Jan Błaszczak: „Musisz spróbować wybrać właściwą drogę”, „z góry założyłeś, zanim jeszcze spróbowałeś / że sprawie nie podołasz, ile razy żałowałeś?” – słucham Twoich starych utworów i tak się zastanawiam: czy Ty rapujesz w nich także do siebie?
Peja, raper: Bardzo często tak. Jeżeli wybrzmiewam niczym wujek dobra rada, to tak naprawdę prowadzę również monolog wewnętrzny. Stawiam jakąś tezę, próbuję z nią dyskutować, by w ten sposób dać słuchaczowi do myślenia. Bardzo często uprawiam taką retorykę. I choć nie jestem typem totalnie poważnego kolesia, to w tekstach jakoś zawsze jestem poważny. Naprawdę, chciałbym mieć talent do pisania lekkich bądź zabawnych zwrotek, ale mi to po prostu nie wychodzi.
Czy to dlatego, że od początku czułeś, że jesteś głosem osiedli? Że, jak sam rapowałeś, reprezentowałeś biedę?
Być może tak, bo chyba od początku rzeczywiście chodziło o jakieś tam misjonarstwo. Zawsze traktowałem rap śmiertelnie poważnie, może aż nazbyt i chyba się to już nie zmieni. Zawsze chciałem się wypowiadać na tematy społeczne, mówić w czyimś imieniu, brać kogoś skrzydło. W wielu utworach zawartych na pierwszych produkcjach występował koktajl emocji, z którymi mogły utożsamiać się blokowe masy. Szybko zorientowałem się, że za sprawą muzyki nie tylko reprezentuję biedę jako społeczność, do której długo przynależałem, ale także stanowię dla niej swego rodzaju nadzieję. Kiedyś mówiono o sportowcach np.: „biała nadzieja boksu” – ja byłem tą nadzieją biednych dzielnic Poznania, a już za chwilę całej Polski.
Kiedy słucham tamtych płyt, uderza mnie, jak bardzo zmienił się stosunek hip-hopu do pieniędzy. Dzisiaj raper może się przyznać do wszystkiego, tylko nie do tego, że nie ma kasy.
A kiedyś było to oczywiste. Dziś wielu raperów często posiada tylko tyle, ile ma na sobie. Dostrzegam tę fasadowość – samochody na leasingach, powynajmowane kwadraty, markowe ciuchy od włoskich projektantów, które okazują się podróbką. Wizerunek i status wyparł knowledge, czyli wiedzę o tej grze. A to dlatego, że dzisiaj przeciętny słuchacz rapu nie karmi się wartościową treścią. Woli obserwować. Styl i gust muzyczny przegrał z ostentacyjnym bogactwem, nierzadko głupotą. Obserwatorzy zamiast flow i tekstów biorą pod lupę każdą wypowiedź lub zdjęcie artysty.
Co wypada posiadać?
Jeśli oprócz markowych ciuchów i butów nie posiadasz biżuterii, drogich zegarków czy okularów, to twoja artystyczna wartość w ich oczach maleje. Ostatnio napisał do mnie jakiś dzieciak: „Jak to jest, że inni artyści, którzy nie zasłużyli na duże pieniądze, je mają, a ty nie jesteś milionerem?”. No i co miałbym mu niby odpisać? Jak go przekonać, że niczego mi nie brakuje? Jestem zdania, że pieniądze lubią ciszę. No ale widzisz, nie ubieram się według jakiegoś ogólnie przyjętego kanonu. A jeżeli nie wkładasz takiego kostiumu, to w ich oczach uchodzisz za człowieka bez pieniędzy. A ja niedawno wybudowałem drugi dom i teraz co – mam trzeci budować?
Wszystko wyjaśnia już Twoja ksywka – Peja. Kiedyś ojciec ogolił Cię na łyso, bo miałeś „peje”, czyli wszy. Większość osób chciałaby zapomnieć o takim epizodzie, ty umieściłeś go w centrum.
Pochodzenia, ksywa – to wszystko napawa mnie dumą! Nigdy tego nie tuszowałem, wręcz przeciwnie. Czułem, że jestem z biedy, a biedne dzieciaki ze sobą zawsze trzymały. Wspólne przeżycia, perypetie w wymiarze domowym, problemy w szkole etc. Byłem przyzwyczajony do trudnych sytuacji i do rozwiązywania ich w różny sposób. I dlatego od początku było dla mnie tak ważne, żeby o tym wszystkim mówić.
