Opinię publiczną poruszyła ostatnio sprawa Kristiny Woronowskiej, młodej i atrakcyjnej Ukrainki, która została zatrudniona jako społeczna asystentka Donalda Tuska. Internauci nie rozumieli tej decyzji i wytykali, że jeszcze niedawno pracowała w salonie urody. Sprawa ta wywołała szum niewspółmierny do jej znaczenia, ale faktem jest, że Donald Tusk nie od dziś lubi otaczać się w pracy kobietami. Można nawet postawić tezę, że jeśli ma do wyboru dwoje równorzędnych kandydatów do załatwienia jakiejś sprawy w życiu politycznym, raczej wybierze kobietę niż mężczyznę.
Tajemnicza blondynka
Zjawisko to można obserwować od powrotu Tuska do krajowej polityki w 2021 roku. To wtedy kluczowe role w jego otoczeniu zaczęły odgrywać kobiety. Wielką karierę zrobiła na przykład Agnieszka Rucińska, wcześniej dziennikarka Polskiego Radia, a od 2016 r. szefowa biura prasowego klubu PO.
Po przyjściu Tuska Rucińska zaczęła na stałe pracować w siedzibie partii przy ul. Wiejskiej, wcześniej pracowała w gmachu Sejmu. Tusk docenił jej sprawność w wykonywaniu poleceń, a także to, że sama nie ma ambicji politycznych. Miała za to ogromny udział w wyborczym objeździe Tuska po kraju, a gdy w grudniu ubiegłego roku został on formalnie premierem, Rucińska objęła funkcję podsekretarza stanu w jego kancelarii. Praktycznie zawsze tam, gdzie można spotkać Tuska, jest i ona, co rodzi coraz więcej pytań o znaczenie „tajemniczej blondynki”, jak zaczęli określać Rucińską nieznający jej ludzie.
Wraz z szefem MSZ Radosławem Sikorskim oraz wieloletnim zausznikiem Tuska Pawłem Grasiem (obecnie szefem gabinetu politycznego) reprezentowała delegację polskiego rządu przy – wspólnych z prezydentem Andrzejem Dudą – marcowych rozmowach w Waszyngtonie z prezydentem USA Joem Bidenem. To dużo mówi o jej faktycznej pozycji.
– Jest pracowita, dyskretna, lojalna i nie ma potrzeby budowania własnej pozycji, choć zarazem bywa samodzielna – tłumaczy awans dawnej dziennikarki polityk KO. Jej kapitałem jest też wiedza o mediach, rządzących nimi mechanizmach, posiada też kontakty z dziennikarzami, choć znający ją żurnaliści narzekają, że bardzo rzadko odbiera od nich telefony. Zapewne w obawie, by nie być posądzoną o przecieki. Ma bowiem dostęp do wielu rządowych tajemnic.
Źródłem kariery Rucińskiej w PO, a potem u boku Tuska, jest na pewno bliska współpraca z Janem Grabcem, wcześniej rzecznikiem prasowym Platformy, a po powstaniu gabinetu Tuska szefem kancelarii premiera. Znaczenie ma również, jak przyznają ludzie związani z KO, jej osobowość. Choćby to, że jeszcze kierując biurem prasowym Platformy, nie patyczkowała się w relacjach z posłami. – Agnieszka ma zdolność podejmowania w trudnych sytuacjach szybkich decyzji, zarazem trafnych. Nie widzi miliona odcieni sprawy, tylko od razu ten właściwy – przyznaje jej wieloletnia koleżanka z mediów.
Bardzo często ludzie na politycznych „dworach” boją się przekazywać szefowi złe wiadomości. Rucińska, jak można usłyszeć, nie ma takich zahamowań i potrafi powiedzieć Tuskowi nawet nieprzyjemne rzeczy. Bywa też jego „twarzą”, bo formalnie odpowiada za politykę medialną i nadzoruje Centrum Informacyjne Rządu. Nie jest jednak rzecznikiem prasowym, bo gabinet Tuska nie ma go w ogóle, z czego zresztą czyni się często obecnemu rządowi zarzut. Rucińska ponoć otrzymała nawet propozycję oficjalnego objęcia tej funkcji, ale odmówiła, tłumacząc, że rzecznikiem rządu powinien być czynny polityk.
