnych.
Jakie z tego można wyciągnąć wnioski?
Uważam, że w świecie, w którym teraz żyjemy, straciliśmy zdolność do korzystania z intuicji właściwych prawej półkuli. Wykluczamy je, bo wydają się kolidować z tym, co mówi lewa półkula: więcej, szybciej, lepiej. Ale bez prawej półkuli nie rozumiemy, po co mielibyśmy robić wszystkiego więcej, szybciej i lepiej.
W rezultacie żyjemy w świecie, w którym wielu ludzi – szczególnie młodych, indoktrynowanych przez bardzo materialistyczną, redukcjonistyczną wizję świata, człowieka i kosmosu – jest zagubionych. Nie widzą kierunku. Nie rozumieją, że cokolwiek może mieć jakieś głębsze znaczenie. Bardzo się cieszę, że teraz zaczynają przeciwstawiać się temu trendowi i wracać do mądrości duchowych tradycji.
A jaka jest Twoja duchowa tradycja? Wydaje się, że Bogiem jest u Ciebie twórczy prąd życia, boska elan vital, proces twórczej wymiany. W centrum Twojej teologii jest pneumatologia, nie osoba.
Jeśli masz na myśli osobę Chrystusa, to nie chciałem zamykać żadnych drzwi. Byłem krytykowany, dość życzliwie, przez chrześcijan, którzy mówili: „W centrum twojej pracy jest dziura w kształcie Chrystusa”. Nie powiedziałem tego głośno, ale pomyślałem: cóż, jeśli ty potrafisz zobaczyć, gdzie Chrystus się w tym wszystkim mieści, to inni też będą potrafili to zobaczyć. Ale gdybym powiedział o tym wprost, część ludzi by się odwróciła. Chciałem bardzo ostrożnie doprowadzić moich czytelników do zobaczenia rzeczy, które są im znane, ale które mogą też sugerować coś jeszcze. Dopiero potem kolejny krok i kolejny.
Niektórzy ateiści pisali do mnie i mówili: „Nigdy nie miałem wiele cierpliwości do przekonań religijnych, ale po przeczytaniu pana książek po raz pierwszy rozumiem, o co w tym chodzi, i czuję, że coś się we mnie zmieniło”. I dobrze. Nie próbuję nawracać na chrześcijaństwo. Ale jeśli ludzie pytają mnie, czy jestem chrześcijaninem, odpowiadam: chyba tak. Dla mnie jest to najważniejszy mit boskiego kosmosu, jaki znam. Dał początek tak zdumiewającym rzeczom – zarówno w życiu świętych, jak i w sztuce, muzyce, architekturze i wielu innych obszarach.
Ludzie odwracający się dziś od chrześcijaństwa nawet nie zdają sobie sprawy, jak bardzo są mu dłużni, ponieważ większość ich wartości jest w nim głęboko zakorzeniona.
Zamiast dostrzec te wartości, próbują je zanegować?
„Raj utracony” Miltona pokazuje, że zawsze mamy możliwość przyjęcia i pielęgnowania dobra, piękna i prawdy. Możemy odczuwać kontrast pomiędzy sobą a tym, czym one są. Ten kontrast pozwala nam wzrastać, zmieniać się i zbliżać do boskości, jest impulsem jednoczącym.
Chrześcijańskie przesłanie mówi, że możliwe jest przyjęcie czegoś, co jest realne, i że w tym nie jesteśmy sami, że możemy w tym wzrastać. Nie wiem... Bardzo trudno jest mi mówić o tych rzeczach, bo słowa nas zdradzają. Wchodzimy tutaj w obłok niewiedzy.
Co powinienem zatem zrobić, żeby odnaleźć w sobie tę pełnię? Czy może to złe pytanie, które płynie z lewej półkuli, skoro pytam o użyteczność?
Mam pewne opory, by to mówić, ale istnieje tu słynny precedens. Kiedy ludzie pytali Chrystusa, co powinni robić, odpowiedział, że dawniej istniało dziesięć przykazań, a on daje dwa: kochaj Boga i kochaj bliźniego. To jest znacznie bliższe temu, co próbuję powiedzieć, ponieważ to, co musi się zmienić, jest w sercu – nie tylko w sensie emocji, ale duszy, intelektu. Uważam je za nierozdzielne. Jeśli więc powiem ludziom: medytuj przez pół godziny dziennie...
Siedemnaście minut. Andrew Huberman mówił, że wystarczy siedemnaście minut, by odczuć efekt.
Widzisz – jeśli naprawdę medytujesz przez 17 minut po to, by stać się bardziej efektywnym, to tak naprawdę nie medytujesz, bo masz niewłaściwe nastawienie. Głębsza prawda natychmiast zostaje przejęta przez lewą półkulę i traci sens. Chodzi o odnalezienie właściwej postawy i o różnorodne sposoby, na jakie ludzie prowadzą spełnione życie. Nie chcę ich zawężać do tego, co sam mógłbym zaproponować. Chcę zostawić przestrzeń, by ludzie wzięli moje idee i wymyślili rzeczy, na które sam bym nie wpadł.
Mam przyjaciółkę, która jest niezwykle biegła we wschodnich sztukach walki i malarstwie. To wspaniałe, duchowe, ale sam bym na to nie wskazał. Nie chcę ludzi ograniczać. Czasem mam cichą rozmowę z Bogiem i mówię: „Nie zaszkodziłoby ci być trochę bardziej dosłownym i mówić do mnie trochę bardziej bezpośrednio”. Ale właściwie dlaczego miałby to robić? On mówi do mnie cały czas w sposób pośredni, a ja przecież sam powtarzam, że tak właśnie osiągamy prawdziwe rozumienie, tak właśnie kształtujemy naszą uwagę. Léon Bloy i Simone Weil, dwoje francuskich pisarzy z początku XX w., powtarzali, każde na swój sposób, że uwaga jest formą miłości.
Czyli podsumowując: życie jest siłą twórczą, nie jesteśmy sami na świecie, istnieje miłość, a my możemy sięgać dobra, prawdy i piękna...
A to prowadzi do wdzięczności. Mistrz Eckhart mówił, że „jeśli jedynym słowem, jakim modlisz się przez całe życie, jest »dziękuję« – to wystarczy”. Często o tym myślę, bo nie wiem, czy potrafię się dobrze modlić.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















