Reklama

Nadkaspijskie wybory

Nadkaspijskie wybory

w cyklu STRONA ŚWIATA
11.02.2020
Czyta się kilka minut
Wolne i uczciwe elekcje nie są specjalnością krajów położonych na brzegach Morza Kaspijskiego. Zakończone właśnie wybory parlamentarne w Azerbejdżanie potwierdziły tę złą opinię, a te zbliżające się w Iranie tylko jeszcze ją umocnią.
Azerscy żołnierze w lokalu wyborczym w Baku podczas wyborów parlamentarnych, 9 lutego 2020 r. / FOT. TOFIK BABAYEV / AFP / East News
J

Jeszcze żadne wybory przeprowadzone w niepodległym od 1991 roku Azerbejdżanie nie zostały uznane przez zachodnich jurorów demokracji za uczciwe ani wolne. Niedzielne wybory parlamentarne nie były wyjątkiem, a krytyczny werdykt przybyłych z Europy gości był formalnością. Partia rządząca wykorzystuje państwo – administrację, sądy, urzędy, policję – jako instytucję niezwykle użyteczną dla utrzymywania władzy i wynikających z niej przywilejów, przeciwnicy polityczni są prześladowani i wtrącani do więzień, opozycja pozbawiona jakichkolwiek szans na równą walkę, tłumiona jest wolność zgromadzeń i słowa, a rządowa telewizja, opłacana z podatków obywateli i państwowego budżetu, jeśli wspomina o opozycji, to tylko, by ją ośmieszać, krytykować lub oskarżać o zdradę.

Władze Azerbejdżanu odrzucają połajanki Parlamentu Europejskiego i Rady Europy i skarżą się, że Zachód od lat stosuje wobec Baku podwójną miarę. „Przedstawia się nas jako kraj zacofany, oczernia, publikuje pełne kłamstw raporty, jakoby prawo i demokracja były u nas łamane, nie zauważa się naszych dokonań” – wylicza panujący osiemnasty rok prezydent Ilham Alijew.

Nadzieje niezależnych

Ogłoszone we wtorek wyniki nikogo nie zaskoczyły. W liczącym 125 posłów parlamencie zasiądzie 72 przedstawicieli rządzącej partii Nowy Azerbejdżan (dotąd mieli 65 posłów) i tylko jeden przedstawiciel opozycji, i to tej nie najbardziej radykalnej, lecz ugodowej. Musawat, jedna z najstarszych politycznych partii w Azerbejdżanie, która sto lat temu rządziła w Baku i założyła tam pierwszą w świecie muzułmańskim republikę, w nowym parlamencie nie będzie miała żadnego posła. Podobnie jak Front Narodowy, główny pod koniec wieku ruch niepodległościowy w kraju – niedzielne wybory frontowcy postanowili zbojkotować.

Wszystkie pozostałe mandaty do Milli Medżlisu zdobyli posłowie niezależni. Większość z nich powiązanych jest z rządzącą partią, ale wielu to traktujący niezależność niezwykle poważnie działacze społeczni i młodzieżowi, obrońcy praw człowieka, ekolodzy, feministki i blogerzy. Odrzucają stare partie i podział politycznej sceny na dwa, przedzielone barykadą obozy. Wierzą w pracę u podstaw i w to, że tylko ona przywróci Azerom utraconą wiarę w demokrację i zmieni ich w obywateli, zaś Azerbejdżan z oligarchii w demokrację, jeszcze nie teraz, lecz wkrótce, za jakiś czas.

Młodość w cenie

Władze mogły poczekać z wyborami do końca roku, ale zamiast tego postanowiły je o dziewięć miesięcy przyspieszyć. Dworzanie Ilhama Alijewa tłumaczyli to tym, że prezydent, niezadowolony z wolnego tempa reform i postępu, postanowił wymienić swoich ludzi, podziękować starszym wiekiem i pamiętającym jeszcze czasy Związku Radzieckiego i zastąpić młodszymi, wychowanymi już w niepodległym państwie, wykształconymi na Zachodzie, światowymi, technokratami.

