Tego samego dnia, we wtorek, 5 listopada, gdy Amerykanie wybierali prezydenta, mieszkańcy pustynnego, położonego na Półwyspie Arabskim Kataru głosowali w zarządzonym przez emira plebiscycie.
Katar spełnia oczekiwania emira
Szejk Tamim ibn Hamad z dynastii Al-Thani, jaśnie panujący od 2013 roku (dynastia Al-Thanich włada półwyspem katarskim od XVIII stulecia, a Katar cieszy się niepodległością od roku 1971), postanowił w swojej łaskawości zapytać poddanych, co sądzą o poprawkach, jakie zamierzał wprowadzić do konstytucji królestwa. W tym właśnie celu rozkazał swojemu ministrowi policji i kuzynowi szejkowi Chalifie urządzić stosowny plebiscyt, pierwszy od ponad 20 lat.
Emir Tamim zapytał poddanych, czy nadal chcą wybierać członków Szury, Wysokiej Rady, czy też wolą, by ich w tym trudnym obowiązku wyręczał. Urządzać wybory posłów obiecał Katarczykom już tata emira, Hamad, który panował w latach 1995-2013, zanim niespodziewanie nie zszedł z tronu i przekazał go synowi. Ale złożona przez niego w 2003 roku wyborcza obietnica długo czekała na ziszczenie (choć wybory samorządowe odbywają się od 1999 roku regularnie co 4 lata) i kto wie, czy ziściłaby się kiedykolwiek, gdyby władze piłkarskiej federacji FIFA nie przyznały Katarowi przywileju organizacji finałowego turnieju o mistrzostwo świata w 2022 roku.
Tamim, następca Hamada, chcąc popisać się przed przywódcami Zachodu postępowością i otwarciem na świat, na rok przed piłkarskimi igrzyskami urządził w Katarze pierwsze wybory do Szury, Rady Doradczej, powołanej, by nadawała prawa, zatwierdzała lub odrzucała budżet królestwa oraz odwoływała niekompetentnych jej zdaniem lub nieradzących sobie z rządzeniem ministrów (emir zachował prawo weta wobec wszystkich postanowień Szury). Emir pozwolił poddanym, by wybrali aż 30 z 45 posłów Rady (pozostałych piętnastu wyznaczył sam monarcha).
Ale kiedy piłkarski turniej się zakończył, a świat spuścił Katar z oczu, jesienią zeszłego roku emir Tamim oznajmił, że wybory do Rady były tylko „eksperymentem” i że jeszcze się zobaczy, jak to dalej z nimi będzie. Przypomniał też, że Szura „nie jest żadnym parlamentem” i że „nie ma żadnego znaczenia, czy jej członkowie są wybierani przez obywateli, czy też wyznaczani przez emira”.
W pierwszy wtorek listopada, w który Amerykanie wybrali sobie Trumpa na przywódcę, Katarczycy zapytani przez emira, czy chcą mieć w kraju wolne wybory, odpowiedzieli prawie jednomyślnie, że nie, wcale tego nie chcą. Minister policji szejk Chalifa obwieścił, że w plebiscycie wzięło udział 84 proc. obywateli, a dziewięciu na dziesięciu wyrzekło się wyborów. Emir kazał ogłosił środę i czwartek po plebiscytowym wtorku dniami wolnymi od pracy, by jego poddani mogli nacieszyć się zademonstrowaną w plebiscycie jednością.
„Każdy kraj ma swoje osobliwości i rządzi się tak, jak najbardziej odpowiada to jego tożsamości i osobowości jego obywateli – powiedział zachodniemu dziennikarzowi Saud ibn Chalid Al-Thani, jeden z przywódców rodziny panującej. – My, tu w Katarze, jesteśmy, chwalić Boga, zjednoczeni wokół naszego przywódcy i naszych władz”.
