Lady Gaga właśnie wydała album „Harlequin”, w nawiązaniu do swej roli w najnowszym filmie „Joker: Folie à Deux”, w którym zagrała u boku Joaquina Phoenixa. Jej postać – Harley Quinn – to dziewczyna Jokera; wszystko to, rzecz jasna, krąży wokół kulturowych tradycji związanych z błaznami, klaunami, wesołkami. A na okładce ekskluzywnego wydania winylowego płyty „Harlequin” znalazło się zdjęcie wnętrza, w którym na ścianie wisi… „Stańczyk” Jana Matejki!
Co więcej, nasz obraz nie tylko wkroczył do światowej popkultury, ale także ma szanse dotrzeć już wkrótce do zagranicznego grona wielbicieli sztuki za sprawą wypożyczenia do paryskiego Luwru. Od połowy października 2024 do lutego 2025 r. płótno będzie bowiem eksponowane w ramach wystawy czasowej „Figures du fou”, poświęconej postaciom błaznów w kulturze od średniowiecza po wiek XIX.
Średniowieczny szołbiznes
Słowo „błazen” ma wydźwięk nieco pejoratywny, potocznie określamy nim osobę niepoważną, choć i tak nie jest to chyba tak negatywne jak angielski „fool”, oznaczający po prostu głupca. W średniowiecznej sztuce europejskiej błazny występowały jako uosobienie ludzkich słabości i grzeszności – mnóstwo postaci w charakterystycznych czapkach z dzwoneczkami znajdziemy wśród dekoracji gotyckich katedr i w zabawnych obrazkach na marginesach rękopisów.
Liczne średniowieczne i nowożytne grafiki, rysunki oraz miniatury ukazywały błaznów w kontekście satyry o podtekście seksualnym – trefnisia, który symbolizuje grzeszne chucie, znajdziemy na przykład w przedstawieniach kobiet walczących o męskie majtki, rozwiązłych zakonnic czy niewiernych żon. Ten ostatni przykład ilustrują dwie miniatury w krakowskim „Kodeksie Baltazara Behema” z pocz. XVI w. W jednej błazen flirtuje z kramarką, w drugiej – z żoną szewca. Jeśli zaś chodzi o zakonnice, to wyjątkowo interesująca jest antykatolicka grafika niemiecka z połowy XVI w. (z podpisem „Flaisch macht Flaisch”) ukazująca zakonnicę usiłującą przekupić kota, aby za rybę dał jej męskie genitalia, które trzyma w pysku (podczas gdy błazen macha przez okno męskimi majtkami). A to tylko wybrane przykłady spośród mnóstwa przedstawień, z których wiele balansuje na granicy pornografii.
Ta wulgarność postaci błazna w sztukach wizualnych zapewne czerpie z rzeczywistości. Ale nie każdy trefniś musiał wpisywać się w te schematy. Na dworach królów i arystokratów oczywiście zatrudnieni byli dostarczyciele rozrywki – często specjalizujący się w „błazeństwach” opartych na zręczności (akrobacje, żonglerka) czy żartach niewysokich lotów, ale nierzadko również będący wysokiej klasy artystami: muzykami, poetami, aktorami.
Choć zawód błazna wydaje się niezbyt szlachetny, to zachowane rachunki wskazują, iż już w średniowieczu „szołbiznes” mógł przynosić niezłe dochody i zapewniać wysoką pozycję na dworze. Przykładowo, jongleur o imieniu Berdic otrzymał od Wilhelma Zdobywcy aż trzy wsie w Walii, zaś inny przedstawiciel tej profesji, niskorosły mężczyzna o imieniu Turold, został uwieczniony w słynnej jedenastowiecznej Tkaninie z Bayeux jako członek ważnej politycznej delegacji. Również księgi wydatków z czasów Jagiellonów wskazują, że i błazen na Wawelu mógł zarabiać dużo. Tak przynajmniej było w przypadku Stańczyka.

Trefniś i prorok
Nie jest prawdą, że jego legendę stworzono w XIX wieku. Stańczyk faktycznie był błaznem na dworze ostatnich Jagiellonów. Jego imię pojawiało się w utworach takich renesansowych twórców jak Klemens Janicki, Jan Kochanowski czy Mikołaj Rej, którzy widzieli w nim człowieka mądrego i miłującego prawdę.
