Co dalej z rosyjskimi bazami wojskowymi w Syrii? Wpływy Putina na Bliskim Wschodzie i w Afryce pod znakiem zapytania

Po utracie sprzymierzeńca w Damaszku Rosji grozi, że straci również dwie najcenniejsze bazy wojenne, które umożliwiały Kremlowi ekspansję nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale także w Afryce.
w cyklu STRONA ŚWIATA
Czyta się kilka minut
Rosyjskie samoloty wojskowe opuszczają bazę lotniczą w Chmejmin pod Latakią. Syria, 15 grudnia 2024 r. // Fot. Izzettin Kasim / Getty Images
Rosyjskie samoloty wojskowe opuszczają bazę lotniczą w Chmejmin pod Latakią. Syria, 15 grudnia 2024 r. // Fot. Izzettin Kasim / Getty Images

Bazę wojenną w Tartusie, położonym na śródziemnomorskim wybrzeżu Syrii, Rosjanie zbudowali jeszcze na początku lat 70., w czasach, gdy na świecie panowała „zimna wojna” między Wschodem i Zachodem, Syria zaś, rządzona przez Hafiza al-Asada, założyciela dynastii, była najważniejszym sojusznikiem Kremla na Bliskim Wschodzie. Tartus służył Moskwie za strażnicę na śródziemnomorskich wybrzeżach, gdzie poza Syrią miała przyjaciół także w Algierii czy Libii.

Po rozpadzie Związku Sowieckiego i przegranej Wschodu w „zimnej wojnie” z Zachodem Rosja zachowała bazę w Tartusie, ale przez długie lata pozostawała ona praktycznie nieczynna. Rosjanie wrócili do niej dopiero przed kilkunastoma laty, gdy panujący od 1999 roku rosyjski przywódca Władimir Putin postanowił wypowiedzieć wojnę zachodnim porządkom na świecie.

Impulsem do tego stały się wydarzenia Arabskiej Wiosny z przełomu lat 2010 i 2011, a także 2011 i 2012, gdy na placu Błotnym w Moskwie zbierały się wielotysięczne wiece, by protestować przeciwko sfałszowanym wyborom do Dumy i dyktatorskim rządom Putina. A kiedy pod koniec 2013 roku uliczna rewolucja w Kijowie obaliła przychylnego Rosji prezydenta Wiktora Janukowycza, gospodarz Kremla uznał, że nie może biernie się przyglądać, jak Zachód zawiązuje przeciwko niemu kolejne spiski i wywołuje „kolorowe rewolucje”, by odebrać mu władzę i osłabić Rosję.

W 2014 roku Rosja po raz pierwszy najechała na Ukrainę, odbierając jej Krym, a rok później wysłała wojska do Syrii, by bronić tamtejszego prezydenta Baszara al-Asada, syna Hafiza, przed dżihadystami z Państwa Islamskiego oraz rebeliantami wspieranymi przez Zachód i Turcję. Rosyjscy żołnierze wrócili do Tartusu, a ich lotnictwo, stosując taktykę spalonej ziemi, niszczyło zajęte przez powstańców miasta i wioski. Zgliszcza zajmowała piechota z libańskiej partyzantki Hezbollahu, stworzonej i zbrojonej przez Iran, a teraz posłanej Asadowi na pomoc. Rosyjskie wsparcie przechyliło szalę zwycięstwa w wojnie domowej na stronę Asada, a w zamian syryjski prezydent, spłacając wojenne długi, w 2017 roku oddał Kremlowi bazę morską w Tartusie w bezpłatną, 49-letnią dzierżawę. Dołożył do tego jeszcze (również na 49 lat i także za darmo) bazę lotniczą w Chmejmin pod Latakią.

Syryjska wiktoria, a także wcześniejsza, w wojnie krymskiej z lat 2014-15, była dla putinowskiej Rosji punktem zwrotnym. Putin mógł mówić, że Rosja znów stała się światowym mocarstwem, decyduje o wojnach, pokoju i porządkach na całym świecie. Bazy w Tartusie i Chmejmin, choć jedyne poza obszarem byłego Związku Sowieckiego, służyły za niezbity dowód na potwierdzenie nowych aspiracji i znaczenia Rosji.

