Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Składnia współczucia

Składnia współczucia

30.12.2014
Czyta się kilka minut
Barańczak, ukazujący krótkotrwałą „podróż zimową” człowieka przez życie, potrafiący dosłyszeć każde znaczenie i brzmienie słowa – może być przewodnikiem dla dzisiejszego czytelnika, wzorem dla dzisiejszego poety.
Jan Błoński, Stanisław Barańczak i Marian Stala w Krakowie, 1991 r. Fot. Andrzej Stawiarski
T

Ten fax odnalazła niedawno J. w gęstym kłębowisku papierów, optymistycznie nazywanym „archiwum rodzinnym”. Litery blednące niczym pamięć, zszarzała, śliska, krucha taśma, na niej list Stanisława Barańczaka o Wisławie Szymborskiej, porcja jego przekładów amerykańskich „bardzo złych wierszy”, limeryki o Nowogródku, mające trafić do antologii „Pegaz zdębiał” imiona ułożone z liter znanych nazwisk, gdzie Leszek Kołakowski zmieniał się w Iwo Kleks-Kaszełkę, Stanisław Lem w miss Nel Łątwą, Julia Hartwig – w Wilta „Hi!” Jaguara. Chichocząc, przypominaliśmy sobie te literackie zabawy sprzed lat, pełni podziwu dla wirtuozerii autora, któremu najwyraźniej nie sprawiało trudności, by każdy limeryk miał paręnaście wersji ostatniej linijki. A ja czułem falę wzruszenia, bo wracałem przecież do własnej młodości. I do kogoś, kto od dawna milczał, a zarazem nie dawał się zapomnieć. Do kogo, po prostu, tęskniłem.
Obecny nieobecny
Chorując przez dwie dekady na parkinsona, nie pisząc, Barańczak powracał nieustannie.
Na zajęciach ze studentami, gdy śledziliśmy nitkę myśli w gęstwie wiersza „Na tej czereśni czerwień, na jej krwawe włókna” lub gdy wzruszaliśmy się fragmentami tomu „Podróż zimowa”, zapisem spotkania na skrzyżowaniu dróg, kiedy między dwojgiem ludzi wybrzmiewa jedynie tyle i aż tyle: „Znakiem podporządkowania / dając się na chwilę spiąć, / dwa milczymy tylko zdania: / „A więc jesteś? No to bądź.” / Dwa milczymy tylko zdania: / „A więc jesteś, bądź co bądź? / To dalej bądź”.
Na imprezach, kiedy przychodził czas sięgania po płytę z „Don Giovannim” i cokolwiek niezbornego śpiewania słów, które perfekcyjnie pasowały do melodii arii „Ah chi mi dice mai”: „Jakimi zdziczeniami / osacza cię ten dom! / Żarówka się nie pali, / to znowu piec – na złom! / gazowy piec – na złom!”... Albo zauważania, że można też, choć nie bez zasadniczych zmian, przetłumaczyć zgodnie z rytmem „When I’m 64” Beatlesów.
Gdy pojawiały się migawki sprzed prawie 15 lat: podróż do mitycznego Harvardu, gdzie niewiele wcześniej wykładał autor „Widokówki z tego świata”, dom w Newton (rozglądanie się za znanymi z wierszy: kartonem po winie Gallo i kopertą zaadresowaną „Mr. Baranazack”), wspólne oglądanie Felliniego i wycieczka nad Walden Pond – bo był to czas poprawy w chorobie. I sprzed lat ponad 25, kiedy czytałem niezbyt legalną kserokopię „Uciekiniera z Utopii”, zaczynając – taką przynajmniej miałem nadzieję – rozumieć poezję Zbigniewa Herberta. Lub kiedy wielokrotnie powtarzałem za autorem tej wyrafinowanej literackiej analizy przekonanie, że poeta chcący dotknąć metafizyki musi w swych wierszach do wyższej rzeczywistości docierać poprzez ziemskość, materialność, cielesność. I kiedy czułem zwyczajny podziw, że można napisać zdanie „Za wszystkimi oknami krwawi ten sam śnieg”.