To nie do końca trafiony argument, jeśli weźmie się pod uwagę, że rzeczniczką pierwszego rządu w III RP była dziennikarka Małgorzata Niezabitowska. Jednak faktem jest też, że w przeszłości bywały przykłady nieudanych eksperymentów z rzecznikami spoza polityki. To choćby Agnieszka Liszka, która odpowiadała za politykę informacyjną pierwszego rządu... Tuska. W przeciwieństwie do Rucińskiej nie miała szczególnie bliskich relacji z premierem i jej misja okazała się porażką.
Pani od ciężkiej orki
Oprócz Rucińskiej osobą, która ogromną aktywnością w kampanii zapracowała sobie na wysokie notowania u Tuska, jest obecna wicemarszałek Sejmu Monika Wielichowska. To ona od strony organizacyjnej przygotowywała wszystkie wyjazdowe spotkania wyborcze obecnego premiera, ona też je prowadziła – udzielała głosu uczestnikom, przerywała wypowiedzi, ogłaszała koniec spotkania, jeśli trzeba było jechać dalej. Nikt w KO i otoczeniu Tuska się nie zdziwił, że po wyborach została nagrodzona fotelem wicemarszałka.
Szczególną pozycję w otoczeniu Tuska ma też druga obok Wielichowskiej wicemarszałek Sejmu Dorota Niedziela. Ma ona bardzo dobre relacje zarówno z przybocznym Tuska, Pawłem Grasiem, jak i z samym szefem rządu. – Właściwie to nie bardzo wiadomo, dlaczego Niedziela dostała fotel wicemarszałka. Wielichowską można lubić lub nie, ale ciężką pracą w kampanii zapracowała sobie na to, co ma. Ale Niedziela, skądinąd bardzo miła osoba, dostała funkcję wicemarszałka trochę tak, jak w PRL przyznawało się talon na malucha – mówi poseł KO. Jednak inny parlamentarzysta zwraca uwagę, że Niedziela, oprócz tego, że łączą ją bliskie relacje z Tuskiem, jest osobą wyjątkowo lojalną i rzetelną.
W kampanii wzrosły również akcje Wioletty Paprockiej-Ślusarskiej. Mimo że na co dzień pełni funkcję szefowej gabinetu prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, okresowo przechodzi do bliskiego otoczenia Tuska. Paprocka-Ślusarska została np. szefową sztabu wyborczego w jesiennej kampanii parlamentarnej i bardzo dobrze się z tego wywiązała. Wybory zakończyły się sukcesem.
– Wiola jest niezwykle pracowita, pracowała w kampanii od rana do wieczora. Szef to dostrzegł – mówi osoba związana z otoczeniem Tuska. – Gdyby jej nie cenił, nie powierzałby jej kierowania trzema ostatnimi kampaniami. To osoba o wybitnych zdolnościach organizacyjnych – mówi polityk PO.
Paprocka-Ślusarska, podobnie jak Rucińska, nie miała dotąd własnych ambicji politycznych, co w tym przypadku jest pozytywną rekomendacją. Ostatnio jednak jej nazwisko zaczęło się pojawiać na giełdzie kandydatów na nowego sekretarza generalnego PO, który miałby zająć miejsce Marcina Kierwińskiego, jeśli ten miałby odejść z funkcji w związku z objęciem mandatu europosła.
Osobistą decyzją Tuska była też „reaktywacja” Hanny Gronkiewicz-Waltz i umieszczenie jej wysoko na listach do Parlamentu Europejskiego. Była prezes NBP nie zdobyła jednak mandatu. Tu polityczny nos najwyraźniej Tuska zawiódł. Liczył na jej popularność z okresu, gdy była prezydentem Warszawy, ale okazało się to sprawą już nieco przebrzmiałą. Choć osoba z kierownictwa Platformy przekonuje, że gdyby nie mimo wszystko dobry wynik wyborczy Gronkiewicz-Waltz, Koalicja Obywatelska zapewne nie zdobyłaby w Warszawie trzeciego mandatu w Parlamencie Europejskim.
