O „drastycznym wzroście” wspomina się w dokumencie kilkanaście razy. Mowa też o tym, że owe wzrosty „powinny wstrząsnąć społeczeństwem i politykami”. Musiało się zdarzyć coś wyjątkowego, skoro takie sformułowania znajdują się nie w tabloidowych nagłówkach, a w eksperckim opracowaniu.
Mowa o Poverty Watch 2024, czyli monitoringu ubóstwa w Polsce, dokumencie opracowanym przez znanego badacza zjawiska biedy, dr. hab. Ryszarda Szarfenberga. „Drastyczne wzrosty” raport odnotowuje w każdym kluczowym wskaźniku biedy. Skala skrajnego ubóstwa wzrosła (z 4,6 proc. do 6,6 proc. polskiego społeczeństwa) i dotyczy dzisiaj dwóch i pół miliona Polaków. W sferze niedostatku – a zatem poniżej granicy tzw. minimum socjalnego – znajduje się z kolei ponad 17 milionów osób, czyli niemal co drugi z nas (wzrost z 41,1 proc. do 46 proc. społeczeństwa).
Zatrzymajmy się przy tych pojęciach, próbując przełożyć je na życie codzienne. „Pani Maria po śmierci męża została sama z kredytem. Gdy z powodu inflacji raty drastycznie podskoczyły, okazało się, że z 1681 zł skromnej emerytury pani Marii zostaje na życie tylko 80 zł. To 2,60 zł dziennie, by coś zjeść, kupić leki, mydło czy pastę do zębów” – to obrazek z innego głośnego raportu, czyli ubiegłorocznego opracowania Szlachetnej Paczki.
Nawet jeśli kreśli ono sytuację skrajną („Kupuję chleb i go mrożę. Wyciągam skibkę, gdy jestem naprawdę głodna” – mówi Pani Maria), to niewiele się ona różni od położenia 2,5 miliona Polaków, którzy muszą przeżyć za mniej niż 913 złotych miesięcznie (to próg dla gospodarstwa jednoosobowego), i za niecałe 700 zł na osobę w gospodarstwach rodzinnych. „Życie w takiej sytuacji dłużej niż 2 miesiące zagraża zdrowiu fizycznemu” – przypomina w raporcie prof. Szarfenberg, a raport SP przekonuje, że takie funkcjonowanie „to powolne umieranie ducha i ciała”.
Poverty Watch powinni sobie przyswoić ci, którzy biedę odruchowo łączą ze społecznym „marginesem”. Życie poniżej minimum socjalnego – przypomnijmy: dotykające już niemal połowy społeczeństwa – nie oznacza co prawda głodu i chłodu, ale także pozbawia ważnych dóbr.
To egzystencja za mniej niż 1711 zł w gospodarstwie jednoosobowym, i za poniżej 1155 zł na głowę w rodzinie czteroosobowej. Na podstawowe produkty raczej nie zabraknie, ale już na kino i książki dla dziecka, wakacje dla rodziny i prywatny język obcy już na pewno (w rzeczywistości, w której słabość publicznej oświaty napędza rynek korepetycji, wzrost biedy oznacza też wzrost nierówności edukacyjnych).
Bieda dotyka grup, które państwo powinno chronić najbardziej. Przekonanie, że Program 500+ (dziś w wersji 800+) nadal zmniejsza ubóstwo dzieci, możemy już włożyć między bajki. W skrajnej biedzie żyje dzisiaj ponad pół miliona dzieci, a w niedostatku – po raz pierwszy od wielu lat! – funkcjonuje ponad połowa z nich. Wzrosło też skrajne ubóstwo osób starszych (z 3,9 proc. w 2022 r. do 5,7 proc. rok później) i niepełnosprawnych (w gospodarstwach z co najmniej jedną taką osobą z 6,7 do 9 proc.). Dopiero te wskaźniki wyjaśnią nam słuszność postulatu prof. Szarfenberga, by skala polskiej biedy „wstrząsnęła politykami”.
Choć teraz siłą rzeczy postulat ten odnosi się do obecnie rządzących, do serca powinna go sobie wziąć także poprzednia ekipa, odpowiedzialna przecież za uchwycony w raporcie obraz sytuacji z 2023 r. To przecież PiS niósł na sztandarach walkę z biedą i latami chlubił się ograniczeniem ubóstwa dzieci – raport Poverty Watch boleśnie tę walkę formacji Kaczyńskiego puentuje.
Owszem, druga połowa rządów PiS przypadła na trudny czas. Pandemia, kryzys kosztów życia spowodowany eksplozją inflacji (którą, nawiasem mówiąc, poprzednia ekipa długo lekceważyła), a na koniec wojna w Ukrainie. To nie najłatwiejszy moment na stabilizowanie polityki społecznej, ale też nie starcza za wytłumaczenie, dlaczego jest, jak jest. PiS obiecywał zwiększenie progresywności podatków osobistych, ale z pierwszego projektu Polskiego Ładu wycofał się raczkiem, choć słabością tej reformy było wykonanie, nie założenia.
Zamiast zachęcać seniorów do zwiększonej aktywności zawodowej, obniżono ponownie wiek emerytalny. Progi dochodowe uprawniające do wielu – jeśli nie większości – świadczeń społecznych uległy z kolei zamrożeniu albo wzrosły nieadekwatnie do podwyżki zarobków. Realna siła naszych pensji też ma się kiepsko. Pod koniec 2023 r. za przeciętną można było kupić tyle samo, ile w 2021 r., choć w tym czasie nominalne polskie wynagrodzenia wzrosły aż o 24 proc.
Rząd Tuska przejął większość programów PiS, dodał nawet swoje, ale nie przestawił polityki społecznej z torów, na które wprowadzili ją poprzednicy. Socjal po polsku nadal bazuje na transferach gotówki, za które obywatele mają dokupić sobie to, czego nie dostarcza im państwo. Efektem ubocznym takiej strategii jest jednak zawsze zwiększone ryzyko inflacji. Gdy np. zamiast bezpłatnych miejsc w żłobkach państwo serwuje 1,5 tys. zł „babciowego”, na rynek płynie komunikat, że można podnosić ceny, bo tysiącom rodzin rośnie siła nabywcza.
Polską rzeczywistość coraz częściej opisujemy właśnie za pomocą słowa „siła”. Budujemy „najsilniejszą armię lądową Europy”. Jesteśmy szóstą „najsilniejszą gospodarką” Unii. Do bilansu siły i sprawczości najwyższy czas włączyć skuteczność, z jaką pomagamy najsłabszym członkom wspólnoty.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