Stojące równo na półce książki z przekładami: Bishop, Dickinson, Keats, Larkin, osobno Brodski, Simic, kilkanaście tomów Szekspira – na które niegdyś czekałem tak niecierpliwie, kolejne antologie – „Ocalone w tłumaczeniu”, „Fioletowa krowa”, „Z Tobą, więc ze wszystkim”. I jeszcze tyle rozmów o jego Nieobecności: z Ireną Grudzińską na Brooklynie, z Piotrem Śliwińskim w Poznaniu, z Krystyną Krynicką w Krakowie...
Przytaknięcie istnieniu
Piszę natrętnie w pierwszej osobie liczby pojedynczej nie dlatego, by – jak to nieraz w pośmiertnych wspomnieniach – mówić głównie o sobie, ale by uniknąć retorycznych podpórek, tych ogólnikowych „czytaliśmy”, „znaliśmy na pamięć”. Choć jednocześnie wiem, że wielu moich rówieśników ma wspomnienia podobne, że wzrastaliśmy razem w obecności książek Stanisława Barańczaka – kształtowani, budowani przez nie.
Pełniej, bardziej osobiście mogli pamiętać go starsi: wyrazistego poetę, który wchodził do literatury jako 22-latek tomem „Korekta twarzy” w upiornym roku 1968, błyskotliwego polonistę z poznańskiego uniwersytetu, autora książki o Białoszewskim i zbiorów esejów o przemyślanych – jak wszystko, co tworzył – tytułach: „Nieufni i zadufani”, „Ironia i harmonia”, „Etyka i poetyka”... Wyznawcę „nieufności” wobec ideologicznych kłamstw i klisz, opozycjonistę, wzór odwagi i prawości, sumienie swego pokolenia, jednego z założycieli Komitetu Obrony Robotników i „Zapisu”, którego władze cenzurowały, wyrzuciły z pracy, skazały na nieistnienie, by dopiero po latach, za czasów Solidarności wypuścić z Polski do Stanów Zjednoczonych, gdzie czekała katedra na Harvardzie. Ale nawet jeśli wiedzieliśmy to tylko z lektur, dobrze było być studentem krakowskiej polonistyki w latach 90., czytać „NaGłos” i „Tygodnik Powszechny”, kupować zbiory esejów – „Tablicę z Macondo” albo „Przed i po”, wybór „159 wierszy” i nowe tomy poetyckie, które z czasem stworzyły pięćset stron „Wierszy zebranych”.
Niezwykłe nagromadzenie talentów, legendarna pracowitość sprawiały, że Barańczak był postacią, której nie dało się nie zauważyć, wyminąć, dla czytelników stawał się pełnym kompetencji i intelektualnego wdzięku przewodnikiem po rozległych połaciach świata.
Otaczały nas jego tłumaczenia (od Johna Donne’a do Johna Lennona) i manifesty translatologiczne, w których udowadniał, że niemożliwe jest jednak możliwe, a poezja nie musi być tym, co „zagubione w przekładzie”, przy okazji bez litości szczypiąc innych tłumaczy, wypominając im pomyłki, przekłamania i łatwizny. Rozśmieszały zbiory żartobliwych wierszyków („Biografioły”, „Zupełne zezwierzęcenie”, rozliczne gry literackie), ale też dawne, miażdżące recenzje powieści PRL-owskich. Razem z nim słuchaliśmy Schuberta i rozumieliśmy, co czuje „E.E.” – Europejczyk ze Wschodu, który osiedla się w Ameryce, gdzie słowa „czy wszyscy są szczęśliwi” dotyczą posiadania plastikowego kubeczka z winem podczas standing party.
A przede wszystkim układaliśmy napis na tablicę rejestracyjną, to wyznanie poetyckiej i metafizycznej wiary, którą Barańczak zamknął w sześciu literach: ON JEST. On, czyli świat, drugi człowiek, Bóg – formuła tyleż lapidarna, co fundamentalna. Wypowiedzenie słowa „jest”, przytaknięcie istnieniu, było dla Barańczaka równie ważne jak dla Czesława Miłosza, budowało zręby jego osobistych wyborów i jego poezji, mającej tworzyć sens, sprzeciwiać się przemijaniu, mówić bez porównania więcej o świecie i jego mieszkańcach niż o swym własnym twórcy.
Dialog jąkałów
„Drobnomieszczańskie cnoty”, ten – jak pisał autoironicznie – „chorobliwy przymus, / aby udawać zdrowie, ustawiać przed zniszczeniami / barierki i makiety”? A zarazem niepokój, świadomość ludzkiej samotności i ranliwości, myśl, że – jeszcze jeden cytat – „to wszystko dookoła, / co cię szczelnie otacza / nie czując twego bólu, / jest to tak zwany świat”?
