Wszystkie zwierzęta Libanu. Opowieść o ludziach, którzy w czas wojny ratują psy i koty, a nawet lwa

Ryzykowanie dla nich życiem nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Niektórzy komentują: to tylko zwierzęta, co z pomocą dla ludzi? „Pomagając zwierzęciu, pomagamy człowiekowi. Przecież to ludzie do nas dzwonią, prosząc, żebyśmy ratowali ich psa zostawionego w południowym Bejrucie” – odpowiada Maggie Shaarawi.
z Bejrutu
Czyta się kilka minut
Reem Sadek i Maggie Shaarawi z uratowanymi kotami. Bejrut, 9 października 2024 r. // Fot. Jagoda Grondecka
Reem Sadek i Maggie Shaarawi z uratowanymi kotami. Bejrut, 9 października 2024 r. // Fot. Jagoda Grondecka

Na misje ratunkowe jadą z samego rana, aby zdążyć przed trzynastą, gdy naloty stają się intensywniejsze. Te środki ostrożności nie zawsze wystarczają. Kiedy przed kilkoma dniami członkowie Animals Lebanon penetrowali południowe przedmieście Bejrutu – jak co dzień od dwóch tygodni – bomba trafiła w budynek obok.

– To było przerażające – przyznaje Maggie Shaarawi, wiceprezeska organizacji. – Ale stało się codziennością.

Członkowie Animals Lebanon od przeszło roku pomagają zwierzętom, które cierpią na skutek wojny między Izraelem a Hezbollahem. Początkowo działali na południu kraju, które zaczęło wyludniać się w miarę izraelskich bombardowań. Reem Sadek, dawniej wolontariuszka, a teraz menadżerka organizacji, zobaczyła skalę problemu, gdy pojechała odwiedzić bliskich. – Gdy pojechałam odwiedzić rodzinę w mojej wsi przy granicy, zobaczyłam ogromną liczbę porzuconych zwierząt. Postanowiliśmy, że musimy im pomagać – opisuje.

Najpierw zajmowali się dokarmianiem opuszczonych zwierząt i ewakuacją tych, które były ranne. W miarę, jak sytuacja w Libanie się pogarszała, a wojna dotarła do Bejrutu, stanęli przed nowym wyzwaniem. – To, co dzieje się od kilku tygodni, to coś nowego, niespodziewanego – opowiada mi Sadek w swoim biurze. Dziś w nocy spała kilka godzin. Z siedziby organizacji wyszła o drugiej, aby od szóstej znów koordynować misję ratunkową.

Zwierzęta: one także cierpią podczas kryzysu humanitarnego w Libanie

23 września był dla Libańczyków najbardziej śmiercionośnym dniem od czasu zakończenia wojny domowej w 1990 r. Naloty, według Izraela wymierzone w Hezbollah, zabiły co najmniej 492 osoby, w tym wielu cywilów. Trwająca przez kolejne dni kampania powietrzna, a potem także ofensywa lądowa sprawiły, że co najmniej 1,2 mln ludzi musiało opuścić domy. Wielu z całego dobytku ratowało jedynie ukochane zwierzęta, z którymi teraz nie mieli gdzie się podziać.

– 24 września zaczęliśmy otrzymywać mnóstwo telefonów z prośbą o pomoc. Ludzie przychodzili do naszego biura i błagali: musieliśmy uciekać, straciliśmy domy, nie mamy gdzie trzymać zwierząt. Niektórzy trzymali je w ramionach. Zwierzęta były przerażone, ludzie też, dorośli mężczyźni płakali. To było szaleństwo – opowiada Sadek.

Gdy Maggie Shaarawi przed rokiem zaczęła obserwować sytuację w Gazie, myślała, jak bardzo chciałaby móc być tam i pomóc. – Teraz, kiedy to samo dzieje się w moim kraju, nie mogę siedzieć z założonymi rękoma – deklaruje.

Członkowie Animals Lebanon zareagowali. Choć w dotychczasowych pomieszczeniach zaczynało brakować miejsca – pod opieką mieli już ponad 150 zwierząt – udało im się pozyskać kolejne mieszkanie w kamienicy, gdzie mieści się siedziba organizacji.

– Zaczęliśmy przyjmować coraz więcej zwierząt od ludzi, którzy mieszkają w szkołach zamienionych na schroniska i nie mogą trzymać ich ze sobą. Niedawno otrzymaliśmy sygnał o mężczyźnie, który nocuje na ulicy i ma ze sobą kota. Oczywiście, że musieliśmy mu pomóc.