Afrykańscy sojusznicy Kremla

Nowa Rosja nie zamierzała zatrzymać się na Syrii i Bliskim Wschodzie, lecz śmiało sięgnęła po Afrykę. Rosyjscy najemnicy z Grupy Wagnera wylądowali w Republice Środkowoafrykańskiej jako gwardia przyboczna tamtejszego prezydenta, który w zamian pozwolił rosyjskim firmom wydobywać tamtejsze skarby – diamenty i złoto, a także pozyskiwać cenne gatunki drewna.

Wkrótce najemnicy od Wagnera wylądowali również w sudańskim Darfurze, w Libii (rozdartej po wojnie domowej na zachodnią Trypolitanię i nieuznającą jej pierwszeństwa Cyrenajkę na wschodzie), w Mali, Burkina Faso i Nigrze, gdzie władzę, wskutek wojskowych przewrotów, przejęli w ostatnich latach młodzi oficerowie zbuntowani przeciwko słabym prezydentom wspieranym przez Zachód. Rosjanie zerkają też pożądliwie na Czad, skąd tamtejszy przywódca wyprosił właśnie Francuzów i Amerykanów. Gdyby w ich miejsce zaprosił rosyjskich żołnierzy, Kreml przejąłby kontrolę nad całym Sahelem, od sudańskiego Darfuru po Senegal, skąd Francuzi zostaną wyproszeni w przyszłym roku.

Tak błyskawiczna i błyskotliwa ekspansja nie byłaby możliwa bez rosyjskich baz w syryjskich Tartusie i Chmejmin. Służyły wagnerowcom, a dziś ich następcom z Korpusu Afrykańskiego za bazy przeładunkowe i zaopatrzeniowe oraz warsztaty naprawcze. Samoloty z Chmejmin transportowały broń do libijskiej Cyrenajki, rządzonej przez mającego wsparcie Rosjan samozwańczego marszałka polnego Chalifę Haftara, a stamtąd rozwożona była dalej: od Republiki Środkowoafrykańskiej i Darfuru po Mali i Burkina Faso (położony pośrodku, na skrzyżowaniu karawanowych szlaków Czad byłby dlatego taką gratką dla kremlowskich strategów).

Równie niespodziewana, co bolesna i upokarzająca dla Rosji klęska jej protegowanego Baszara al-Asada, obalonego na początku grudnia przez nową rebelię (drony bojowe i instruktorów do ich obsługi podesłali w dodatku powstańcom Ukraińcy), nie tylko pomniejsza znaczenie Rosji na Bliskim Wschodzie (jeszcze większym przegranym okazał się jej najważniejszy dziś sojusznik, Iran), ale zagraża też jej ekspansji w Afryce. Putin ocalił życie Asada i udzielił mu schronienia w Moskwie, ale władzy mu nie uratował, co może jutro ostudzić ochotę afrykańskich przywódców do zawierania przymierzy z Kremlem.

Władzę w Damaszku przejęli przywódcy partyzantów, którzy tocząc syryjską wojnę, uważali Rosję za najgorszego po Asadzie i Iranie wroga. Jeśli wypowiedzą Moskwie umowę dzierżawy i każą wynosić się z Tartusu i Chmejmin, Kreml nie będzie mógł już tak szybko i sprawnie jak dawniej przerzucać broni i wojsk do Afryki. Utrudni to Rosjanom dalsze podboje na Czarnym Lądzie, a jeśli stracą opinię pewnego zaopatrzeniowca, mogą stracić także dzisiejszych sojuszników.

Czy Rosja dogada się z nowymi władzami Syrii?

Rosjanie zapewniają, że donikąd się z Syrii nie wynoszą, że do Tartusu i Chmejmin zaprosili ich przecież sami Syryjczycy i że rozmawiają już z nowymi rządzącymi z Damaszku o warunkach dalszej dzierżawy. Także syryjscy partyzanci, którzy obalili Asada, zapowiadają, że nie wierzą ani w wiecznych wrogów, ani wiecznych przyjaciół i z każdym gotowi są rozmawiać o wszystkim. Przebąkują też, że w przyszłości, gdy w Syrii zapanują już nowe porządki, o przyszłości obcych baz rozstrzygną sami Syryjczycy, w wyborach, a może w specjalnym plebiscycie.