Wiemy, że Stańczyk żył długo (urodził się około 1470 r., a zmarł po 1556) oraz najprawdopodobniej był szlachcicem. W źródłach określano go jako błazna-rycerza (łac. miles-histrio, miles-morio, miles-mimus), jest też wzmianka o „rycerzu okaleczonym” – być może zatem pracę dworskiego trefnisia Stańczyk podjął po tym, jak jakaś poważna rana czy wypadek zakończyły jego karierę wojskową. Niektórzy badacze utożsamiają w związku z tym słynnego błazna ze wspominanym w królewskich rachunkach Jana Olbrachta i Aleksandra Jagiellończyka „rotmistrzem Stańczykiem”. Bowiem „Stańczyk” to raczej nie zdrobnienie od imienia „Stanisław”, lecz najprawdopodobniej nazwisko, notowane wśród polskiej szlachty co najmniej od XIV wieku.
Osobnym problemem jest obecność w ówczesnych tekstach, np. we fraszkach Kochanowskiego, niejakiego Stasia Gąski. Jedni uważają, że chodzi właśnie o Stańczyka (a „Gąska” miałoby być określeniem błazna), inni zaś odrzucają tę hipotezę. W końcu na królewskim dworze profesjonalnych wesołków mogło być kilku. O ile zaś Staś Gąska wydaje się typowym prostym trefnisiem, o tyle Stańczyk – najprawdopodobniej człowiek wykształcony – miał chyba wyższą pozycję, bardziej adekwatną do swego szlacheckiego pochodzenia.
Otóż Stańczyk miał odważnie krytykować poczynania króla: Łukasz Górnicki i Stanisław Orzechowski wspominali, że błazen przy okazji ślubu królewny Izabeli z królem Węgier Janem Zapolyą w 1539 r. złośliwie sugerował Zygmuntowi Staremu zakup nieruchomości (kamienicy lub karczmy), który zapewnić miał królewnie utrzymanie, gdy straci ona władzę. Czy przewidywał, że narzeczony, starszy od Izabeli o 32 lata, umrze niecałe półtora roku po ślubie?
Najsłynniejsza anegdota, która ugruntowała wizerunek Stańczyka jako dalekowzrocznego mędrca, znalazła się w późnym wydaniu „Kroniki Polskiej” Marcina Bielskiego z 1597 r. To opowieść o niefortunnym „ustawionym” polowaniu w Niepołomicach, w czasie którego królowa Bona spadła z konia, w wyniku czego poroniła syna. Błazen miał chwilę wcześniej zwrócić uwagę królowi, że głupcem jest, kto „mając niedźwiedzia w skrzyni, puszcza go na swoją szkodę”, choć trudno założyć, że rozmiary owej szkody – brak kolejnych męskich potomków i wygaśnięcie dynastii Jagiellonów – ktokolwiek mógł wówczas przewidzieć. Tak czy inaczej, Stańczyk zyskał status proroka – szczególnie w oczach późniejszych pokoleń Polaków.

Matejko i jego Stańczyk
Jan Matejko to twórca naszej narodowej wyobraźni. Jego obrazami myślimy o polskich władcach czy o wydarzeniach takich jak hołd pruski albo bitwa pod Grunwaldem. A na wzmiankę o Stańczyku staje nam przed oczami smukły młodzieniec w czerwonym stroju, w czapce z dzwoneczkami – mężczyzna o wyrazistych brązowych oczach i szczupłej twarzy z ciemną brodą i wąsami. Ukazując najsłynniejszego polskiego trefnisia, Jan Matejko malował samego siebie.
Skąd u Matejki już w młodości wzięła się fascynacja tą postacią? Czy od zawsze identyfikował się z „mądrym błaznem” – obiektem drwin, który okazuje się znacznie bardziej przenikliwy niż jego współcześni? To niewykluczone, bo prawdopodobnie za młodu sam Matejko był wyśmiewany przez rówieśników. W szkole uważano go za niezbyt bystrego chłopca, który nie umie się wysłowić; jego ojciec, František Matějka, był Czechem, przez co Jan nie wyniósł z domu biegłości w literackiej polszczyźnie. Matka, pochodzenia niemieckiego, zmarła, gdy przyszły malarz miał 7 lat. Wątły chłopiec miał w dodatku oszpeconą twarz – skutek zaniedbania z dzieciństwa. František, ojciec jedenaściorga dzieci, nie zauważył, kiedy Janek złamał nos, który w rezultacie zrósł się bardzo krzywo. Choć Matejko nadawał swemu Stańczykowi własne rysy, to ów garbaty nos jednak retuszował.
W wieku 18 lat namalował obraz przedstawiający Stańczyka udającego ból zębów, a później ukazywał błazna Jagiellonów jeszcze wielokrotnie, w bardzo różnych scenach. Na najsłynniejszych Stańczyk jest zatroskany: w obrazie, którego reprodukcję wykorzystała Lady Gaga, oraz w „Hołdzie Pruskim”.