Wybory i demokracja podzieliły Katarczyków
W porównaniu z sąsiadami z Półwyspu, monarchiami absolutnymi Arabią Saudyjską, Bahrajnem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi czy Omanem, Katar uchodził za kraj postępowy, a jego emirowie, zwłaszcza dwaj ostatni, Hamad i Tamim, za władców oświeconych. Wzorem swoich poprzedników z dawnych czasów, gdy Katar był jeszcze krajem ubogich pasterzy, kupców, rybaków i poławiaczy pereł, starali się rządzić wsłuchując się w głosy plemiennej starszyzny i nie narzucać zbyt nachalnie własnej woli. Nowoczesność nadeszła tu wraz z odkryciem ropy naftowej, a przede wszystkim najbogatszych na świecie złóż gazu ziemnego, które uczyniło obywateli Kataru bogaczami.
Wyborczy eksperyment z 2021 roku podzielił jednak Katarczyków. W królestwie mieszka około 3 milionów poddanych emira, ale tylko ok. 380 tys. cieszy się obywatelskimi prawami. Tylko im, uznanym rdzennym Katarczykom, przysługuje prawo wyborcze. Za obywateli nie są uznawani przybyli do Kataru za chlebem cudzoziemcy, zarówno najbardziej wykwalifikowani fachowcy z Zachodu, jak prości robotnicy z Bliskiego Wschodu, Azji, Afryki. Za rdzennych Katarczyków, a więc także za prawowitych wyborców nie są uznawani także jego arabscy mieszkańcy, których przodkowie osiedli w Katarze po 1930 roku.
W ten sposób z wyborów wykluczeni zostali potomkowie Beduinów z plemienia Al-Murrah, jednego z najliczniejszych beduińskich plemion na całym Półwyspie Arabskim. W katarskiej stolicy, Dausze, doszło do niewidywanych tam ulicznych protestów, kilka osób zostało aresztowanych. „Wybory sprawiają, że ludzie zaczynają ze sobą konkurować, a to dzieli rodziny i plemiona, a to z kolei uderza w nasze tradycje, reguły zachowania, narusza naszą jedność – powiedział zeszłą jesienią emir Tamim. – Nie potrafimy temu sprostać ani się temu przeciwstawić, więc lepiej tego unikać. Jesteśmy w Katarze jedną rodziną”.
Obiecał też, że poleci wpisać do konstytucji przepis, by urzędy ministrów, zastrzeżone dotąd wyłącznie dla rdzennych, „prawdziwych” Katarczyków, mogli sprawować też Katarczycy naturalizowani i że w przyszłych wyborach, kiedy – i jeśli - przyjdzie już na nie czas, będą też mogli na równych prawach głosować.
Demokracja w arabskim Królestwie Kuwejtu
Demokracja cofnęła się także w Kuwejcie, uchodzącym za kraj najbardziej postępowy, najnowocześniejszy i otwarty na nowinki na całym Półwyspie Arabskim. Nieco większy, ludniejszy (5 mln) i starszy (niepodległy od 1961 roku) od Kataru, równie jak on niegdyś bogaty (kuwejckie pola naftowe były szóstym najbogatszym zagłębiem „czarnego złota” na świecie), konstytucję i parlament wprowadził jeszcze w latach 60., a pierwsze wybory posłów odbyły się już dwa lata po niepodległości.
W dodatku kuwejcki parlament był parlamentem z prawdziwego zdarzenia, a nie jedynie bezwolną i lekceważoną radą doradczą jak te z Kataru, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu czy Omanu. Kuwejcki 50-osobowy parlament ma zaś prawo publicznego krytykowania i odwoływania ministrów, a nawet prawo sprzeciwu w sprawach sukcesji tronu (i raz nawet z tego przywileju skorzystał). Emir zaś zachował sobie prawo rozwiązywania parlamentu i zwoływania nowych wyborów.