Południowe przedmieścia Bejrutu: nie ma tam już nic poza zwierzętami

Szybko okazało się, że pomoc tym, którzy szukają miejsca dla swoich zwierząt, nie jest jedynym wyzwaniem. Wielu ludzi opuszczało domy w pośpiechu po tym, jak otrzymali wezwanie do ewakuacji i nie byli w stanie zabrać przerażonych pupili. Teraz zwracają się do Animals Lebanon z prośbą o pomoc w uratowaniu ich z bombardowanych terenów.

– Mamy w naszej bazie już prawie 700 zgłoszeń. Musieliśmy zatrudnić nowe osoby, by odbierać telefony, nie byliśmy przygotowani na taką katastrofę. Nie wiedziałam, że tak wiele osób opiekuje się kotami – z uśmiechem mówi Shaarawi. Ale to uśmiech przez łzy.

Od kilkunastu dni trzyosobowy zespół wyjeżdża codziennie (czasem po kilka razy) do Ad-Dahiji, intensywnie bombardowanych południowych przedmieść Bejrutu. Każdy wyjazd to ryzyko, grupa podchodzi więc do tego metodycznie. Dla każdego zgłoszenia tworzy osobny plik z informacjami: ile jest zwierząt, jak wyglądają, jak je znaleźć, jak wejść do mieszkania. Wiele osób przekazuje im klucze; inni proszą, by wyważyć drzwi.

Shaarawi dzieli zwierzęta na grupy według ich lokalizacji, tak aby w jak najkrótszym czasie uratować ich jak najwięcej. Muszą monitorować sytuację, dostosować się do tego, co dzieje się na ulicach: – Wcześniej zostawialiśmy jeden samochód na granicy Ad-Dahiji, a drugim jechaliśmy po zwierzęta. Teraz poruszamy się tam na motocyklach, które trudniej namierzyć.

Shaarawi: – Ad-Dahija wygląda jak miasto duchów, nie ma tam już nic poza zwierzętami. Jedziesz i widzisz tylko koty na ulicach i balkonach.

Członkowie Animals Lebanon wyjeżdżają na swoją misję. Bejrut, 10 października 2024 r. // Archiwum prywatne

Czy warto ratować zwierzęta, kiedy cierpią ludzie?

Ryzykowanie życiem, by ratować zwierzęta, nie zawsze spotyka się ze zrozumieniem. Niektórzy komentują: to tylko zwierzęta, co z pomocą dla ludzi? – Rzecz w tym, że ludziom pomaga mnóstwo osób, podczas gdy zwierzętom niewielu – mówi Shaarawi. – Poza tym pomagając zwierzęciu, pomagamy człowiekowi. To ludzie do nas dzwonią, nie zwierzęta. Od początku to było nasze motto: dobrostan zwierząt to dobrostan ludzi, bo jesteśmy w tym razem.

Niektórzy opiekunowie sami ryzykują i wracają na zagrożone tereny, by nakarmić czy uratować swoich pupili. Shaarawi opowiada o starszym małżeństwie, które codziennie odwiedza swoją kotkę w siedzibie organizacji: – Płakaliśmy, jak usłyszeliśmy ich historię. Oni otrzymali nakaz ewakuacji, próbowali złapać kotkę, ale była w panice, uciekała i nie udało im się zabrać jej ze sobą. Następnego dnia kobieta wróciła po nią między spadającymi bombami. Powiedziała nam, że kotka zaraz przybiegła w jej ramiona, jakby rozumiejąc, że jest uratowana.

Małżeństwo odwiedza ją regularnie. Podobnie postępuje wiele rodzin, które nie mogą być razem ze swoimi zwierzętami. Na korytarzu spotykam Anan i jej męża, którzy musieli opuścić dom w miasteczku Srifa w południowym Libanie. Przyszli, by zobaczyć swojego kota Cookie. – Widzę, że cierpi z powodu rozłąki – mówi Anan. – Cała ta sytuacja go straumatyzowała, bał się tak, że mnie drapał – pokazuje nadgarstki. Ma nadzieję, że ich wizyty pomogą Cookiemu oswoić się z tą sytuacją.