Naprawdę wierzyłeś, że rap może Cię wyciągnąć z tej biedy? Byliście pierwszym rapowym pokoleniem, zastanawiam się więc, kto wam mógł dawać taką nadzieję.
Mieliśmy tylko Liroya, który jednak pokazał, że można sprzedać pół miliona płyt. I z perspektywy czasu uważam, że premiera „Alboomu” to było bardzo ważne wydarzenie. Komercyjny sukces tej płyty zmobilizował wszystkie ośrodki rapowe w Polsce. Każdy chciał pokazać, że jest od niego lepszy, z takim czy innym skutkiem. Kozak założył RRX, nagle pojawiły się składanki Volta, Bolec pracował nad swoim debiutem dla EMI, pojawił się Kaliber ze swoim psycho-rapem. W pewnym sensie Liroy zmobilizował nas do roboty.
Ale co było Twoim muzycznym punktem odniesienia?
Przede wszystkim Stany. Wszyscy słuchaliśmy amerykańskiego rapu, kupowaliśmy płyty i przegrywaliśmy kasety, oglądaliśmy klipy i gadaliśmy o samplach, analizowaliśmy teksty, style. W pewnym momencie słuchanie przestało mi wystarczać. Wiedziałem, że mam coś do powiedzenia i chciałem z tym wyjść do ludzi. I najwidoczniej nie byłem w tym sam.
Sukces Twojego Slums Attack był olbrzymi. Kiedy w 2001 r. ukazała się płyta „Na legalu?”, piosenka „Głucha noc” leciała dosłownie wszędzie.
Słychać duży kontrast pomiędzy tym albumem a poprzedzającym go „I nie zmienia się nic”. W ciągu zaledwie roku poszliśmy bardzo do przodu, np. w zakresie brzmienia utworów. Odnieśliśmy na ten czas ogromny sukces. W ciągu następnych dwóch lat weszliśmy do mainstreamu, gdzie na listach sprzedaży konkurowaliśmy z Budką Suflera czy Varius Manx. Zaczęliśmy dobrze zarabiać, głównie z koncertów. Stworzyliśmy też warunki, które pozwoliły nam ulepszać brzmienie i warsztat. Bo nam nie chodziło tylko o to, żeby zrobić szybki strzał i zwinąć interes. Od zawsze chciałem być artystą.
Co robiłeś, zanim nim zostałeś?
Przed nagraniem debiutanckiej płyty pracowałem fizycznie, utrzymywałem się też z tego, co zdobyłem na ulicy, ale zrezygnowałem z tego. Wolałem klepać biedę, niż pokrzyżować swoje muzyczne plany na własne życzenie. Główny cel to być sobie szefem, być całkowicie niezależnym. Trochę trwało, ale w końcu tego dokonałem. Dziś bardzo dobrze mi się wiedzie, posiadam praktycznie cały swój katalog wydawniczy, sam ogarniam koncerty. Wiem, ile zarobię z każdego występu czy albumu – mam nad tym pełną kontrolę. Wydaję też płyty bardzo regularnie nie dlatego, że muszę, ale po prostu wciąż czuję taką potrzebę.
Gdybyś zrobił dłuższą przerwę, to Twoja płyta cieszyłaby się większą popularnością.
I wyobraź sobie, że często nieznani mi ludzie, słuchacze wyrażają opinie w kwestii zbyt małych wyświetleń na YouTubie czy w streamach. Młodsi fani rozkminiają, czy przynosi mi to odpowiednie pieniądze – a ja powtórzę, że mam już wszystko, czego mi trzeba. Jeśli kiedyś moje utwory dotyczyły niepewności jutra, to jej już nie ma – wiem, jak ono będzie wyglądało. No bo słuchaj, ja zarabiam z rapu trzydzieści lat. Jestem długodystansowcem, jak np. DonGuralesko, który również wydaje płyty rok w rok. Wiesz dlaczego?
No dlaczego?