Ilham, dziedzic pierwszej na obszarze byłego Związku Radzieckiego politycznej dynastii, został usadzony na bakińskim tronie przez ojca, Hajdara, panującego najpierw jako komunistyczny sekretarz (1969-82), a potem prezydent niepodległego państwa (1993-2003). Kiedy obejmował władzę, mówiono o nim w Baku, że z czasem uwolni się od opiekunów, starych towarzyszy ojca, wymieni ich na młodych technokratów, unowocześni państwo, wprowadzi niezbędne reformy. Czas jednak mijał, a w Azerbejdżanie niewiele się zmieniało. Ilham, rządzący prawie dwadzieścia lat, zbliża się już do 60-tki i nawet jako polityk nie może już uchodzić za młodzieńca. Mało kto wierzy także w jego rzekomy reformatorski zapał, który otoczony starcami-dworzanami musiał dławić. Przyspieszenie wyborów tłumaczono raczej obawą Ilhama, że sytuacja gospodarcza 10-milionowego kraju do końca roku może się pogorszyć, więc lepiej z nią nie czekać i nie przeprowadzać jej, gdy ludzie będą niezadowoleni, lecz urządzić głosowanie już dziś, gdy chwalą sobie święty spokój i porządek.

Rządy klanów 

Pierwsza dekada rządów niedoświadczonego Ilhama przypadła na niespokojny czas kolorowych rewolucji (w Baku próby jej wywołania fatalnie się nie powiodły), ale przede wszystkim czas dobrej koniunktury na światowych rynkach surowców energetycznych. Azerbejdżan, bogaty w ropę naftową i gaz ziemny, prosperował, a nowy przywódca hojnością, na którą go było stać, kupował lojalność i życzliwość obywateli. W ostatnich latach koniunktura pogorszyła się jednak, a uzależniony od petrodolarów Azerbejdżan zaczął przeżywać kłopoty – spadła wartość miejscowej waluty, manatu; wzrosły inflacja i bezrobocie. 

W Baku nie brak jednak głosów, że wcześniejsze wybory są wynikiem nie tylko pogarszającej się sytuacji gospodarczej, co wzmagającej się w jej skutek walki o wpływy i pierwszeństwo między azerbejdżańskimi „klanami”, rodowymi, towarzyskimi i regionalnymi ugrupowaniami, od lat odgrywającymi decydujące role w miejscowej polityce.

Jesienią Ilham Alijew zaczął wreszcie pozbywać się ze swojego dworu politycznych weteranów, dawnych towarzyszy ojca, którzy pomagali młodemu dziedzicowi utrzymywać się u władzy, ale jednocześnie ubezwłasnowolniali, czynili swoim zakładnikiem. W październiku Ilham podziękował za służbę 81-letniemu Ramizowi Mechtijewowi, wszechwładnej „szarej eminencji”, zarówno z czasów rządów Hajdara, jak Ilhama Alijewów. Odwołał też swojego rówieśnika, Alego Hasanowa, odpowiadającego za propagandę i kontakty z dziennikarzami.


CZYTAJ WIĘCEJ

STRONA ŚWIATA to autorski serwis Wojciecha Jagielskiego, w którym dwa razy w tygodniu reporter i pisarz publikuje nowe teksty o tych częściach świata, które rzadko trafiają na pierwsze strony gazet. Wszystkie teksty są dostępne bezpłatnie. CZYTAJ TUTAJ →


Zarówno Mechtijew, jak Hasanow, a także wielu innych, odsuniętych jesienią od władzy dygnitarzy należało do tzw. klanu nachiczewańskiego, który wyrosły w czasach Alijewa starszego, rządził niepodzielnie Azerbejdżanem przez ostatnie pół wieku. Nachiczewan to należąca do Azerbejdżanu enklawa, oddzielona od reszty kraju pasem terytorium Armenii. Z Nachiczewana wywodził się Hejdar Alijew (Ilham urodził się już po przeprowadzce ojca do Baku), a wspinając się po szczeblach politycznej piramidy, ciągnął za sobą i awansował ziomków, którzy wraz z azerskimi uchodźcami z Armenii (rozpadowi ZSRR i narodzinom niepodległych Armenii i Azerbejdżanu towarzyszyły pogromy wrogich sobie Azerów i Ormian, a także wojna w Górskim Karabachu; położony w Azerbejdżanie, ale zamieszkany przez Ormian, po krwawej wojnie ogłosił secesję) stali się jego politycznym zapleczem.

