„W wyborach mogą przesądzić głosy Latynosów. To dziś największa mniejszość w Stanach” – mówi Mike Madrid, konsultant polityczny

Mike Madrid, autor książki „Stulecie Latynosów”: Dla młodych Latynosów, którzy urodzili się już w Stanach, ważna jest silna gospodarka, a nie łagodna polityka na granicy USA–Meksyk. Niektórzy z nich kierują się tymi samymi emocjami, co biali głosujący na Trumpa.
Czyta się kilka minut
Demonstracja zwolenników Donalda Trumpa w południowym Bronksie, dzielnicy Nowego Jorku zamieszkałej w znacznej części przez społeczność latynoską, o której poparcie zabiegają Republikanie, maj 2024 r. // Fot. Spencer Platt / Getty Images
Demonstracja zwolenników Donalda Trumpa w południowym Bronksie, dzielnicy Nowego Jorku zamieszkałej w znacznej części przez społeczność latynoską, o której poparcie zabiegają Republikanie, maj 2024 r. // Fot. Spencer Platt / Getty Images

MARTA ZDZIEBORSKA: Powtarza Pan, że po raz pierwszy od dekad latynoscy wyborcy mogą przesądzić o wyniku wyborów prezydenckich w USA. Dlaczego teraz?

Mike Madrid: Bo Latynosi są już na tyle liczną grupą wyborców, aby w tych stanach, które są kluczowe dla wyniku, mogli przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść jednego z kandydatów. Szacuje się, że w listopadowych wyborach Latynosi będą stanowić ponad 14 proc. uprawnionych. Wyprzedzili Afroamerykanów i dziś są największym blokiem wyborców pochodzących z mniejszości etnicznych.

W książce „The Latino Century” pisze Pan, że Latynosi mogą okazać się kluczowi m.in. w Karolinie Północnej, choć stanowią tam zaledwie 4 proc. elektoratu.

Przypadek Karoliny Północnej jest w ogóle ciekawy, bo wraz z rozwojem sektora finansowego, technologicznego i biotechnologicznego osiedla się tu coraz więcej białych Amerykanów z wyższym wykształceniem. To z kolei pociąga za sobą napływ Latynosów, którzy pracują w usługach odpowiadających na potrzeby rosnącej populacji. Szacuje się, że dziś w Karolinie Północnej jest ok. 300 tys. latynoskich wyborców, głównie Amerykanów pochodzenia meksykańskiego. Biorąc pod uwagę, że o wyniku wyborów w tym stanie może zdecydować 50-60 tys. głosów, rola Latynosów jest istotna.

W 2008 r. wyścig prezydencki w Karolinie Północnej był jeszcze bardziej wyrównany: Obama wygrał tu przewagą tylko 14 tys. głosów.

Pamiętajmy, że Obama zwyciężył dzięki wyjątkowo wysokiej frekwencji wśród Afroamerykanów, a także dzięki temu, że biali wyborcy z wyższym wykształceniem zaufali mu bardziej niż republikaninowi Johnowi McCainowi. W tym roku znów są szanse na to, że czarni wyborcy pójdą tłumnie do urn. Jeśli dodać do tego szybko rosnący latynoski elektorat, Partia Demokratyczna może wzmocnić tutaj swoją pozycję.

W których jeszcze tzw. wahających się stanach, gdzie większość głosuje wymiennie na Demokratów lub Republikanów, Latynosi odegrają istotną rolę?

Na pewno w Arizonie i Newadzie, gdzie stanowią dużą część elektoratu. Jednak ich głos będzie się liczyć także w pozostałych kluczowych stanach. W każdym z nich Latynosi są już na tyle dużą grupą, by zaważyć o wyniku. W samym Wisconsin latynoskich wyborców jest już więcej niż czarnoskórych.

Co przyciąga ich do tego stanu na amerykańskim Środkowym Zachodzie?

Głównie praca w rolnictwie. Choć Latynosów przybywa dziś w całym kraju – ostatnio szczególnie szybko w takich stanach jak Tennessee, Montana czy Arkansas. To nie jest już zjawisko tylko regionalne.

Walka Kamali Harris o latynoskich wyborców różni się od tej podejmowanej przez Donalda Trumpa?