Bo artystą jest się przez całe życie. Nie wydaję nowej płyty, bo poprzednia przestała generować zyski. Nie. Przecież ja mogę zarabiać na wiele innych sposobów. Mógłbym, jak moi koledzy z tzw. branży, szukać kontraktów reklamowych, sponsorów dla swoich tras koncertowych, ale mi to po prostu nie pasuje. Ja już tam byłem, na tym mainstreamowym szczycie. Niczego szczególnego tam nie odkryłem. Wjechałem tam z podziemia i teraz w naturalny sposób do niego wracam. I bardzo mi to odpowiada.
Jesteś na bieżąco z tym, co się dzieje w podziemnym rapie?
Mam bardzo dobry kontakt z tą sceną. Lubię dogrywać się na płyty podziemnym artystom. Bo ważniejsze jest dla mnie, żeby pracować z raperami, a nie z ksywkami. Taki Bartek KOKO nie wykręca super liczb, ale dla mnie „Beks” to jest dzisiaj czołówka wartościowego rapu w podziemiu i nie tylko. Zresztą to zdaje się mieć potwierdzenie dzięki publikacjom w sieci od innych osób.
Na ostatnim albumie Slums Attack – wydanym w grudniu „Depeche mood” – nie ma wielu gości. A w rapie to mechanizm stary jak świat – zapraszanie gorących nazwisk...
Wiadomo, zaprosisz pięciu czy sześciu graczy z głównego nurtu, a potem liczysz, że ta współpraca pomoże ci wykręcić dobre liczby w streamie. Fizyczne egzemplarze też zapewne sprzedadzą się lepiej. A jednak tym razem nie chciałem tego robić. Oczywiście, wcześniej mi się to zdarzało – zapraszałem Kabe, Sztossa, Szczyla, a także Pezeta czy Sokoła, którzy w moich oczach uchodzą za graczy z głównego nurtu – takich, którzy chcieliby zrobić transfer do wielkich hal i nie interesuje ich już granie w mniejszych klubach. Co uważam za błąd. A może chodzi o to, że nie potrafiłbym zagrać ośmiu koncertów, a potem siedzieć na dupie przez cały rok – bo tylko w ten sposób wygenerujesz odpowiednią przerwę i ciśnienie. To się nie wpisuje w moją definicję artysty.
Z całym szacunkiem do talentu tych warszawskich raperów, to Wy zawsze mieliście po prostu inną filozofię życia. Kiedy Ty przyglądałeś się ludziom z marginesu, Sokół rapował: „Nieudacznicy nie przytulą dzisiaj sosu / Idź zarób, skołuj, nie bądź ofiarą losu”.
W ciągu ostatnich czterech lat zrobiłem blisko dziesięć albumów i zdarzyło mi się rozmawiać o tym z Sokołem, który uważa, że takie rozkładanie weny w czasie jest szkodliwe. Nie uważam, żebym sobie tym szkodził, bo to mój świadomy wybór. I nie zamierzam niczego sztucznie hamować, niczego stymulować. Jak czytam post Gurala o tym, że napisał pięć numerów, a następnego dnia wszystkie je nagrał, to wiem, że to jest rap. Jeżeli jednego dnia pisze, a drugiego już wszystko nagrywa, to jest po prostu sztuka wysoka. Bo tu nie ma miejsca na kalkulacje. Na myślenie, czy ludzie kupią płytę, czy przyjdą na koncerty. Powtórzę: artystą się jest, a nie bywa, no kurwa!
Znaleźlibyśmy przykłady odnoszących sukces raperów, którzy nie tyle robili sobie długie przerwy, co nagle zawieszali kariery.
Quebonafide to dobry przykład tego, o czym mówię. Jak na kolesia o tak wielkich możliwościach i liczbie fanów, to on zrobił zdecydowanie za mało. To wygaszanie konta na Instagramie, usuwanie zdjęć, znikanie, granie jednego koncertu rocznie... No nie podobają mi się takie działania. Bo możesz mówić, że te zdjęcia nie mają już dla ciebie znaczenia, ale może miały znaczenie dla twoich fanów? Te sytuacje nie dotyczą tylko jego, stały się stałym elementem promocyjnym mainstreamu.
Dlaczego?