Jak na razie rosyjskie wojska rozrzucone po posterunkach i strażnicach w całej Syrii zmierzają do Tartusu i Chmejmin, zajętych przez partyzantów. Partyzanci nie zbliżają się jednak nawet do bram rosyjskich baz, a Rosjanie gromadzą w nich ściągany z prowincji sprzęt wojskowy i broń. W Chmejmin lądują wielkie samoloty transportowe, do których ładowane są rozbierane na części śmigłowce, stacje radarowe i systemy obrony przeciwlotniczej SAM-400. Ukraiński wywiad twierdzi zaś, że z bałtyckich portów wyruszyła do Tartusu cała rosyjska flotylla, by wywieźć broń i sprzęt, zanim tamtejsza baza zostanie przez Syryjczyków na głucho zamknięta.

Syryjscy rebelianci w rosyjskiej bazie wojskowej w okolicy Tartusu. Syria, 16 grudnia 2024 r. // Fot. Scott Peterson / Getty Images

Z wojennego portu w Tartusie Rosjanie wyprowadzili wszystkie okręty, które rzuciły kotwice na pełnym morzu, na międzynarodowych wodach, kilkanaście kilometrów od syryjskich wybrzeży. Zrobili to na wszelki wypadek, by uchronić armadę przed powietrznym rajdem ukraińskich dronów czy choćby przypadkowym bombardowaniem izraelskiego lotnictwa, które korzystając z bezkrólewia w Damaszku, niszczy całą wojenną infrastrukturę Syrii: porty, lotniska, magazyny broni, wojskowe koszary, ostrzeliwuje samoloty, zatapia okręty.

Rosjanie zapewniają, że są dobrej myśli i że chcą zatrzymać syryjskie bazy. Sceptyczni zachodni badacze Bliskiego Wschodu twierdzą, że dobrze mogą iść co najwyżej rokowania w sprawie przeprowadzonej w spokoju ewakuacji baz, że jedyne, na co może Rosja liczyć, to uniknięcie panicznej rejterady, jak ta Amerykanów z Kabulu sprzed ponad trzech lat.

Likwidacji rosyjskich baz domaga się od nowych gospodarzy w Damaszku Unia Europejska. Ma to być jeden z warunków, by Bruksela uznała w nich prawowite władze Syrii. Amerykanom, którzy także utrzymują w Syrii swoje bazy wojenne na pograniczu z Irakiem, niezręcznie domagać się zamykania cudzych baz, ale przypominają Syryjczykom zbrodnie wojenne Rosjan i czyjej władzy bronili.

Kiedy pod koniec listopada partyzanci ruszyli do zwycięskiego marszu na Damaszek, Rosjanie posłali z początku przeciwko nim lotnictwo, ale widząc, że nawet rządowe wojsko nie zamierza bronić Asada, zaniechali dalszej walki i wywieźli jedynie dyktatora z Chmejmin do Moskwy. Dziś, nieśmiało, chwalą się, że pomogli w ten sposób partyzantom w zwycięstwie i że tylko dzięki temu udało się uniknąć krwawej walki o władzę. Kremlowskie telewizje nie nazywają już syryjskich partyzantów terrorystami, a czeczeński przywódca Ramzan Kadyrow, człowiek Putina od brudnej roboty, namawia, by jak najprędzej, przed wszystkimi, wykreślić ich ze wszystkich czarnych list i się z nimi dogadywać.

Rosjanie najbardziej jednak liczą, że nowi przywódcy Syrii w ich obecności w Tartusie i Chmejmin dojrzą korzyść i sposób, by nie popaść w całkowite uzależnienie od Turcji, największej wygranej syryjskiej batalii, a także nieufnego dziś Zachodu (bardzo by go sobie zjednali, zamykając rosyjskie bazy). Na Kremlu wiedzą, że nawet w najlepszym przypadku o darmowej dzierżawie mogą zapomnieć, ale nie tracą resztek nadziei.

Putin i Erdoğan: trudne braterstwo

Największe zaś nadzieje pokładają w Turcji i jej prezydencie Recepie Tayyipie Erdoğanie. Turek, podobnie jak Putin, należy do wyznawców, a nawet przywódców politycznej sekty tzw. suwerennej demokracji, będącej w istocie wyborczą autokracją. Erdoğan mieni się bratem Putina w politycznej wierze, ale rządzona przez niego Turcja zadaje Rosji jedną po drugiej bolesne klęski. Wojskowe wsparcie, jakiego Turcja udzieliła kuzynom z Azerbejdżanu, pomogło im w 2020 i 2023 roku rozgromić Ormian i pozbyć się Rosji z południowego Kaukazu.

