Wrócić na wolność. Jak się żyje po wyjściu z więzienia

Dla Pawła i Tomasza opuszczenie więzienia oznaczało nie tylko koniec izolacji, ale początek innej, równie trudnej walki. O dach nad głową, pracę, relacje z bliskimi i poczucie własnej wartości.
Czyta się kilka minut
Zakład Karny w Stargardzie. 2018 r. // Fot. Marcin Bielecki / PAP
Zakład Karny w Stargardzie. 2018 r. // Fot. Marcin Bielecki / PAP

Pierwszą noc na wolności spędziłem na plaży. Musiałem ogarnąć przestrzeń, oswoić się z wolnością. Czułem totalne zagubienie. W więzieniu człowiek zatraca się w braku wolności. Kontakt z ludźmi i ze światem jest ograniczony, a po wyjściu trzeba od nowa uczyć się życia – mówi Paweł. 

Jest po pięćdziesiątce, w zakładzie karnym spędził pół roku, siedział za alimenty

– Od pierwszego dnia myślałem o tym, żeby się dostosować do więziennych warunków, w których jesteś całkowicie zależny od strażników i innych więźniów. Kompletny brak wsparcia, upodlenie psychiczne i fizyczne. A kiedy zbliża się moment wyjścia, pojawia się lęk i pytanie: dokąd iść, co ze sobą zrobić – tłumaczy. 

Te obawy nie znikają po przekroczeniu bramy więzienia, wraz z odzyskaną wolnością. Wręcz przeciwnie, stają się codziennym wyzwaniem.

Z danych Najwyższej Izby Kontroli wynika, że co roku około 80 tysięcy ludzi wychodzi w Polsce z zakładów karnych. Blisko 40 proc. po raz pierwszy zwolnionych ponownie popełnia przestępstwo w ciągu pięciu lat i wraca za kraty. Dlaczego tak się dzieje?

Zderzenie z wolnością. To bardzo boli

Przez lata pracował jako kelner. Zarabiał dobrze, lubił życie. 

– Kupiłem dwa mieszkania, bo miałem dwie rodziny. Ostatecznie zostawiłem je partnerkom. Idąc do więzienia wiedziałem, że nie będę miał dokąd wrócić. Błagać o pomoc znajomych nie chciałem – opowiada.

W dniu wyjścia z zakładu karnego Paweł dostał pieniądze na bilet do Gdańska, skąd pochodzi, i adres schroniska postpenitencjarnego. Mieszka w nim już prawie rok – tyle można maksymalnie. Próbuje znaleźć stałą pracę, w międzyczasie chwyta się dorywczych zleceń w wykończeniówce. 

– Szukając pracy, mówię prawdę. A jak ludzie słyszą, że jestem po zakładzie, często od razu się odcinają. Nie pytają, za co i ile siedziałem. To bardzo boli – przyznaje.

Najtrudniejsze jednak jest dla niego odnowienie więzi z rodziną. To największe wyzwanie. 

– Chciałbym na nowo nawiązać kontakt z mamą. Bardzo mi na tym zależy. Na razie się nie udaje, ale wierzę, że kiedyś będzie chciała ze mną chociaż porozmawiać – dodaje.

Paweł mieszka w schronisku postpenitencjarnym prowadzonym przez gdańskie Stowarzyszenie Emaus, które niesie pomoc byłym więźniom. 

–  Zapewniamy im dach nad głową, jedzenie, środki czystości. Pomagamy w readaptacji, znalezieniu pracy, załatwiamy formalności, proponujemy spotkania z psychologiem. Nie jest sztuką dać człowiekowi rybę, sztuką jest dać wędkę. My zaś dajemy narzędzia. Od nich zależy, czy z nich skorzystają – mówi Tadeusz, pracownik stowarzyszenia. 

Rotacja byłych osadzonych w schronisku jest duża: niektórzy dzięki temu doświadczeniu stają potem na nogi, inni nie. Działania takich organizacji są jednak tylko elementem szerszego procesu, jakim jest przywrócenie byłych więźniów do życia w społeczeństwie.

Więzienie jako instytucja totalna i pełna przemocy

Edward Szeliga za murami więzień spędził 11 lat. Obecnie jest terapeutą w założonej przez siebie Fundacji Pomost, która od 2012 r. pomaga osobom opuszczającym zakłady karne wrócić do życia na wolności. Jego zdaniem fakt, że niemal 40 proc. osób, które opuszczają więzienie po pierwszym wyroku, w ciągu pięciu lat znowu łamie prawo i staje się recydywistami – to efekt braku odpowiedniej pomocy postpenitencjarnej.

– Często oczekuje się od więźniów, że opuszczając zakład karny, będą już zresocjalizowani. To złudne przekonanie. Nie mamy też wyszkolonych kadr do pracy z byłymi więźniami, więc proces resocjalizacji w obecnym systemie jest na bardzo niskim poziomie – podkreśla Szeliga. 