Już sam fakt, że Harris zastąpiła Bidena, dał jej szansę na nowe rozdanie. Pozyskanie latynoskich wyborców szło Bidenowi wyjątkowo źle. Kamali Harris idzie lepiej, choć przed nią długa droga. Jej kampania skupia się na tradycyjnym latynoskim wyborcy, co wymaga pracy w terenie.

Tradycyjnym, czyli jakim?

Mówię o Latynosach starszego pokolenia i tych, którzy niedawno imigrowali do Stanów i na co dzień posługują się hiszpańskim. Ich poparcie zdobywa się przez chodzenie od domu do domu, a także przez bombardowanie telefonami i esemesami. Wszystko po to, by zmobilizować ich do pójścia na wybory. Z kolei Trump stawia na Latynosów poniżej 30. roku życia, mówiących na co dzień po angielsku i wiodących życie przeciętnego Amerykanina.  Dociera do nich za pośrednictwem internetu i social mediów. To nowa strategia, bo to zupełnie nowa grupa wyborców.

Latynosi przestali być dziś niezawodnym elektoratem Partii Demokratycznej. Jeszcze w wyborach w 2012 r. przewaga Obamy nad Mittem Romneyem wśród latynoskich wyborców wynosiła 44 punkty procentowe. Osiem lat później, gdy Biden walczył z Trumpem, było to już tylko 21 punktów. Co stoi za tą zmianą?

Powód jest taki, że dziś najszybciej rosnącą grupą Latynosów jest właśnie młode pokolenie urodzone już w USA. Tymczasem Partia Demokratyczna dalej patrzy stereotypowo na Latynosów: postrzega ich głównie jako imigrantów, dla których ważna jest przede wszystkim łagodna polityka azylowa na granicy USA–Meksyk. Dla młodych to nie jest już takie ważne.

Do tego stopnia, że są w stanie głosować na Trumpa, który wyzywa imigrantów od gwałcicieli i morderców?

A jak mogą głosować na niego biali wyborcy? W pani pytaniu jest błędne założenie, że Latynosi z młodego pokolenia będą postrzegać problemy migracyjne przez pryzmat rasy.

Można jednak założyć, że część Latynosów będzie wyczulona na mowę nienawiści Trumpa, choćby z tego względu, że ich dziadkowie czy krewni sami przedzierali się przez amerykańską granicę.

To słuszne przypuszczenie, ale nie zawsze ma pokrycie w rzeczywistości. Większość młodych Latynosów ma inne priorytety.

Czy są nimi kwestie ekonomiczne?

Właśnie tak. Dla młodych najważniejsze jest to, czy utrzymają pracę, czy opłacą czynsz na czas. Chcą przede wszystkim wiedzieć, jak na ich życie wpłynie polityka ekonomiczna, którą proponuje kandydat na prezydenta.

Co jeszcze ma dla nich znaczenie przed tegorocznymi wyborami?

Wysokie ceny żywności i problemy na rynku mieszkaniowym.

One dotyczą wielu Amerykanów: ludzi nie stać na kupno domu, bo ceny mocno wzrosły, podobnie jak oprocentowanie kredytów hipotecznych. To nie są już czasy, gdy Pana rodzice, Latynosi, mogli przeprowadzić się na przedmieścia.

Właśnie dlatego niektórzy są rozczarowani Partią Demokratyczną. W ostatnich latach oprocentowanie kredytów hipotecznych wzrosło niemal trzykrotnie. To z kolei doprowadziło do spowolnienia w branży budowlanej. A przecież pracuje w niej co piąty latynoski mężczyzna. Latynosi zatrudnieni są także w sektorze energetycznym, rolnictwie, górnictwie, rybołówstwie i fabrykach. Niektórzy postrzegają Partię Demokratyczną wręcz jako zagrożenie dla ich dochodów.

Jak to?

Bo kształtowana przez nią polityka klimatyczna zagraża miejscom pracy klasy robotniczej. Niektórzy Latynosi kierują się tymi samymi emocjami, co biali ze Środkowego Zachodu, którzy poparli w wyborach Trumpa. Tymczasem głos Latynosów będzie liczyć się coraz bardziej: szacuje się, że do 2032 r. wśród klasy pracującej będzie więcej kolorowych Amerykanów niż białych. Od lat powtarzam, że ta partia, która będzie potrafiła przyciągnąć głosy kolorowej klasy pracującej, będzie partią dominującą.

Jaki jest typowy latynoski wyborca, który w 2020 r. głosował na Trumpa?