Kobiecie można zaufać
Generalnie kobiety w otoczeniu Tuska mają silną pozycję, zdarza się, że wykraczającą poza potencjał polityczny czy zasługi. Według osób związanych z KO i otoczeniem premiera powodem jest przekonanie Tuska, że kobieta będzie bardziej lojalna i nigdy nie okaże się „Brutusem”, który niespodziewanie wbije liderowi nóż w plecy. – Kobiety wybierane przez Tuska wiedzą, że jak coś dostały, to powinny być wdzięczne. Mężczyźni zaś uważają, że jak coś dostali, to im się to należało. Na zasadzie, że jak dostałem obiad, to czekam na kolację – tłumaczy jeden z naszych rozmówców.
Sekretarz generalny PO Marcin Kierwiński przekonuje jednak, że dla Tuska najważniejsza jest zdolność współpracowników do rozwiązywania problemów. Jeśli ktoś to potrafi, obecny premier na niego stawia i wtedy drugorzędne znaczenia ma płeć tej osoby.
Niemniej w obecnym rządzie Tusk mocno zabiegał o silną reprezentację kobiet. Naciskał także partnerów koalicyjnych, by do rządu kierowali ich jak najwięcej. I choć w składzie Rady Ministrów nie udało się ostatecznie uzyskać pełnego parytetu, to jednak 35 proc. kobiet stanowi wynik powyżej średniej w krajach UE (31 proc.).
Kobiety miały zawsze silną pozycję w rządach, którymi kierował Tusk. Dziś można to powiedzieć o szefowej resortu edukacji, Barbarze Nowackiej, co jest przypisywane bardziej osobistej sympatii Tuska niż jej realnym zasługom na stanowisku ministra. W przeszłości też tak było. Dzięki wysokim notowaniom u Tuska, ważną rolę odgrywała w jego pierwszym rządzie np. ówczesna minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska, późniejsza unijna komisarz.
Ale największe wpływy w epoce pierwszych rządów Platformy miała inna zaufana lidera PO, minister zdrowia Ewa Kopacz. Już wiele lat wcześniej była faworyzowana przez Tuska. Byli w bliskich relacjach praktycznie od powstania partii, a znaczenie miało to, że Kopacz pomogła w kłopotach zdrowotnych matki Tuska.
Potem, gdy PO wygrała przedterminowe wybory w 2007 r. i Tusk tworzył rząd, Kopacz objęła trudny urząd ministra zdrowia. Według relacji osób, które pracowały w tamtym rządzie, mogła sobie wobec premiera pozwolić na dużo więcej niż inni. Była też wyraźnie faworyzowana, zaś atak ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego na resort zdrowia podczas pierwszej Rady Gabinetowej został bardzo źle odebrany przez Tuska, który zrewanżował się prezydentowi przy pierwszej możliwej okazji.
Tusk chciał uczynić Ewę Kopacz marszałkiem Sejmu już w 2010 r., w razie zwycięstwa Bronisława Komorowskiego w przedterminowych wyborach prezydenckich (co nastąpiło). Jednak Komorowski wymógł, by jego następcą na stanowisku marszałka został Grzegorz Schetyna. Tusk musiał to wówczas przełknąć, ale rok później, po kolejnych wygranych przez Platformę wyborach parlamentarnych, Kopacz została w końcu marszałkiem, a Schetynę Tusk upokorzył „skromną” posadą szefa komisji spraw zagranicznych.
Gdy w 2014 r. okazało się, że Tusk zostanie przewodniczącym Rady Europejskiej, mimo sporych oporów w partii wymógł on, by to Kopacz zastąpiła go zarówno na fotelu premiera, jak i szefa PO.
Nie tak różowo
Tu popełnił błąd. Eksperyment okazał się nieudany i do dziś w Platformie wiele osób ma za to pretensje do Tuska. Najpierw kierowana przez Kopacz partia zlekceważyła Andrzeja Dudę i nie umiała wspomóc słabej kampanii zmierzającej do reelekcji Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich. Potem pani premier, stojąca też na czele partii, przegrała kampanię przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r., które dały początek ośmioletnim rządom PiS.
– Ewa Kopacz to bardzo przyzwoita osoba, wrażliwa, empatyczna, nikomu nie podłoży świni. Ale to nie ten rozmiar kapelusza, by udźwignąć premierostwo i kierowanie partią w tak trudnej sytuacji, jaka była w 2015 r. – przyznaje poseł KO.