To pierwsze płótno Matejko stworzył w wieku 24 lat. Z jednej strony jest bardzo znane i uważane za niezwykle ważne dzieło w dorobku młodego jeszcze wówczas malarza. Z drugiej strony, na jego temat krąży mnóstwo niedomówień czy wręcz przekłamań. Na czele z tymi, jakoby Matejko, tworząc to dzieło, pomylił się w kwestiach historycznych.
To nie błąd
Bohaterem obrazu jest zatroskany błazen, zamyślony, siedzący w samotności. W sąsiedniej sali, w tle, odbywa się bal, za oknem nocne niebo rozświetla kometa. W mroku widoczny jest także zarys krakowskiej wieży katedralnej, a zatem rzecz dzieje się na Wawelu. Na stole leży list z pieczęcią – czytelny jest jedynie napis „Samogitia A.d. MDXXXIII”, czyli „Żmudź, roku pańskiego 1533”.
Nawiasem mówiąc, w owym roku rzeczywiście pojawiła się kometa, trzecia z kolei (poprzednie obserwowano w latach 1531 i 1532), która była tematem dyskusji ówczesnych naukowców, a wśród nich i Mikołaja Kopernika. A to m.in. ze względu na ruch przeciwny do kierunku poruszania się planet. Tradycyjnie uznano zresztą, że i ta kometa zwiastuje nieszczęście.
Zarzut, jakoby Matejko się pomylił, wynikł zapewne z faktu, że osobisty sekretarz malarza Marian Gorzkowski zanotował tytuł tego obrazu jako: „Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska” oraz „Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony po utracie Smoleńska”. Niestety, w którymś momencie w literaturze zrobiło się z tego „Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony, kiedy wieść przychodzi o utracie Smoleńska”. I tu pojawił się duży problem. Utrata Smoleńska na rzecz Wielkiego Księstwa Moskiewskiego nastąpiła w roku 1514, gdy królową była poprzednia żona Zygmunta Starego, Barbara Zapolya. Uczepienie się wspomnianego przez Gorzkowskiego Smoleńska sprawiło, że obraz bywał interpretowany w ten sposób: oto przychodzi wieść o utracie Smoleńska, ale dwór nie przerywa zabawy – i tylko Stańczyk dalekowzrocznie przewiduje, że lekceważenie Moskwy zemści się w przyszłości, a dalsze moskiewskie zdobycze kosztem Polski i Litwy doprowadzą w końcu do rozbiorów Rzeczypospolitej.
Tymczasem zamysł malarza był najprawdopodobniej bardziej złożony. Absolutnie nie powinniśmy zakładać, że Matejce pomyliły się lata i królowe, skoro w samym obrazie zawarta jest data 1533. Wówczas królową rzeczywiście była Bona, zaś stracony prawie dwie dekady wcześniej Smoleńsk o tyle wrócił do gry, że wygasło zawieszenie broni zawarte z Moskwą. Zygmunt Stary zdecydował się wówczas na wojnę, m.in. po to właśnie, aby Smoleńsk odzyskać.
Niestety, próba mobilizacji pospolitego ruszenia na Żmudzi okazała się porażką. Choć szlachta się nawet stawiła, natychmiast wybuchły kłótnie o to, kto ma dowodzić. Sytuację pogorszyły jeszcze animozje wśród elit: Ilia Ostrogski, książę wołyński, starosta bracławski i winnicki, wszedł w konflikt z Jerzym Radziwiłłem, hetmanem wielkim litewskim (mimo że Ostrogski był wówczas zaręczony z córką Radziwiłła, której zresztą nigdy nie poślubił). Hetman umieścił hufiec Ostrogskiego wśród oddziałów ziemskich, odmawiając mu należnego osobnego miejsca w armii litewskiej. Wtedy szlachta żmudzka odmówiła podporządkowania się hetmanowi i założyła własny obóz, wybierając jeszcze innego wodza. Król zagroził na to Żmudzinom utratą ziemi i urzędów, a konflikt ostatecznie udało się pozornie tylko zażegnać. Oczywiście taka sytuacja w wojsku nie wróżyła zwycięstwa w konfrontacji z Moskwą.

