Ameryka w rękach Trumpa to bardzo dobra wiadomość. Przynajmniej na Kaukazie

Wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych okazał się pomyślny dla Azerów, Ormian, a nawet Gruzinów. Dlaczego Donald Trump w Białym Domu jest postrzegany na Kaukazie jako korzystna opcja?
Czyta się kilka minut
Zwolennicy Trumpa po wygranych przez niego wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Floryda, 5 listopada 2024 r. // Fot. Giorgio Viera / AFP / East News
Zwolennicy Trumpa po wygranych przez niego wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Floryda, 5 listopada 2024 r. // Fot. Giorgio Viera / AFP / East News

Kaukascy sąsiedzi, spierający się w zasadzie zawsze i o wszystko, zgodnie, choć każdy z innego powodu, radują się ze zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Ameryce.

Amerykańskie marzenie gruzińskich Marzycieli

Największa radość zapanowała w rządzącej od dwunastu lat w Tbilisi partii Gruzińskie Marzenie, która niedawno wygrała czwarte z rzędu wybory i przedłużyła panowanie o kolejną czterolatkę. Uczciwość wygranej kwestionuje jednak miejscowa opozycja, a poważne wątpliwości zgłaszają także Unia Europejska oraz rząd ustępującego, amerykańskiego prezydenta Joe Bidena. Opozycja zapowiada na grudzień uliczne wiece i pochody, żeby zmusić rząd do unieważnienia październikowych wyborów i rozpisania nowych. Także gruzińskie sądy unieważniają wybory w okręgach, w których dopuszczono się oszustw i gdzie łamano prawo. Zgodnie z gruzińską konstytucją, jeśli za nieważne zostaną uznane wybory w okręgach obejmujących dziesiątą część elektoratu, trzeba powtórzyć całą elekcję.

Przywódcy Gruzińskiego Marzenia odrzucają nie tylko zarzuty o wyborcze fałszerstwa, ale także oskarżenia, że pod ich rządami Gruzja zmieniła kierunek swojej polityki zagranicznej z zachodniego na wschodni, prorosyjski (a więc raczej północny), a od najazdu Rosji na Ukrainę z sojuszniczki i faworytki Brukseli i Waszyngtonu stała się w istocie sprzymierzeńcem Kremla. 

W ostatnich dniach października, tuż po wyborach, Unia Europejska zamroziła proces akcesyjny Gruzji i orzekła, że polityka zagraniczna i sposób sprawowania władzy przez rządzących w Tbilisi stoją w jawnej sprzeczności z unijnymi wartościami i strategią. Bruksela i Strasburg wypomniały Marzycielom, że w kampanii wyborczej, zapewniając Gruzinów, że wciąż prowadzą ich na Zachód, wmawiali im jednocześnie, że Unia została zawładnięta przez „globalną partię wojny”, która za wszelką cenę chce wciągnąć Gruzję w konflikt z Rosją i utworzyć na Kaukazie drugi front ukraińskiej wojny. Premier Irakli Kobachidze oskarżał „globalną partię wojny” o próby zamachu na niekoronowanego władcę i właściciela Gruzji, oligarchę Bidzinę Iwaniszwilego. Kobachidze twierdził, że zamach na Iwaniszwilego planowali ci sami ludzi, którzy usiłowali zabić Donalda Trumpa i słowackiego premiera Roberta Fico.

Jeśli protesty gruzińskiej opozycji, groźba kryzysu politycznego i konstytucyjnego (nowy parlament powinien zostać zwołany przez prezydenta, a pani Salome Zurabiszwili, która wybiła się na przywódczynię opozycji, nie uznaje październikowych wyborów – w grudniu upływa w dodatku jej prezydencka kadencja) oraz zachodniego ostracyzmu mogły uchodzić za jesienne chmury gromadzące się nad głową Marzycieli, to wygrana Trumpa jest dla nich jak nagły przebłysk słońca i powrót dobrej pogody.

Przekonują Gruzinów, że zmiana gospodarza Białego Domu pozwoli na nowo ułożyć stosunki Gruzji z Zachodem, przerwać licytację pretensji, podejrzeń i oskarżeń. Bogacz Iwaniszwili widzi w Trumpie bratnią duszę. Łączy ich wspólny podziw dla węgierskiego premiera Victora Orbána i pogarda dla zachodnich liberałów oraz niechęć do dalszej pomocy Zachodu dla Ukrainy, a także pragnienie jak najszybszego przerwania ukraińskiej wojny, choćby kosztem utraty przez Kijów Donbasu i Krymu. 