Po intronizacji Ilhama przywódcy klanu nachiczewańskiego liczyli na umocnienie swoich niekwestionowanych rządów i wpływów. Znaleźli jednak poważnego rywala w postaci stołecznego politycznego klanu i rodu bogaczy i uczonych, Paszajewów, których najbardziej prominentną dziś przedstawicielką jego żona Ilhama Alijewa, Mehriban, którą w 2017 roku mąż awansował na wiceprezydentową, swoją zastępczynię i następczynię. 

O Mehriban mówi się w Azerbejdżanie, że dzięki swojej charyzmie i energii cieszy się większym poparciem rodaków niż jej mąż i gdyby urządzić w kraju naprawdę wolne wybory, to ona zostałaby ich zwyciężczynią, a nie mąż prezydent. Paszajewowie dominują zaś w azerbejdżańskim szkolnictwie, nauce, kulturze i turystyce, ale w ostatnich latach zaczęli poszerzać swoje imperium biznesowe na energetykę, nieruchomości, banki, telekomunikację. Za swoje terytorium klan Paszajewów uważa stołeczne Baku, a także pobliski półwysep Apszeron wraz z okolicznymi polami naftowymi, a usiłując się wyrwać z zależności od starych towarzyszy ojca i klanu nachiczewańskiego, Ilham, niewykluczone, że pod wpływem ambitnej żony, stawia na klan Paszajewów. Ich i ich faworytów awansuje, powierza stanowiska, przyznaje koncesje. Poluźnia zaś więzy łączące go z klanem nachiczewańskim (dymisje), a nawet rodem Alijewów. Z mieszkającą w Londynie siostrą Sewil prawie nie utrzymuje stosunków, w 2016 roku nie pojechał na pogrzeb stryja Dżalala.

Dobra koniunktura i petrodolarowa manna sprawiała, że pieniędzy starczało do podziału między wszystkie rywalizujące klany. Wobec pogorszenia sytuacji na światowych rynkach i mniejszych dochodach, zyski jednych odbywają się za cenę strat innych. W Baku tracą przedstawiciele dominującego dotąd klanu nachiczewańskiego, a o polityce w Azerbejdżanie wciąż rozstrzygają dworskie intrygi, a nie obywatele w wyborach, które służą jedynie legitymizacji zakulisowych rozgrywek.

Gabinetowe intrygi ważniejsze są także wciąż od wyborów w sąsiadującym z Azerbejdżanem od południa Iranem, gdzie we wtorek wielotysięcznymi pochodami i wiecami świętowano 41. rocznicę rewolucji muzułmańskiej. 

Wyznaczeni i wybrani

W Iranie wybory parlamentarne odbędą się 21 lutego, ale ich wynik będzie rozstrzygnięty, zanim jeszcze otwarte zostaną lokale do głosowania. Irańczycy będą mogli bowiem wybierać posłów jedynie spośród kandydatów zatwierdzonych wcześniej przez Radę Strażników Rewolucji, składającą się z duchownych i znawców koranicznego prawa, wyznaczonych przez Najwyższego Przywódcę, ajatollaha Alego Chamenei.

Ustrój muzułmańskiej republiki, zarządzanej przez mułłów, nie zezwala na działalność partii politycznych, a poza selekcją kandydatów na posłów Rada Strażników ma prawo orzekać, czy prawa przyjmowane przez parlament i wszystko w irańskiej codzienności jest zgodne z duchem islamu i rewolucji.