To urodzony w Stanach mężczyzna płynnie posługujący się angielskim. Demokraci przez wiele lat popełniali błąd, kierując do Latynosów spoty kampanijne głównie po hiszpańsku. Tymczasem z badań wynika, że tylko kilkanaście procent Latynosów w USA preferuje czytanie newsów w tym języku. To błędne podejście widać także w drobnych niuansach: jeszcze przed rezygnacją z wyścigu Biden nazwał swoją kampanię skierowaną do Latynosów „Latinos con Biden-Harris” (Latynosi za Bidenem i Harris). Za to Trump postawił na nową nazwę: „Latino Americans for Trump” (Latynoscy Amerykanie za Trumpem).

Sztab Harris zdaje się rozumieć te niuanse: wypuszcza spoty po angielsku, w których mowa nie tylko o jej imigranckich korzeniach, ale też o jej bezkompromisowej walce z przestępczością. Jak Pan ocenia ten przekaz?

To dokładnie kierunek, w którym powinna zmierzać kampania Kamali Harris. Myślę, że jej konsultanci polityczni zrozumieli, iż Latynosi są zupełnie inną grupą wyborców niż jeszcze kilka dekad temu. W spotach Harris akcentowane jest jej doświadczenie z czasów, gdy była prokuratorką w Kalifornii i walczyła z przestępczością. W tym kontekście przedstawiany jest też problem nielegalnej imigracji. To inna strategia niż ta, którą Demokraci stosowali przez ostatnie 30 lat. Takiej zmiany oczekują Latynosi.

Szczególnie ci mieszkający niedaleko granicy z Meksykiem? Na sierpniowym wiecu w mieście Glendale w Arizonie Harris podkreślała, że ma doświadczenie w ściganiu międzynarodowych gangów i przestępców zajmujących się przemytem ludzi.

To ważne kwestie nie tylko w rejonach przygranicznych, w których Latynosom zwykle bliżej do Partii Republikańskiej. Uzdrowienia sytuacji na granicy [gdzie w ostatnich latach dochodzi do rekordowego napływu migrantów – red.] oczekują też Latynosi z innych części kraju.

Co jeszcze Harris powinna zrobić, by przyciągnąć latynoską klasę pracującą?

Przede wszystkim przedstawić pomysł na to, jak przyspieszyć budowę mieszkań, co pozwoliłoby zbić wysokie ceny na rynku nieruchomości. Ludzie muszą poczuć, że Harris chce ułatwić im realizację American Dream.

Ostatnio Harris zaproponowała dopłaty do wkładu własnego dla ludzi ubiegających się o kredyt hipoteczny. Idzie w ślady Trumpa i obiecuje też zniesienie podatku od napiwków dla pracowników usług i branży hotelarskiej.

To bardzo dobre ruchy. Wprawdzie inflacja spadła, ale i tak wielu Latynosom żyje się dziś gorzej niż za rządów Trumpa. Młode pokolenie jest szczególnie podatne na populizm. Republikanie już to zrozumieli: Latynosów przyciąga do siebie nie tylko Trump, ale także gubernator Florydy Ron DeSantis czy gubernator Teksasu Greg Abbott. Dane pokazują wręcz, że gdyby partia nie była zdominowana przez rasistowską retorykę Trumpa, skręt latynoskich wyborców na prawo byłby jeszcze większy.

Jest Pan współzałożycielem The Lincoln Project – konserwatywnego komitetu, który w 2020 r. wspierał Bidena i opłacał antytrumpowskie reklamy. Jak od środka wyglądała ta walka o pozbawienie Trumpa reelekcji?

W oparciu o dane analityczne przygotowaliśmy serię spotów, które pokazaliśmy grupie wyborców, aby zbadać ich oddziaływanie. Okazało się, że ludzie z wyższym wykształceniem, zwłaszcza kobiety, mają problem z postępującym ekstremizmem Partii Republikańskiej. Chodziło o prowadzoną wtedy przez Trumpa walkę o prawo do wieszania flagi Konfederacji.

To flaga stanów Południa, które podczas wojny secesyjnej z lat 1861-65 walczyły ze stanami Unii, które opowiadały się za zniesieniem niewolnictwa. Dziś według niektórych ta flaga jest symbolem rasizmu.

I okazało się, że właśnie z tego powodu niektóre Amerykanki nie chcą być kojarzone z Partią Republikańską, że się jej wstydzą. Wykorzystaliśmy to i przygotowaliśmy skrojone pod nie spoty kampanijne.

