Urządzone pod koniec listopada wybory musiały zakończyć się wynikiem historycznym – albo po raz pierwszy w liczonych od 1990 roku dziejach państwa władzę objęłaby opozycja, albo – gdyby rządzącej partii udało się jakimś cudem utrzymać u władzy – najwyższy, prezydencki urząd przypadłby po raz pierwszy kobiecie. Po raz pierwszy mogło się też zdarzyć, że do wygranej w wyborach prezydenckich potrzebna będzie dogrywka (dzieje się tak, gdy zwycięzca pierwszej tury nie zdobywa w niej wymaganej ponad połowy głosów). Skończyło się na historycznej wygranej kobiety.
Dziejowe wybory w Namibii
Po wyjątkowo zbałaganionych wyborach i wyjątkowo ślamazarnym podliczaniu głosów okazało się, że Netumbo Nandi-Ndaitwah, piastująca dotąd stanowisko wiceprezydenckie, zdobyła 57 proc. głosów, już w pierwszej rundzie wygrała prezydencką elekcję i po czterech prezydentach-mężczyznach jako pierwsza kobieta stanie na czele namibijskiego państwa. Jej najgroźniejszy rywal, były towarzysz partyjny Panduleni Itula, który wystąpił z partii i stanął do wyborów jako kandydat ugrupowania Niezależni Patrioci na rzecz Zmiany, zdobył nieco ponad 25 proc. głosów. Zamierza odwołać się jeszcze – wraz z innymi opozycyjnymi partiami – do Sądu Najwyższego, bo uznał, że wygraną odebrał mu wyborczy bałagan, do którego celowo dopuścili rządzący, żeby przedłużyć głosowanie aż o trzy dni i tak zmanipulować wyborami, by utrzymać się do sprawowanej od 1990 roku władzy.
Wygrana rządzącej w Namibii partii SWAPO (Organizacja Ludu Afryki Południowo-Zachodniej), dawnej partyzantki, walczącej w latach 1960-90 o niepodległość kraju, anektowanego przez apartheidowską Południową Afrykę (Namibia, skolonizowana przez Niemcy, po I wojnie światowej została przekazana ówczesnej Unii Południowoafrykańskiej jako terytorium mandatowe Ligii Narodów), przerwała fatalną passę niegdysiejszych ruchów wyzwoleńczych z południa Afryki, które wywalczywszy przed laty wolność, przerodziły się w rządzące partie, a szantażując rodaków dawnymi zasługami, zdobywają ich głosy w wyborach i sprawują władzę do dziś.
Starzy i młodzi
Ale czas niekończących się i niekwestionowanych rządów ojców założycieli powoli mija. Młodzi, urodzeni już jako ludzie wolni, a nie mieszkańcy kolonii rządzeni przez białych panów, nie pamiętają zamierzchłych, bohaterskich czasów, nie czują się niczyimi dłużnikami i nie widzą powodów, by w imię chlubnej przeszłości rządzących wybaczać ich nieudolność czy zwykłe złodziejstwo.
W Zambii, Malawi czy Kenii dawni wyzwoliciele stracili władzę jeszcze w latach 90., gdy po zakończeniu zimnej wojny i upadku komunizmu nad Afrykę nadciągnęły z Europy wiatry zmian i odnowy. Ale na południu Afryki, w Tanzanii, Mozambiku, Zimbabwe, Południowej Afryce, Botswanie, Namibii i Angoli postarzali buntownicy i rewolucjoniści wciąż rządzą i traktują swoje kraje jak łupy należne im po wygranych wojnach.
Wnuki weteranów walki wyzwoleńczej nie czują się już zakładnikami wspominek o bohaterstwie i zasługach i bardziej przejmuje ich, jak niegdysiejsi wyzwoliciele wywalczoną wolność zmarnowali i ukradli. Młodych – a dzisiejszy statystyczny Afrykanin jest dwudziestolatkiem – złości niekompetencja i korupcja rodziców i dziadków, martwi bieda, bezrobocie, brak mieszkań i perspektyw życiowych, co zmusza ich, by nadziei na przyszłość i lepsze życie szukać w emigracji za chlebem do Europy czy Ameryki Północnej.