Przed lutowymi wyborami Strażnicy skreślili dwie trzecie spośród około 16 tysięcy na posłów, a zdecydowaną większość odrzuconych stanowili politycy umiarkowani, niechętni konfrontacji z Zachodem i przekonujący, by w teokratycznej dyktaturze, jaką stała się republika mułłów, wprowadzać więcej swobody. Radykałowie przekonują zwolenników umiaru i prezydenta Hassana Rouhaniego, który im przewodzi, że zamiast narzekać, powinni raczej dziękować Strażnikom Rewolucji, bo ich wyborczą cenzurą będą mogli usprawiedliwić niechybną wyborczą klęskę.

Irańska zimna wojna

Rouhani, panujący od 2013 roku, w 2015 podpisał z Amerykanami układ, w którym Iran wyrzekał się bomby atomowej w zamian za zniesienie przez Zachód wszelkich gospodarczych sankcji, jakimi karze on od lat republikę ajatollahów. Rouhani przekonywał, że to jedyny sposób ocalenia irańskiej gospodarki, przełamania międzynarodowego ostracyzmu. Ale nowy amerykański prezydent Donald Trump w 2018 roku wypowiedział umowę atomową i ogłosił wobec Teheranu jeszcze ostrzejsze sankcje, które wprawiły irańską gospodarkę w stan śmierci klinicznej. 

Rozczarowani Irańczycy stracili wiarę w Rouhaniego, którego rząd nie tylko nie przyniósł im obiecywanego dostatku, ale brutalnie tłumił wszystkie uliczne wystąpienia przeciwko biedzie, bezrobociu, drożyźnie i beznadziei. W ten sposób, wydając „zimną wojnę” ajatollahom (w styczniu niemal przerodziła się w otwartą konfrontację – Amerykanie zabili w Bagdadzie jednego z najważniejszych irańskich generałów, a Irańczycy w odwecie ostrzelali amerykańskie bazy wojenne w Iraku, raniąc – jak się okazuje – ponad 100 żołnierzy), wyświadczył im niechcący wyborczą przysługę.

Po sąsiedzku

Wybory nie są radosnym świętem wolności w żadnym z pozostałych państw, położonych nad brzegami Morzami Kaspijskiego. Rosja nie jest wzorem demokracji nawet dla jej sąsiadek, środkowoazjatyckich satrapii, a na wchodzącym w jej skład Kaukazie, odkąd na Kremlu rządy sprawuje Władimir Putin, miejscowych przywódców nie wybiera się, lecz wyznacza w Moskwie. Kazachstan, w którym w zeszłym roku stary władca Nursułtan Nazarbejew ustąpił z tronu, a na swoje miejsce namaścił wybranego przez siebie następcę, cieszy się opinią satrapii oświeconej, w której przeciwników politycznych nie wtrąca się przynajmniej do więzienia. Pustynna Turkmenia uchodzi za to za kliniczny wzór satrapii, a w wyborach, jeśli w ogóle się je urządza, jednogłośnie zwycięża miłościwie panujący władca.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"W Iranie wybory parlamentarne odbędą się 21 lutego, ale ich wynik będzie rozstrzygnięty, zanim jeszcze otwarte zostaną lokale do głosowania." Najzwyczajniej pisze Pan w niezgodzie ze stanem faktycznym. Wybory nie beda rozstrzygniete przed przed otwarciem lokali. Tak istnieje sito, o ktorym Pan pisze ale wybory w Iranie sa autentycznym aktem glosowania i wyboru przez obywateli. Warto czasami zapoznac sie ze stanem faktycznym, nawet jesli cos nie bardzo sie podoba. Iran nie mogl wyrzec sie bomby atomowej, jak Pan pisze, gdyz oficjalnie program nuklearny byl prowadzony w celach pokojowych. Co natomiast sie stalo, to Iran zaakceptowal ograniczenia w programie nuklearnym i to tylko na czas jakis. Pozdrawiam
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]