W Libii wspierany przez Ankarę rząd z Trypolisu w 2019 roku rozgromił przy pomocy tureckich dronów armię Haftara i rosyjskich najemników oblegających libijską stolicę. Teraz syryjscy partyzanci, których Turcja była opiekunką, obalili rosyjskiego protegowanego z Damaszku i wyrugowali Rosję z Bliskiego Wschodu, a Erdoğan, jak to on, opowiada, że na całym bożym świecie jest tylko dwóch przywódców jak się patrzy: on i jego przyjaciel Putin.

Pod rządami Erdoğana Turcja wyrosła na regionalne mocarstwo, rozdające karty nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale też w Afryce. Z Rosją jednak nie zamierza toczyć wojen i wojenek w każdej sprawie. Turcja potrzebuje Rosji do rozgrywki z Zachodem, którego pozostaje sprzymierzeńcem, ale któremu nie chce się dać zdominować. Nie chce więc bez potrzeby Rosji osłabiać, a rosyjskie bazy w Syrii ani Turcję ziębią, ani grzeją. Przynajmniej w tej chwili, przynajmniej nie ta morska, w Tartusie; bo lotniczej w Chmejmin Turcy, a z nimi Amerykanie mogą jednak sobie nie życzyć. Rosyjscy dyplomaci i wojskowi zwrócili się już ponoć do tureckich kolegów po fachu z prośbą o przysługę. Przypomnieli, że nie przeszkadzali tureckim faworytom, syryjskim partyzantom, w zdobyciu Damaszku, więc może Turcja namówi ich, by zostawili rosyjskie bazy w spokoju.

Rosja: co zamiast baz wojskowych w Syrii

Jeśli jednak Syryjczycy wyproszą Rosjan i odbiorą im śródziemnomorskie bazy wojenne, Kreml, jeśli zechce utrzymać wpływy w Afryce, będzie musiał się postarać o nowe przyczółki. Od kilku lat zabiegał o zgodę władz w Chartumie na otwarcie wielkiej bazy wojennej w czerwonomorskim Port Sudan. Ale kiedy umowa była prawie gotowa, w Sudanie wybuchła wojna domowa, a rządzący z Chartumu nie mogą wybaczyć Kremlowi, że podlegli mu najemnicy od Wagnera zbroili (i dalej robią to żołnierze z Korpusu Afrykańskiego) buntowników z Darfuru.

Zastąpić syryjskie bazy mogłyby porty w Cyrenajce, ale zarówno Tobruk, jak Bengazi wymagałyby wielkiej rozbudowy, co pochłonęłoby wiele czasu i pieniędzy, Tobruk zaś, zdaniem fachowców, leży zbyt blisko Egiptu, żeby nadawał się na tak ważną strategicznie bazę wojenną. Poza wszystkim, co innego też sprzedawać broń i szkolić wojska watażki Haftara, a co innego dzierżawić od niego bazy wojenne. Właściwszym partnerem do tego byłby uznawany przez świat rząd z Trypolisu, ale Rosja wspiera w Libii jego wrogów. Najlepszym dla Kremla rozwiązaniem byłoby pogodzić Libijczyków, którzy powołaliby nowy, wspólny już rząd, a ten, w podzięce, podarowałby Kremlowi bazy wojenne, jak Asad w Syrii.

Na razie Rosjanie przerzucają z syryjskiej Latakii broń i sprzęt wojenny samolotami do baz położonych na południu i wschodzie Libii (tylko do nich mogą dolecieć rosyjskie wojskowe samoloty transportowe bez konieczności uzupełnienia paliwa – dotąd robiły to w Chmejmin). W mijającym roku, myśląc o ekspansji, a nie konieczności ewakuacji z Syrii, Rosjanie rozbudowali lotniska, zbudowali nowe pasy startowe i umocnili fortyfikacje w bazach Brak al-Szatti, Al-Chadim, Al-Kardabija i Al-Dżufra, by mogły tam lądować zarówno samoloty bojowe, jak wielkie transportowce. Pod koniec listopada z gospodarską wizytą przybył do nich sam rosyjski wiceminister obrony Junus-bek Jewkurow, który po śmierci Jewgienija Prigożyna w 2023 roku, założyciela i przywódcy Grupy Wagnera, przejął jego najemników i wcielił ich do podległego Kremlowi Korpusu Afrykańskiego. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”