Jak tylko skończy się wojna, a Trump obiecał przerwać ją w jeden dzień, wszystko będzie jak było – pociesza Iwaniszwili Gruzinów. – A gdy skończy się wojna, a Zachód ułoży się z Rosją, zniknie też przyczyna nieporozumień między Gruzją a Zachodem i Gruzja znów zwróci się na zachód. Zapewnia rodaków, że w marszu tym Gruzja będzie mogła liczyć na węgierskiego premiera i podobnych mu przywódców europejskiej prawicy: Marine Le Pen, Giorgię Meloni czy Geerta Wilders. A także Trumpa, który w przeciwieństwie do zachodnich liberałów i Bidena („martwi mnie ogromnie, że gruzińska demokracja cofa się zamiast rozwijać” – powiedział Biden po gruzińskich wyborach i zapowiedział, że obłoży sankcjami przywódców Marzycieli) nigdy niczego Gruzinom nie wytykał i nie dostrzegał w ich postępowaniu niczego nagannego. Premier Kobachidze nie zapomni Bidenowi, że we wrześniu wyprosił go z przyjęcia wydanego na cześć przywódców, którzy zjechali do Nowego Jorku na doroczną sesję Zgromadzenia Ogólnego NZ.

W Azerbejdżanie też trzymali kciuki za Trumpa

Ilham Alijew, miłościwie panujący od ponad 20 lat przywódca Azerbejdżanu i dziedzic politycznej dynastii Alijewów (jego ojciec, założyciel dynastii, jako komunistyczny sekretarz, a potem prezydent niepodległego państwa panował w Baku w latach 1968-82 i 1993-2003) też trzymał kciuki za Trumpa.

Życzył mu wygranej tak samo jak życzył wygranej Marzycielom z Tbilisi. Był im wdzięczny, bo nie dopuścili, by gruzińska stolica stała się bezpiecznym schronieniem dla azerbejdżańskich dysydentów i hardych dziennikarzy, tropiących i ujawniających korupcyjne afery naftowych bogaczy z Baku. Za rządów Micheila Saakaszwilego (2003-13), dysydenci z Azerbejdżanu mogli liczyć na azyl w Tbilisi. Marzyciele zaś nie tylko przestali ich wpuszczać do Gruzji, ale aresztowali i odsyłali do Baku tych najzawziętszych, którzy niepomni próśb i gróźb, nie przestawali krytykować rządów Ilhama Alijewa. Alijew wskazywał, którego z dysydentów chce, by mu go wydano, a Marzyciele bez zwłoki deportowali wydawali nieszczęśników w ręce azerbejdżańskiej tajnej policji. Działacze praw człowieka z Baku wyliczyli, że w azerbejdżańskich celach siedzi już ponad 300 więźniów politycznych.

Alijew spłaca długi wdzięczności i w październikowych wyborach przykazał gruzińskim Azerom (stanowią ok. 6 proc. ludności kraju, a większość żyje w przygranicznej z Azerbejdżanem prowincji Kwemo-Kartli – Dolnej Kartlii), by głosowali na Marzycieli. W Kwemo-Kartli Gruzińskie Marzenie zdobyło prawie wszystkie głosy. A po wyborach rządowe gazety w Baku winszowały sąsiadom, że „nie ulegli namowom politycznych awanturników z Zachodu, lecz opowiedzieli się za pokojem, patriotyzmem i tradycją”. Cieszyły się, że „Zachód poniósł na Kaukazie klęskę, choć opłacana przez Zachód opozycja, a także sprzyjający jej dziennikarze oraz organizacje pozarządowe za wszelką cenę starały się siać zamęt i wzniecać podziały”.