Błazen i powstanie
Jest jeszcze jeden element obrazu, który czasem wytyka się Matejce jako błąd: widoczny za oknem hełm wieży katedralnej powstał w XVIII w. wedle projektu Kacpra Bażanki. Nie powinno go więc być w przedstawieniu Stańczyka! Najprawdopodobniej jest to świadomy anachronizm – Matejko w tle kilku swoich obrazów umieszczał architekturę Krakowa w formach sobie współczesnych. To wskazówka dla nas, że dzieło trzeba odczytywać ponadczasowo.
Otóż zamysł Matejki odnosił się do sytuacji mu współczesnej. XVI-wieczny błazen zafrasowany jest działaniami Polaków w roku 1533, ale zarazem artysta – który pod postacią Stańczyka ukazał samego siebie – widzi podobną zapowiedź klęski we współczesnych sobie czasach. Szkic olejny do obrazu „Stańczyk” powstał w roku 1861, gdy po serii krwawo stłumionych manifestacji patriotycznych w Królestwie Polskim Kościół katolicki ogłosił żałobę narodową. Jeszcze w tym samym roku obwieszczono w Królestwie stan wojenny (1861-1862) – kolejne burzliwe wydarzenia doprowadziły w końcu do powstania styczniowego, które wybuchło 22 stycznia 1863 r. w Królestwie Polskim, a 1 lutego 1863 na Litwie. Gotowy obraz Matejko zaprezentował publicznie, gdy powstanie już trwało – dzisiaj często zapominamy o tym kontekście. Mówiąc wprost, młody Matejko nie oceniał wysoko szans na powodzenie powstania styczniowego, widząc w nim nieprzygotowany zryw przeciwko Rosji, przewidując chaos w dowodzeniu i ostateczną klęskę. Podobnie jak jego Stańczyk, widział, że Żmudzini nie są gotowi, aby skutecznie walczyć z Moskwą.
Jednak Matejko w zaborze austriackim żył w innej rzeczywistości niż mieszkańcy Królestwa Polskiego. Podczas gdy upadek powstania styczniowego zaowocował wielkimi represjami, szczególnie na Litwie, to akurat Galicja uzyskała w latach 1865-1873 autonomię. Tutejsi konserwatyści dostrzegali potencjalne korzyści w rozsądnych kompromisach z dość liberalną władzą z Wiednia, argumentując, że nieudane zrywy narodowowyzwoleńcze tylko umacniają zaborców i ostatecznie pogrążają marzenia o niepodległości. Słynny pamflet polityczny opublikowany w „Przeglądzie Polskim” w 1869 r., który stanowił krytykę powstania styczniowego i odrzucał romantyczną mesjanistyczną postawę, miał tytuł „Teka Stańczyka” – stąd też galicyjskich konserwatystów zwano „Stańczykami”.
Jeśli zaś chodzi o losy obrazu Matejki, to najpierw kupiło go Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych, które co roku losowało wśród członków-akcjonariuszy dzieła sztuki zakupione przez Zarząd. I tak, w wyniku losowania, „Stańczyk” trafił w ręce niejakiego pana Korytko spod Kołomyi. Sprzedawany potem do kolejnych prywatnych kolekcji, w 1924 r. został nabyty przez Muzeum Narodowe w Warszawie. Obraz zaginął w czasie II wojny światowej – jeszcze w 1955 r. określany był w publikacjach jako „wywieziony przez hitlerowców”, ale odnalazł się… w ZSRR. Powrócił do MNW na mocy umowy kulturalnej z 1956 r., gdy strona radziecka zwróciła Polsce 12,5 tys. dzieł sztuki.
Poczet błaznów
Nie mam oczywiście złudzeń – obecność obrazu Matejki w popkulturze czy to polskiej, czy światowej, nie wiąże się z głębszą analizą tego dzieła. Z drugiej jednak strony, paradoks „mądrego głupca” jest bardzo mocno osadzony w kulturze europejskiej – chyba już od greckiego teatralnego chóru satyrów, w ramach którego mityczne istoty, groteskowe i uosabiające dzikie popędy, stawały się przenikliwymi komentatorami rzeczywistości. Dalekowzroczność i odwaga w mówieniu prawdy, nawet tej niewygodnej, to też cechy np. szekspirowskich błaznów.
Na tym tle osadzony jest i polski Stańczyk. Nie trzeba zatem koniecznie zagłębiać się w lokalne historyczne konteksty, żeby docenić portret zamyślonego błazna Jagiellonów. Za to na pewno można się cieszyć, że nasze dzieło sztuki, reprezentujące niewątpliwie wysoką klasę artystyczną oraz ukazujące ważną postać dla polskiej historii i kultury, znalazło popkulturową drogę do wstąpienia w ów poczet europejskich błaznów.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