Z lektury Pana książki wynika też, że podebraliście Trumpowi głosy starszych Republikanów, którzy chorowali na covid, albo których bliscy chorowali. To ważny trop, bo Trump słynął z bagatelizowania pandemii. Jak docieraliście do tej wąskiej grupy w kluczowych stanach?

Analizowaliśmy dane Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorób i patrzyliśmy, gdzie rosną przypadki zachorowań. Objawy covidu utrzymują się przez około dwa tygodnie, więc spieszyliśmy się, by zdążyć z wypuszczaniem reklam przed opadnięciem krzywej epidemicznej. W Arizonie naszym celem były właśnie osoby starsze, które niestety częściej chorowały, a przy okazji miały tendencję, aby popierać Trumpa.

Rozmawiamy o antytrumpowskiej kampanii, choć jest Pan republikaninem, który zaraz po studiach zrobił karierę w strukturach tej partii. Nie ciągnęło Pana do Demokratów?

Wychowałem się z poszanowaniem dla moich latynoskich korzeni, ale jednocześnie najważniejsze dla mnie były kwestie gospodarcze. Gdy dorastałem, nie czułem, żeby Demokraci stwarzali Latynosom szansę na awans społeczny. Zresztą do tej pory tak uważam.

Dorastał Pan w czasach dwucyfrowej inflacji i wysokiego bezrobocia za prezydentury Jimmy’ego Cartera, prezydenta z Partii Demokratycznej.

Ten czas odcisnął na mnie duże piętno. Do tego dodajmy kryzys energetyczny i pojmanie zakładników w Iranie. Nie zapomnę, gdy kanały telewizyjne odliczały każdy dzień od uwięzienia pracowników ambasady USA w Teheranie [w listopadzie 1979 r. dokonali tego irańscy studenci, podjudzeni przez władze wyłonione po rewolucji islamskiej – red.]. To było dla mnie niepojęte, że coś takiego mogło przydarzyć się Ameryce. Potem, już w liceum, byłem fanem prezydenta Ronalda Reagana, który był silnym przywódcą i miał lepszy pomysł na gospodarkę.

Wciąż mówimy o kwestiach ekonomicznych. Czy one były dla Pana ważne także ze względu na problemy finansowe Pana rodziny? Pytam, bo wspomina Pan o tym w książce, ale bez szczegółów.

Tak. To było dla mnie ważne, bo mój ojciec stracił pracę w sektorze bankowym w czasie recesji w 1982 r. Mocno się to odbiło na naszej rodzinie.

Był Pan fanem Reagana, choć ojciec stracił pracę za jego rządów?

Reagan odziedziczył trudną sytuację gospodarczą po Carterze i wziął się za jej naprawianie. To było dla mnie jasne.

Wróćmy do obecnego wyścigu o Biały Dom: jaka jeszcze grupa wyborców, prócz Latynosów, może okazać się kluczowa?

Zwolenniczki Partii Republikańskiej z wyższym wykształceniem.

Znam takie, które nie zagłosują po raz kolejny na Trumpa, szczególnie teraz, gdy usłyszał wyrok skazujący. Z drugiej strony, czy Harris zmobilizuje je do pójścia do urn?

Od odpowiedzi na to pytanie może zależeć wynik tych wyborów. Podobnie jak od tego, jak skutecznie Kamala Harris i Donald Trump zawalczą o głosy Latynosów.


Mike Madrid // Fot. Phil Desmangles / archiwum prywatne

MIKE MADRID jest konsultantem politycznym Partii Republikańskiej, specjalizuje się w analizie trendów wyborczych wśród Latynosów w USA. Doradzał nie tylko politykom republikańskim, ale też tym z Partii Demokratycznej: był doradcą Antonia Villaraigosy, byłego burmistrza Los Angeles, który w 2018 r. startował w prawyborach Demokratów w wyścigu o fotel gubernatora. Madrid jest przeciwnikiem trumpizmu i współzałożycielem The Lincoln Project – konserwatywnego komitetu akcji politycznej, który wspierał Bidena w wyborach prezydenckich w 2020 r. Autor książki „The Latino Century: How America’s Largest Minority is Transforming Democracy” („Stulecie Latynosów. Jak największa mniejszość w Ameryce zmienia demokrację w USA”).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Głos Latynosów liczy się dziś szczególnie