Bo monetyzacja muzyki jest ważniejsza od niej samej. Zwinięcie interesu po bardzo mocnym strzale finansowym może wynikać z różnych przyczyn. Wszedłeś na top i sobie z tym nie radzisz, chcesz założyć rodzinę, a jesteś wciąż na walizkach. Nie chcę tego oceniać, bo nie chodzę w niczyich butach prócz własnych. Sam jestem ze starej szkoły, wiem, że mam do czego wrócić, bo jak mawiał Too Short: „graj w małych klubach, przychodź na lokalne imprezy, rozmawiaj z ludźmi, nie oddzielaj się od nich fosą”. I ja tak robię. Wtedy czuję się dobrze. Tak ja teraz – siedzimy przy jednym stole i rozmawiamy.
Czy takie podejście pomogło w momencie, kiedy nagle pojawiła się Twoja ogromna popularność?
Nie, zupełnie nie, bo wtedy jeszcze odpychałem się od ludzi. Mówiłem bardzo dużo o materialnych brakach, kładłem nacisk na problemy pierwszej potrzeby, ale nie zauważałem swoich własnych braków. Problemów, które się uwypukliły, kiedy zacząłem smakować popularności, kiedy przyszły pieniądze. Wtedy to wszystko zaczęło dawać o sobie znać. Z tych nizin, z tej biedy wydrapałem się na jakiś materialny poziom, ale upadłem w wymiarze ludzkim. Miałem jednak o tyle łatwiej, że mówimy o czasach sprzed social mediów. Dziś jest o wiele trudniej w kontaktach z fanami. Wszystko co robisz w swoim życiu, nie tylko muzycznie, wychodzi do ludzi poprzez socjale i rządne krwi serwisy. Może więc gdybym dziś był numerem jeden, jeśli chodzi o popularność, sam zapragnąłbym wyłączyć internet i zniknąć? Ale rap nigdy nie był miękką grą. „Rap or die” – jak to się mówi.
Co masz na myśli, mówiąc o problemach, które zaczęły się wraz z pieniędzmi?
Ta moja droga przez „Na legalu?”, „N.O.J.A.”, „Szacunek ludzi ulicy”, „Styl życia G’N.O.J.A.”, to był czas hardcore’owej zabawy – takiego rock’n’rollowego stylu życia. Zdarzało mi się mówić o sobie bardzo źle na płytach, dużo rzucałem mięsem... Sam się prosiłem o to, by w mediach przedstawiano mnie w negatywnym świetle. Dziś jest zupełnie inaczej. To moje lepsze piętnaście lat kariery – bez dwóch zdań.
A te gorsze?
Imprezowałem i nie przywiązywałem uwagi do feedbacku, z jakim spotyka się moje życie i moja muzyka. Internet założyłem sobie bardzo późno, w 2007 roku. Dopiero z czasem, kiedy założyłem profile w mediach społecznościowych, skumałem, jak ma on wielki wpływ na relacje społeczne i nas samych.
Mówiłeś, że łatwiej było znosić wielką popularność w czasach sprzed social mediów, ale czy myślałeś kiedyś, co by się stało, gdyby „Na legalu?” ukazało się te kilka lat później?
Gdyby „Głucha noc” pojawiła się w czasach YouTube’a, to mogłaby mnie bardziej finansowo ustawić.
Z drugiej strony, gdyby ukazała się dziesięć lat wcześniej, to wszyscy kupiliby ją z leżaka pod stadionem.
I bez tego zdążyli nas okraść – pirackie kopie tej płyty sprzedano w setkach tysięcy. Poza tym, gdyby social media pojawiły się wcześniej, to może wraz z nimi sprofesjonalizowałby się rynek koncertowy. Ostatnio ktoś mnie zapytał o tekst, w którym rapuję, że nigdy nie zapełniłem stadionu. O tych, którzy to robią, mówi się „gwiazdy”. O takich jak ja mówi się „ikony”. Nie mam tych zapełnionych hal, sprzedanych stadionów, ale mam coś, czego wielu z nich raczej nie osiągnie.
Wrócę jeszcze do tych social mediów. Może straciłem pieniądze na tym, że nie pojawiły się wcześniej, ale z drugiej strony cieszę się, że one rozwinęły się już po tym, jak przestałem ostro imprezować (śmiech).
Mówi się czasem, że ludzie, którzy przestają pić, mają nagle niebezpiecznie dużo wolnego czasu. Jak sobie z tym poradziłeś?