W Platformie można usłyszeć, że powrót Tuska do kierowania partią w 2021 r. mógł być spowodowany m.in. jego świadomością, że swoimi decyzjami z 2014 r. przyczynił się do zwycięstwa partii Jarosława Kaczyńskiego.
Jednak złe decyzje nie skończyły się przed dekadą. Swoją dużą karierę w PO zawdzięcza w dużym stopniu Tuskowi również Małgorzata Kidawa-Błońska. Holował ją na listach wyborczych, a potem, pod koniec pierwszego premierowania, zrobił rzecznikiem rządu. Dzięki temu zdobyła popularność, więc piastowała funkcję rzecznika także w rządzie Ewy Kopacz, a w końcu, pod koniec kadencji Sejmu w 2015 r., została nawet marszałkiem Sejmu.
To Tusk stał za tym, by w wyborach w 2023 r. Kidawa-Błońska kandydowała do Senatu i mogła dzięki temu zostać marszałkiem drugiej izby. W ten sposób, jak można usłyszeć w PO, została wynagrodzona za swoją lojalność oraz awersję do partyjnych gierek, ale przede wszystkim za to, że zrezygnowała w obliczu sondaży z kandydowania w pandemijnych wyborach prezydenckich w 2020 r., ustępując miejsca Rafałowi Trzaskowskiemu. – To, co wtedy zrobiła, było wielkie. Gdyby nie ustąpiła i dostała 2 procent, może dziś nie byłoby Platformy – mówi poseł KO.
Praktycznie jedyną kobietą, która została politycznie „wykończona” przez Tuska, była nieżyjąca już dziś Zyta Gilowska. U progu kampanii prezydenckiej w 2005 r. wołała na konwencji „Donald, bracie!”, ale potem odeszła z partii po zarzutach kolegów o nepotyzm, by w końcu odnaleźć się w rządach PiS. Innym dowodem, że nie tylko płeć u Tuska ma znaczenie, jest Joanna Mucha, która w jego drugim rządzie po 2011 r. była ministrem sportu, ale, jak można usłyszeć, Tusk nie ma dobrych wspomnień z tamtej współpracy. Dziś Mucha jest jednak wiceministrem edukacji z rekomendacji koalicyjnej Polski 2050.
Tusk lepiej rozumie
Politycy KO przekonują, że obecny Tusk różni się mocno od swej wersji z pierwszych rządów PO większym zrozumieniem dla tematów kobiecych. Plonem jego urzędowania na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej i poznania realiów europejskich jest np. zmiana stosunku do prawa antyaborcyjnego. Jak na warunki polskie, Tusk przeszedł na zdecydowanie lewicowe pozycje. Jego słynna deklaracja na Campusie Polska Przyszłości w 2022 r., że nikt, kto jest przeciwny liberalizacji prawa aborcyjnego, nie znajdzie się na listach PO, nie była tylko grą wyborczą.
Jednak „prokobieca” postawa cechowała Tuska już wcześniej. Podczas Kongresu Kobiet w 2012 r. ówczesny premier i lider PO zaskoczył deklaracją, że przy tworzeniu list wyborczych Platformy do parlamentu będzie stosowana metoda „suwaka”, czyli naprzemiennego umieszczania kobiety i mężczyzny. Dziś jest to usankcjonowana prawnie rzeczywistość, ale wtedy było to coś zupełnie nowego, co zwłaszcza przez konserwatywne partie zostało przyjęte bardzo niechętnie. Także podczas ostatniej kampanii przekonywał, że jest „bardzo uparty jeśli chodzi o kwestie parytetów i suwaków na listach”. Politycy KO potwierdzają, że tak jest rzeczywiście. To Tusk po swoim powrocie wymógł np., by połowę wiceprzewodniczących Platformy stanowiły kobiety.
Kobiety aktywne w polityce nie powinny się ze strony Tuska spodziewać raczej niczego złego. To, że w rządzie utrzymała się minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska z Polski 2050, wielokrotnie typowana do dymisji, jest nie tylko kwestią twardego stanowiska w tej sprawie jej macierzystej partii, ale także „miękkiego serca” premiera, który wobec innych współpracowników nie bywa tak wyrozumiały.
Ukrainka Kristina Woronowska też pozostała na stanowisku asystentki społecznej. I zapewne nic jej nie grozi pomimo medialnego skandalu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