Nie zawsze wszystko się udaje

Zwierzęta w tej wojnie cierpią tak samo, jak ludzie. Przerażone odgłosami bomb, często chowają się przed ratownikami. – Nawet po przybyciu w bezpieczne miejsce są zestresowane, nie chcą jeść – opowiada Shaarawi. – A przecież to zwierzęta domowe, były blisko z człowiekiem. Nie wiedzą, co się dzieje.

Uratowanie kolejnego życia lub połączenie zwierząt z opiekunami to chwile satysfakcji. Jednak nie zawsze się udaje. Shaarawi pokazuje mi kolejne nagranie: pracownicy organizacji przedzierają się przez zawaloną gruzem klatkę schodową. Mężczyzna, który musiał opuścić dom, poprosił o pomoc w uratowaniu jego trzech kotów.

Budynek został jednak zbombardowany w noc przed tym, jak ratownicy tam dotarli. Mieli nadzieję, że kotom udało się przeżyć. Jak w wielu przypadkach, po wejściu do ruin mieszkania zadzwonili do ich opiekuna, licząc, że zwierzęta wyjdą ze schronienia, gdy usłyszą jego głos. Wkrótce później znaleźli jednak ich ciała.

Shaarawi łamie się głos, gdy opowiada tę historię. – Miałam poczucie winy, choć próbowałam logicznie wytłumaczyć sobie, że nie damy rady pomóc wszystkim.

Inna sytuacja, którą przeżyła emocjonalnie, to historia mężczyzny, który mimo ryzyka codziennie wracał do domu w Ad-Dahiji, by nakarmić swoje koty.

Shaarawi: – Zwracał się do nas po pomoc, ale nie mieliśmy miejsca, by je przyjąć. Pewnego dnia zadzwoniłam do niego, powiedział: jak dobrze, że dzwonisz, przyjechałem właśnie dać im jedzenie, nikt nie chce przyjąć mnie z dwójką kotów. Nie wiedział, co ma robić. Powiedziałam mu: dobrze, bierz koty i przyjeżdżaj. Kiedy do nas dotarł, był roztrzęsiony. Jego budynek został zbombardowany. Poczułam wtedy, że uratowałam mu życie.

Wolontariusze starają się zadbać o potrzeby ocalałych w Libanie zwierząt

Ostatnie dni są dla nich wyczerpujące. Często pracują na okrągło, do domów wracają tylko, by chwilę odpocząć. Shaarawi: – Niedawno dwoje pracowników zemdlało. Patrzę na Reem i widzę, jak jest zmęczona. Ale wiem, że jeśli pójdziemy teraz do domu, jakieś zwierzę nie otrzyma pomocy.

Cały czas zgłaszają się nowi wolontariusze.

I tak, działanie na rzecz zwierząt daje Nadzie, emerytowanej pracowniczce belgijskiej ambasady, poczucie, że jest pożyteczna. – Zawsze chciałam pracować ze zwierzętami i obiecywałam sobie, że zrobię to na emeryturze. Nie sądziłam, że stanie się to w takich okolicznościach – opowiada i uspokaja psa, który przyjechał właśnie z Ad-Dahiji. – Zespół ratunkowy dopiero co go przywiózł. Ludzie z obrony cywilnej mówili, że widzą go na ulicach od trzech dni. No już, dobry chłopiec, nie bój się – zwraca się do owczarka.

Wolontariuszka Nada z psem uratowanym z Ad-Dahiji. Bejrut, 9 października 2024 r. // Fot. Jagoda Grondecka

Kobieta chciałaby go przygarnąć, ale opiekuje się już trzema kotami. Wielu członków organizacji ma w domach zwierzęta.

Odwołane loty z Bejrutu: dla młodej lwicy to może być wyrok

Z Maggie Shaarawi mieszka pięciomiesięczna lwica Sara. Ratowanie dzikich zwierząt, które padają ofiarą przemytu, rozpowszechnionego w tym regionie, to od lat jedna z misji ich organizacji. Sara została skonfiskowana mężczyźnie z doliny Baalbek, który kupił ją od przemytnika. Miała zostać przyjęta przez Republikę Południowej Afryki, ale linie, które zgodziły się sponsorować jej podróż, zawiesiły w tej chwili loty do Bejrutu.

Szukają więc teraz sposobu, by zorganizować bezpieczną podróż dla lwicy, zanim stanie się za duża, by Shaarawi mogła bezpiecznie żyć z nią pod jednym dachem. – Albo zginę w nalocie, albo zabita przez lwa – żart Shaarawi brzmi jednak gorzko. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Zwierzęta Libanu