Podobne wnioski płyną z raportu NIK. Wynika z niego, że analizowane przez Izbę systemowe programy readaptacyjne w zakładach karnych nie miały wykazanej skuteczności: brakowało po prostu dowodów, że ograniczają powroty do przestępstw.

Problemem, jak podaje raport, było też słabe diagnozowanie potrzeb skazanych. Wiele działań uznawanych za „resocjalizacyjne”, takich jak praca, edukacja czy zajęcia sportowe, nie wykazywało przydatności dla readaptacji, jeśli nie były osadzone w spójnym planie, a potem monitorowane.

Szeliga zaznacza, że problem z readaptacją ma również bardzo istotny wymiar psychologiczny. Osadzeni wychodzą z więzienia z bagażem konsekwencji długotrwałej izolacji. 

– Więzienie jest instytucją totalną, która zmusza ludzi do podejmowania różnych działań w celu przetrwania. Żeby się tam odnaleźć, człowiek musi przybrać jakiś model adaptacyjny. Najczęstszym narzędziem do tego celu jest przemoc, zarówno psychiczna, jak i fizyczna – wyjaśnia. 

Schemat ten może działać w zakładzie karnym, ale na wolności się nie sprawdza. 

– Kiedy byli więźniowie próbują funkcjonować w ten sposób, szybko spotykają się z odrzuceniem i zupełnie nie radzą sobie w nowych warunkach – tłumaczy terapeuta. – Często są też pełni lęku, zagubieni. Potrzebują wsparcia nawet w podstawowych aspektach, takich jak gotowanie, pranie, dbanie o siebie. Czyli we wszystkim, co składa się na usamodzielnienie.

Największą barierą w powrocie do życia na wolności bywa bezdomność. Wielu z byłych więźniów straciło mieszkania i kontakt z bliskimi. Wychodzą więc z zakładu karnego dosłownie na ulicę. W ramach pomocy systemowej ludzie ci mogą ubiegać się o miejsce w noclegowni albo w schronisku postpenitencjarnym. 

Mogą też jednak skorzystać z pomocy organizacji takich jak Fundacja Pomost, którą w Zabrzu prowadzi Szeliga, oferując byłym więźniom miejsce w ośrodku readaptacyjnym nawet na kilkanaście miesięcy. 

– Oprócz dachu nad głową uczymy ich zarządzania sobą i poznawania obowiązujących norm społecznych. Dostają konkretne zadania, które uczą ich zaangażowania, systematyczności i brania odpowiedzialności za własne czyny – opowiada.

Podopieczni Fundacji pełnią rolę ośrodkowych szefów kuchni, ogrodników, gospodarzy. W tym czasie podejmują także pracę, po czym uczą się ją utrzymać. 

– Samo znalezienie zatrudnienia to dopiero pierwszy krok. Prawdziwym wyzwaniem jest wytrwanie w codzienności. Pomagamy im się w nią wdrożyć – podkreśla terapeuta.

Nauczyć się zdrowych emocji. Mówić, co się czuje

Tomasz ma 30 lat. Z zakładu karnego wyszedł dwa lata temu. 

– Podczas mojego ostatniego wyroku niestety zmarła mi mama, więc nie miałem już gdzie wrócić. Mam co prawda dość liczne rodzeństwo, ale byliśmy wtedy bardzo pokłóceni i nie mogłem zwrócić się do nich. Na szczęście w więzieniu dowiedziałem się o Fundacji Pomost, i tu przyszedłem po wyroku – wspomina.

Siedem miesięcy Tomasz spędził w ośrodku prowadzonym przez Szeligę, kolejne pół roku w mieszkaniu adaptacyjnym. Dzisiaj jest opiekunem w Fundacji. 

– Pokazuję chłopakom, że można, że da się żyć normalnie. I że naprawdę nie trzeba wracać do zakładu. Bywa trudno, nie powiem, że nie, ale trzeba być wytrwałym – zaznacza.

Tomasz w zakładach karnych spędził w sumie 5 lat. 

– Siedziałem za kradzieże – przyznaje. 

Początki na wolności nie były proste.

– Kiedy wziąłem narkotyki, musiałem opuścić ośrodek. Warunkiem mojego powrotu był detoks. Zdecydowałem się przez niego przejść i już tu zostałem – wspomina.

W trakcie pobytu w ośrodku pełnił różne funkcje, które pomagały mu w procesie readaptacji. 

– Byłem ogrodnikiem, potem szefem ochrony i gospodarzem ośrodka. Z każdą rolą uczyłem się większej odpowiedzialności, każdy dzień przynosił nową lekcję – opowiada Tomasz. – Na początku miałem duży problem z wyrażaniem siebie, z kontrolowaniem emocji i mówieniem o nich. O tym, jak się czuję i co czuję. Sporo nad tym pracowałem i dzisiaj dużo łatwiej wychodzi mi komunikacja z ludźmi – zapewnia.

Największym wyzwaniem było jednak znalezienie zatrudnienia. 