Namibia, dwukrotnie większa od Niemiec, dawnej metropolii kolonialnej, lecz zamieszkana jedynie przez trzy miliony ludzi (większą część kraju stanowią pustynie Kalahari i Namib), jest krajem wielkich możliwości. Ma bogate łowiska ryb na atlantyckim wybrzeżu, pola diamentów, złoża uranu, ropy naftowej i gazu ziemnego i jak na Afrykę jest państwem spokojnym, stabilnym i stosunkowo sprawnie rządzonym. Zachodni bankierzy uznają ją nawet za kraj średniozamożny.
Namibijskie bogactwo dzielone jest jednak wyjątkowo nierówno, cieszy nieliczną elitę, a ogromna większość ludności klepie biedę. Ze wszystkich krajów świata tylko w sąsiedniej Południowej Afryce przepaść między bogatymi i biedakami jest większa niż w Namibii. Ubóstwo jest losem dwóch trzeci ludności, niemal wyłącznie czarnoskórych. Pół miliona ludzi, jedna piąta ludności, gnieździ się w skleconych domowym sposobem chatach i slumsach wokół stołecznego Windhuku. Co piąty Namibijczyk nie może znaleźć pracy, a wśród młodych bezrobocie sięga nawet połowy, co pod tym niesławnym względem czyni Namibię światowym liderem.

Bunty wyborcze w Afryce
Podobne problemy młodych mieszkańców Południowej Afryki sprawiły, że wiosną (czyli południowoafrykańską jesienią) rządzący tam od trzydziestu lat Afrykański Kongres Narodowy, pogromca apartheidu, po raz pierwszy stracił większość w parlamencie. Owszem, znów wygrał wybory, ale tak niewielką większością, że aby utrzymać się u władzy, musiał podzielić się nią z innymi partiami, które dobrał sobie do koalicyjnego rządu.
W wyborach w sąsiedniej Botswanie, diamentowej republice, równie spokojnej, stabilnej i statystycznie zamożnej jak Namibia (większość jej obszaru również stanowi pustynia Kalahari), odsunięta od władzy została partia, która rządziła tam nieprzerwanie od pierwszego dnia niepodległości, czyli 30 września 1966 roku. Przedostatniego dnia października, w miejsce rządzącej od zawsze Partii Demokratycznej, mieszkańcy Botswany w roli nowego prezydenta obsadzili 54-letniego prawnika Dumę Boko i skrzyknięte przez niego opozycyjne dotąd przymierze Parasol na rzecz Demokratycznej Zmiany.
Nieco wcześniej, w Mozambiku, władzy omal nie stracił tamtejszy Front Wyzwolenia FRELIMO, dawna partia wyzwolicielka, rządząca w Maputo od niepodległości w 1975 roku. Po urządzonych w połowie miesiąca wyborach ogłoszono, że ich zwycięzcą i nowym prezydentem został Daniel Chapo z FRELIMO, a dawny ruch wyzwoleńczy zachowa władzę na kolejnych pięć lat. Z werdyktem tym nie pogodziła się opozycja, a 50-letni Venancio Mondlane (jego imiennik, Eduardo, mozambikański bohater narodowy, był pierwszym przywódcą FRELIMO; zginął w 1975 r. w zamachu bombowym), pokonany w elekcji, wezwał swoich zwolenników do ulicznego buntu. „Nadszedł czas na rewolucję” – ogłosił, ale kiedy władze oskarżyły go o działalność wywrotową i rozesłały za nim listy gończe, wyjechał z kraju i schronił się w sąsiedniej Południowej Afryce. Rozruchy w Mozambiku trwają do dziś i zginęło w nich prawie stu ludzi.
Po doświadczeniach Południowej Afryki, Botswany i Mozambiku (na dodatek jesienią władzę straciła także rządząca partia na Mauritiusie) niespodzianki i porażki SWAPO spodziewano się także w Namibii. Notowania partii wyzwolicielki z każdymi wyborami spadały. Jeszcze dziesięć lat temu wygrała elekcję prezydencką i do parlamentu, zdobywając ponad trzy czwarte i dwie trzecie głosów. Ale w 2019 roku wygrała z ledwością sięgając po ponad połowę głosów.
Do niespodzianki w końcu nie doszło, SWAPO wygrało wybory do parlamentu – ale w 96-osobowej izbie będzie mieć zaledwie 51 posłów (dotąd miała 63) – i prezydenckie, choć opozycja zamierza zaskarżyć je do sądu i domagać się ich powtórki, bo z powodu organizacyjnego bałaganu z prawie półtora miliona wyborców zagłosował tylko milion.