To nie był mój przypadek. Cały czas działałem prężnie na scenie. Dzięki temu, że przestałem pić, założyłem firmę, ale i rodzinę – nie miałem czasu na głupoty. Kiedy imprezowałem, też byłem non stop w wirze roboty. Pamiętajmy, że to był okres znacznie większej popularności niż teraz, więc nie było ziewania (śmiech). Oczywiście, wtedy działałem bardziej chaotycznie: odsypiałem imprezy, miałem kace i różne rozterki życiowe, ale nie oznacza to, że cały czas byłem poza kalendarzem i bujałem w obłokach. Ktoś przecież nagrywał te płyty, ktoś grał te koncerty, ktoś pozował na tego złego Rycha.
Jesteś na scenie od ponad trzydziestu lat. Czy na koncertach widujesz już rodziców z dziećmi?
Jasne, ojców z synami, matki z córkami. To jeszcze nie jest Kult, na który przychodzą trzy pokolenia fanów, ale dążymy do tego (śmiech). Na płycie SLU z 2006 roku nawijałem „wciąż mamy fanów / nasze ksywy zdobią mury / jak Depeche się dorobię swojej własnej subkultury”. I ta subkultura powstała. Stąd tytuł nowej płyty.
Jak zmieniły się Twoje koncerty w momencie, kiedy przestałeś pić? Jak tu teraz grać „Grubą Imprę z Rysiem”?
Na początku rzeczywiście zmieniałem setlisty, bo chciałem być lojalny wobec wspólnoty AA. Teraz jednak na tyle się wyluzowałem, że gram wszystko, na co mam ochotę. Po piętnastu latach niepicia zaczynam pojawiać się prywatnie w miejscach, gdzie pije się alkohol: przyjmuję zaproszenia na urodziny, tańczę na trzeźwo z żoną, kiedy wokół większość osób jest pod wpływem. I nic złego raczej się nie dzieje. Postanowiłem więc wrócić do grania tych numerów.
I jak to jest przyjmowane?
Na początku robiłem do nich wprowadzenie, żeby nie było nieporozumień, ale ostatecznie uznałem, że moi słuchacze to przecież nie są debile. Wystarczy, że powiem: „a teraz coś starego, coś z czasów, kiedy był rock’n’roll”. I gramy. Fajną rzecz powiedział mi kiedyś Nullo z Trzeciego Wymiaru: „Rychu, ty byłeś prawdziwy, jak piłeś, i jesteś prawdziwy, jak nie pijesz”. Bo słyszę od bliskich, że łagodnieję, że się zmieniam. A skoro się zmieniam, to mój rap też się zmienia. Ciągle jednak składam wersy o tym, co leży mi na sercu.
Cztery razy Peja

Slums Attack „Na legalu?”, 2001
Płyta, której całe fragmenty zapisały się nie tylko w historii polskiego rapu, ale też rodzimej popkultury. „Jest jedna rzecz”, „Mój rap, moja rzeczywistość” czy „Głucha noc” stanowiły ważny element polskiej audiosfery początku wieku, a później długo powracały w cytatach i przetworzeniach. Z tej płyty pochodzą też „Kolejny stracony dzień” czy „I moje miasto złą sławą owiane”. Klasyki.

Slums Attack „Reedukacja”, 2011
„SLU reedukacja – uratować kilka istnień” – rapuje Peja w utworze tytułowym, a ósmy album Slums Attack dokumentuje początek jego abstynenckiej drogi. Sporo tu refleksji, empatii i życiowych porad udzielanych także słuchaczkom, które raper dopinguje, by nie bały się porzucać przemocowców.

„Książę aka. Slumilioner”, 2014
„Powrót do przeszłości? Po co? Teraźniejszość mi służy” – czwarty solowy album poznańskiego rapera ukazuje go w innym świetle. Poczucie spełnienia, luz i radość z codziennych spraw i tylko czasem oberwie się jakimś rapowym faryzeuszom.

Peja/Slums Attack „HIP_HOP_50”, 2023
Jako czołowy historyk sceny Peja postanowił uczcić okrągły jubileusz hip-hopu. I choć 50 lat to poważny wiek, ta krótka płyta jest wyjątkowo pełna życia. Pojawiają się liczni goście, bity ciągną w różne strony, dramaty przeplatają się z humorem, a miłość do rapu nie wyklucza dystansu do siebie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