– Jestem osobą, która nigdy wcześniej nie pracowała i trudno mi było złapać się jakiejkolwiek roboty. Oczywiście nie pomagało to, że byłem po zakładzie. Próbowałem wiele miesięcy i w końcu się udało. Niestety, nie wszyscy mają to szczeście, wielu pracodawców boi się nas przyjmować. A przecież bez pracy trudno nam się odnaleźć w życiu. Tak samo jak bez planu – mówi.

Milczenie zostawia głęboką ranę

Świat, do którego osadzeni wracają po odbyciu kary, bywa dla nich zaskakująco obcy. 

– W ostatnich latach zmienił się on bardzo szybko i może człowieka mocno przytłoczyć. Ludzie po dużych wyrokach muszą oswajać się z telefonami dotykowymi czy innymi nowinkami technologicznymi, dla nas już oczywistymi – opowiada Szeliga, zaznaczając, że nowa rzeczywistość niesie też realne zagrożenia.

– Zdarza się, że padają ofiarą oszustw internetowych, często zupełnie nieświadomie. Zakładają konta na różnych platformach, w tym randkowych, nie rozumiejąc zasad ich działania. Potrafią wtedy stracić całe swoje wynagrodzenie, bo nie są w stanie rozpoznać ludzi, którzy wyłudzają pieniądze. To jest kolejny wymiar wykluczenia, z którym się mierzą – dodaje.

Wykluczenie działa na wielu płaszczyznach: od cyfrowego po społeczne

– Byli więźniowie sami siebie stygmatyzują, a społeczeństwo ich w tym utwierdza. Bardzo często mają więc niskie poczucie sprawczości oraz własnej wartości – tłumaczy Szeliga i zwraca uwagę na kolejny aspekt: ci ludzie nie mają żadnych wzorców, z których mogliby czerpać. – Dlatego trzeba z nimi pracować od samego początku, krok po kroku, aż dobre schematy zachowań staną się dla nich czymś naturalnym.

Szeliga podkreśla, że wielu z nich nosi w sobie ciężar długotrwałych traum. Najpierw zostali porzuceni przez rodziców, potem opuszczały ich partnerki, czasem też dzieci. 

– Na wolności mamy szansę opowiedzieć o swych problemach rodzinie lub przyjacielowi albo poszukać pomocy u psychoterapeuty. W zakładzie karnym człowiek musi zmierzyć się z tym sam, w milczeniu, tak, żeby nikt nie zobaczył jego słabości. To zostawia głęboką ranę i sprawia, że trudno jest komukolwiek zaufać. Dlatego uczymy ich, że to uczucie można odbudować, i że warto dać sobie na to pozwolenie – tłumaczy Szeliga.

Żeby ogarnąć życie, trzeba mieć plan

Powrót do życia na wolności wymaga planu stworzonego z udziałem specjalistów – psychologów, pracowników socjalnych, kuratorów. Bez niego, jak wyjaśnia Edward Szeliga, ani rusz. Kluczowym krokiem jest przywrócenie byłym osadzonym decyzyjności. 

– W zakładzie karnym na wszystko trzeba uzyskać zgodę. Na rozmowę telefoniczną, spacer. Nawet na skorzystanie z toalety, od współosadzonych w celi. Przywrócenie sprawczości pozwala tym ludziom wzrastać, buduje zaufanie do siebie – zapewnia Szeliga.

Największe problemy pojawiają się po chwilowym zachwycie wolnością, kiedy przychodzi zderzenie ze skomplikowaną rzeczywistością. Z kolejnymi wyzwaniami i monotonią codzienności. 

– Naszym zadaniem jest pokazanie im, jak sobie z tym radzić. Proponujemy im różne hobby, uczymy, jak dostarczać sobie dobrych przyjemności w życiu. Dla jednego to będzie wyjście na ryby, dla innego basen – wymienia prezes Fundacji Pomost. 

Najważniejsze jest to, by sprawić, że zaczną cenić swoje życie na wolności. Wtedy zrobią wszystko, by nie wrócić za kratki. Według NIK, najczęstszymi przyczynami powrotu do przestępstw są̨ trudności w znalezieniu pracy, brak dachu nad głową, powrót do wcześniejszego środowiska, niedostateczne warunki materialne, niechęć ze strony otoczenia.

 – Bardzo łatwo jest zagubić się po wyjściu z zakładu, dlatego potrzebne jest odpowiednie wsparcie systemowe ze strony państwa. W tej chwili takiego brakuje – uważa Szeliga.

Według terapeuty konieczne jest przeszkolenie kadr do pracy z byłymi więźniami, a także działania interdyscyplinarne. Czyli współpraca kuratorów, pracowników socjalnych, urzędów pracy, psychologów. Zadań do wykonania po wyjściu z zakładu karnego jest taka masa, że czasami więźniom się wydaje, iż nie są w stanie wszystkiego ogarnąć. Ale jeśli ktoś pomoże im przygotować dobry plan i poprowadzi krok po kroku, to nagle okazuje się, że można żyć. 

– I że życie na wolności jest lepsze od tego w zakładzie – dodaje Szeliga.


Imiona byłych osadzonych zostały na ich prośbę zmienione

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Pełne zagubienie