Kuwejccy posłowie, choć nie wolno im się zrzeszać w polityczne partie (nie są one dozwolone w żadnym państwie Półwyspu Arabskiego z wyjątkiem Jemenu), od początku wyróżniali się niezależnością, odwagą, a nawet zuchwałością, gdy podczas parlamentarnych debat wytykali książętom-ministrom niekompetencję, lenistwo czy pazerność, wiodącą na korupcyjne pokuszenie.
Podjazdowe wojny między parlamentem i dworem zabezpieczały Kuwejt przed satrapią, ale nie raz przeradzały się w ostre kryzysy polityczne, które przerywał emir rozpędzając posłów. Tak stało się w 1976 roku, kiedy emir rozwiązał parlament i przez 5 lat nie zwołał nowego, a także w 1986 roku, kiedy po rozpędzaniu kolejnego parlamentu emir obywał się bez posłów przez kolejną pięciolatkę.
Ten drugi kryzys zażegnała wojna, która w sierpniu 1990 roku spadła na Kuwejt, gdy został najechany przez wojska sąsiedniego Iraku. Irackich najeźdźców odparli po pół roku ściągnięci na pomoc Amerykanie, a wówczas kuwejcki emir i posłowie, w geście narodowej zgody, spotkali się w saudyjskiej Dżiddzie, zakopali wojenny topór i poprzysięgli szanować się nawzajem i przestrzegać ustalonych reguł demokratycznej gry.
Demokracja nie przekonuje Kuwejtczyków
Długo dotrzymywali danego słowa, a okres między 1990 a 2006 rokiem nazywany jest w Kuwejcie złotym czasem parlamentaryzmu. Skończył się wraz ze śmiercią panującego od 1977 roku emira Dżabera as-Sabaha (dynastia Sabahów rządzi tymi ziemiami od XVIII stulecia).
Zgodnie z miejscową tradycją na emirów wybierani się potomkowie po mieczu Dżabera i Salima, dwóch synów i następców siódmego emira, Mubaraka, władcy z przełomu XIX i XX wieku, uważanego za założyciela współczesnego Kuwejtu. Zmarły emir Dżaber pochodził z linii swojego imiennika, więc jego następcą miał zostać Saad, potomek Salima. Był jednak człowiekiem tak schorowanym (na pogrzeb Dżabera przybył w wózki inwalidzkim), że wkrótce musiał abdykować, a nowym emirem został kolejny dziedzic dżaberowej linii, Sabah, którego Saad zdążył wyznaczyć na księcia koronnego.
Choć sukcesja przebiegła zgodnie z tradycją, potomkowie Salima uważali, że zostali pokrzywdzeni i odtąd do sporów między dworem i parlamentem doszły także pałacowe intrygi w rodzinie panującej. Nasiliły się jeszcze po śmierci emira Sabaha w 2020 roku, bo jego następcą został książę Nawaf, również wywodzący się z Dżaberów. Nawaf próbował godzić skłóconych kuzynów, a także dwór z posłami, ale złożony chorobami umarł rok temu, a jego tron przypadł kolejnemu z Dżaberów, Miszalowi.
Marne zdrowie, a przede wszystkim sędziwy wiek kuwejckich władców (dzisiejszy emir Miszal zapisał się w pamięci jako najstarszy w świecie, 83-letni następca tronu) i ich sukcesyjne spory, a także swarliwość miejscowych posłów sparaliżowały prace rządu. Podczas publicznych interpelacji w parlamencie posłowie mieszali z błotem ministrów i żądali ich dymisji, rozzłoszczeni emirowie rozwiązywali parlament za parlamentem, ale nowe wcale nie były lepsze. Kuwejtczycy prawie co rok byli wzywani do wyboru posłów, a rządzący, zajęci bez reszty „wojenkami na górze”, zarzucili całkiem sprawy państwa, które z każdym rokiem miały się coraz gorzej. W tym roku w Kuwejcie, niegdysiejszym bogaczu, wprowadzono reglamentację prądu.