Ilham Alijew, zaraz po Orbánie, pogratulował Marzycielom wygranej i liczył, że podobnie udanie zakończą się wyniki wyborów w Ameryce. Od dawna nie ukrywał, że życzył wygranej Trumpowi. Latem wychwalał Jankesa jako niezłomnego bojownika o pokój (między słowami Azer sugerował, że to Biden, popierając Ukrainę, sprowokował Rosję do zbrojnego najazdu), a także obrońcę  religii, moralności i tradycyjnych wartości (za młodu obaj uchodzili za bawidamków i utracjuszy). Alijew tłumaczył, że Azerom zawsze lepiej dogadywało się z Ameryką, gdy rządzili nią Republikanie, a najlepiej porozumie się z Trumpem, który w polityce kieruje się interesem, a nie wartościami.

Europejskich liberałów Alijew ma dość za to, że nieustannie krytykują go za łamanie praw obywatelskich i demokratycznych zwyczajów. Najbardziej nie znosi Francuzów, stronników Ormian, odwiecznych nieprzyjaciół Azerów i ich starszych kuzynów Turków. Zapamiętał też Bidenowi, że jesienią zeszłego roku, gdy Azerowie gromili Ormian i odbierali im sporny Górski Karabach, Waszyngton wstrzymał wszelką współpracę wojskową z Baku. „Kiedy cię potrzebują, nikt nie wypomina ci niczego, przeciwnie, wszyscy w koło chwalą” – szydził latem w jednym z przemówień, przypominając pierwsze lata po zamachach z 11 września 2001 roku, gdy wszczynając światową wojnę z dżihadystami, Amerykanie podjęli zawieszoną wcześniej współpracę wojskową z Azerbejdżanem. – „Ale przestań tylko być im potrzebny, a zaraz cisną cię w kąt, albo jeszcze gorzej, nie przestaną krytykować i karać”.

Podobnie jak gruzińscy Marzyciele, Ilham Alijew uważa zachodnich liberałów za zagrożenie dla swoich rządów i stara się pomniejszyć ich wpływy na Kaukazie. Podobnie jak Gruzja, Azerbejdżan stara się pozostawać neutralnym w konflikcie między Zachodem i Rosją.  W październiku do Baku z wizytą zjechał szef rosyjskiego wywiadu wojskowego Siergiej Naryszkin, a w sierpniu gościł w Azerbejdżanie sam Władimir Putin.

Ormianie popierają Trumpa, bo nie mają wyjścia

Władze Armenii, tak jak Azerbejdżanu, przekonały gruzińskich Ormian (ok. 5 proc. ludności, zamieszkałej głównie w południowej, graniczącej z Armenią prowincji Samciche-Dżawachetia), by w październikowych wyborach oddali głos na rządzących Marzycieli. Widząc, że Azerbejdżan ich popiera, Armenia uznała, że nie może dać się przelicytować i ryzykować, że poza Turcją na zachodzie i Azerbejdżanem na wschodzie, także za północną granicą będzie miała nieprzyjazny sobie rząd Gruzji (na południu ma życzliwy sobie Iran, będący dziś jednym z najważniejszych sojuszników Rosji).

Także wobec amerykańskich wyborów Ormianie nie mieli innego wyjścia jak pocieszać się, że nowy gospodarz Białego Domu nie będzie dla nich gorszy niż poprzedni. Pocieszają się, że gdy przegrywali wojnę z Azerami o Karabach, Trump załamywał ręce i opowiadał, że gdyby to on był prezydentem Ameryki, nie dopuściłby ani do wojny, ani wygnania karabachskich Ormian (z ponad stutysięcznej ormiańskiej ludności Karabachu zostało ledwie kilkanaście osób). 

„Kamala Harris nie zrobiła nic, gdy ormiańscy chrześcijanie cierpieli straszliwe prześladowania w Arcachu” – napisał przed rokiem Trump, nazywając Karabach ormiańskim imieniem. – „Nigdzie na świecie chrześcijanie nie będę bezpieczni, jeśli Kamala Harris będzie prezydentem Stanów Zjednoczonych. Gdybym ja był prezydentem, obroniłbym prześladowanych chrześcijan, powstrzymałbym przemoc i czystki etniczne, a także przywrócił pokój między Armenią i Azerbejdżanem”.

Jeśli Ormianie czerpią ze słów Trumpa pociechę, to pewnych siebie Azerów wcale one nie martwią. Ilham Alijew bagatelizował je już w chwili, gdy Trump je wypowiedział. Azer tłumaczył swoim rodakom, że Trump mówił to tylko po to, by pozyskać sobie amerykańskich Ormian i ich głosy w wyborach. I po nic więcej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”