Netumbo Nandi-Ndaitwah zwana NNN
Badacze osobliwości namibijskiej polityki twierdzą, że kandydatka SWAPO wygrała wybory prezydenckie głównie dlatego, że spośród wszystkich przywódców partii najmniej była kojarzona z jej rządami i aferami, a także dlatego, że starsi Namibijczycy, zwłaszcza ze wsi, wciąż uważają, że partii wyzwolicielce władza się po prostu należy.
Netumbo Nandi-Ndaitwah, zwana NNN i licząca sobie 72 wiosny, ma bohaterską, partyzancką przeszłość. Wstąpiła do partyzantki jeszcze w latach 60. jako czternastolatka. W latach 70. wyjechała do Zambii, gdzie kwaterę główną miała partyzantka SWAPO, a także do Związku Sowieckiego, na szkolenie. Lata 80. spędziła w Szkocji i Anglii na nauce. Wróciła do kraju w 1990 roku, kiedy po zakończeniu zimnej wojny w Namibii wygasła też ta partyzancka, gorąca, i kraj ogłosił niepodległość.
Choć zasiada we władzach od pierwszych dni niepodległości, pełniła rozmaite ministerialne stanowiska, a od lutego, gdy umarł prezydent Hage Geingob (jego kadencję dokończył jego zastępca, Nangolo Mbumba), sprawowała także urząd wiceprezydencki, zachowała nieposzlakowaną opinię i nigdy nie była zamieszana w żadną korupcyjną aferę. To głównie sprawiło, że jeszcze za panowania Geingoba została wybrana na kandydatkę SWAPO w wyborach prezydenckich, by opinia kobiety uczciwej i pracowitej pozwoliła jej wygrać, a partii – utrzymać władzę.
Wygrana Netumbo Nandi-Ndaitwah sprawiła, że dołączyła ona do wciąż nielicznego grona afrykańskich kobiet, którym rodacy powierzyli przywództwo państwa. Pierwszą, która dostąpiła tego zaszczytu, była 86-letnia już dziś Ellen Johnson-Sirleaf z Liberii, panująca w latach (2006-18), laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 2011 roku. Jako druga dołączyła do niej Joyce Banda z Malawi, która w latach 2012-14 zastępowała na urzędzie prezydenckim zmarłego szefa państwa Bingu wa Mutharikę. Trzecią kobietą-prezydentem, choć podobnie jak Malawijka, jedynie tymczasowym, została w 2014 roku (złożyła urząd dwa lata później) Samba Pranza, burmistrzyni stołecznego Bangui z ogarniętej wojną domową Republiki Środkowoafrykańskiej.
Ostatnią i jedyną w Afryce – do wygranej Nandi-Ndaitwah w Namibii – kobietą-prezydentem jest Samia Suluhu Hassan z Tanzanii, która w 2021 roku zastąpiła zmarłego na urzędzie szefa państwa Johna Magufuliego i w przyszłym roku będzie ubiegać się o reelekcję.
Zwycięstwo Netumbo Nandi-Ndaitwah uspokoiło nieco przywódców rządzących partii wyzwolicielek, wspierających się wzajemnie w ramach nieformalnego bractwa. Najbardziej zafrasowani kłopotami kolegów po fachu z Południowej Afryki, Botswany i Mozambiku byli towarzysze z Angoli i Zimbabwe, których też czekają wybory. W Angoli, od niepodległości w 1975 roku, rządzą wciąż dawni partyzanci i komuniści z Ludowo-Wyzwoleńczej Partii Angoli MPLA, którzy po końcu zimnej wojny i bankructwie komunizmu nawrócili się na oligarchiczny kapitalizm i stali się najwierniejszymi sprzymierzeńcami USA (wizytę w Angoli złożył właśnie żegnający się z prezydenturą Joe Biden). W Zimbabwe, dawnej Rodezji, od dnia niepodległości w 1980 roku, rządzi nieprzerwanie partia wyzwolicielka ZANU-PF, która pod kierownictwem Roberta Mugabego doprowadziła kwitnącą gospodarkę kraju do bankructwa. Angolę wybory czekają w 2027 roku. Zimbabwe ma czas aż do roku 2028.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