Emir Miszal ledwie wstąpił na tron, a już w lutym rozpędził parlament, bo wystąpienia posłów uznał za obrazę majestatu. W kwietniu odbyły się nowe wybory, w wyniku których ukonstytuował się nowy parlament w niemal identycznym składzie co stary, rozpędzony. W maju emir uznał więc, że nie ma innego wyjścia jak po raz kolejny rozwiązać parlament, a także zawiesić na cztery lata kuwejcką demokrację. Nie rozpisał nowych wyborów i do końca kadencji rozwiązanego parlamentu będzie rządził dekretami.
W telewizyjnym orędziu oznajmił, że nie pozwoli, by demokrację w Kuwejcie wykorzystywano do „niszczenia państwa” i że zanim odwiesi demokrację i rozpisze nowe wybory do parlamentu, dobrze się nad wszystkim zastanowi i podejmie „wszelkie właściwe decyzje”. Obrońcy demokracji i postępu w Kuwejcie zamarli z trwogi, bo w słowach emira usłyszeli pogróżkę. Ich niepokój wzrósł jeszcze, gdy na początku lata za kratkami wylądowali dwaj posłowie, najwięksi krzykacze, skazani na pół roku i 4 lata za obrazę sędziów i majestatu emira.
Niewielką pociechą dla Kuwejtczyków stała się czerwcowa decyzja emira wyznaczająca nowego następcę tronu. Księciem koronnym został ogłoszony młody jak na Sabahów 71-letni szejk Sabah al-Chalid, pierwszy niewywodzący się ani z linii Dżaberów, ani Salimów. Nie wiadomo jednak, czy jego awans nie jest początkiem nowych kłopotów, by zgodnie z konstytucją wybór następcy tronu powinni zatwierdzić posłowie.
Niekończące się kłótnie polityków i spowodowany przez nich paraliż rządów sprawiły, że Kuwejtczycy zaczęli wątpić w demokrację. Sondaż „Arab Barometer” wykazał, że choć 85 proc. wciąż uważa, że demokracja jest najlepsza z niedoskonałych sposobów sprawowania władzy, to prawie połowa, dwukrotnie więcej niż pięć lat temu, podziela opinię, że „demokratyczne rządy są niezdecydowane i nieskuteczne”.
Kraina prawdziwych królów
Problemy demokracji Kataru i Kuwejtu nie zmartwiły wcale ich sąsiadów, królestw Arabii Saudyjskiej, Bahrajnu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Omanu. Półwysep Arabski i sąsiadująca z nim Jordania to ostatnia na świecie kraina, gdzie rządzą prawdziwi królowie, a nie malowani. Królowie, emirowie i sułtani sprawują władzę w sposób absolutny i przekazują ją z ojca na syna. Poza Jordanią partie polityczne są zakazane, kadłubowe parlamenty pełnią rolę wyłącznie doradczą, obywatele wybierają wyłącznie samorządy, a zawołaniem przywódców, nawet tych najbardziej oświeconych, jest: im mniej demokracji, tym lepiej dla wszystkich.
Zgodzą się z nim także Jemeńczycy, którzy na Półwyspie Arabskim stanowią w większości spraw wyjątek. Eksperymentowali już z każdym chyba ustrojem politycznym, od monarchii, przez republikę po komunizm, dzielili i łączyli (w 1991 roku) na Jemen Północny i Południowy, wszczynali bunty, wojny i rewolucje. Ostatnia to Arabska Wiosna, która wybuchła zimą 2011 roku i przerodziła w wojnę domową, jak w Libii i Syrii. Gdzie indziej wojny się pokończyły, wróciły stare porządki, a o rewolucjach zapomniano. W Jemenie nawet wojna nie przyniosła żadnego rozstrzygnięcia, nieco przycichła, ale toczy się już dziesiąty rok, jej końca zaś nie widać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