Może właśnie opisując to napięcie, próbując się go domyślić, jesteśmy w pulsującym sercu Barańczakowego dzieła, wielokrotnie oddającego zwątpienia, a zarazem samym swym istnieniem budującego oparcie, schron przed tym, czego NIE MA, przed pustką, nicością, i przed tym, co niestety także jest: cierpieniem, złem, rozpadem.
Bo przecież bohater wierszy tego wybitnego poety, wierszy oszałamiających, a czasem onieśmielających – precyzją, słuchem, wynalazczością – to najczęściej człowiek poraniony, krwawiący, skazany na cierpienie, zamieszkujący planetę, która jest niczym „kula spłaszczona w lodowym imadle, / wychłostana burzami, łamana kołami / południków”, przyodziany w ciało „wychłostane kulami, łamane wpół ciosem / pięści”, odkrywający myśl: „bo tylko ten świat bólu; bo tylko ten świat / jest bólem; bo światem jest tylko ten ból”.
Gdy rekonstruujemy Barańczakowe imaginarium, widzimy, że świat ten jest najczęściej zasypywany zimnym, niegościnnym śniegiem, że jego powietrze dławi nam oddech, że z wielkim trudem, nigdy w pełni – daje się on wysłowić.
Jak u innych poetów Nowej Fali – choć może najpełniej, najciekawiej i najbogaciej – ściśle, nieraz w jednym wierszu czy wersie, łączyły się u autora „Jednym tchem” dwa pasma: egzystencjalne, oddające nieodmienną kondycję człowieka, i społeczne, w którym człowiek ten stawał się obywatelem PRL-u, owym „N.N.”, zniewalanym przez kłamstwo gazet i urzędowego języka, niemogącym wypowiedzieć prawdy i przypomnieć sobie słów modlitwy, zaprawionym w unikach i pokłonach, pragnącym czasem skoczyć komuś do gardła lub „popełnić głupstwo”, ale uwikłanym w kompromisy i konformizmy.
Z takiego rozpoznania droga musiała prowadzić do definicji wiersza jako podważania utartych formuł, opukiwania słów, obnażania kłamstw, zachowania wolności, choćby była to wolność wypowiedzenia słowa „nie”. Prowadzić do zapisanego w 1970 r. manifestu o poezji, która „powinna być nieufnością. Krytycyzmem. Demaskacją. Powinna być tym wszystkim aż do chwili, gdy z tej Ziemi zniknie ostatnie kłamstwo, ostatnia demagogia i ostatni akt przemocy”.
Barańczak walczący z nowomową, kneblem kłamstwa i tchórzostwa – mógł być duchowym przewodnikiem swych rówieśników. Barańczak ukazujący człowieka zagubionego w zimnym, nieprzyjaznym świecie, jego krótkotrwałą „podróż zimową” przez życie, w które wpadamy, niestety, „jak po ogień”, twórca potrafiący dosłyszeć każde, głęboko ukryte znaczenie i brzmienie słowa – może być przewodnikiem dla dzisiejszego czytelnika, wzorem dla dzisiejszego poety.
Upraszczając, brutalnie rozdzielając to, co w rzeczywistości było ściśle z sobą połączone, organicznie zrośnięte, da się powiedzieć, że jeśli we wczesnej poezji Barańczaka, tej powstającej na przełomie lat 60. i 70., dominuje perspektywa bardziej indywidualna, to tomy publikowane w latach 1975–1985: „Sztuczne oddychanie”, „Ja wiem, że to niesłuszne”, „Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu”, „Atlantyda i inne wiersze”, akcentują coraz silniej wymiar wspólnotowy, obywatelski, zdają się być czasem podjęciem przez pisarza moralnego zobowiązania wobec społeczeństwa.
I że następnie, wraz ze znakomitą „Widokówką z tego świata”, z następującą po niej „Podróżą zimową” i zamykającą dzieło poety „Chirurgiczną precyzją”, na pierwszy plan znów wysuwają się pytania najgłębiej osobiste, a wiersz staje się rozmową twórcy ze sobą, z drugim, ale najściślej pojedynczym człowiekiem, a wreszcie – z Bogiem.
Rozmową z Bogiem? Raczej próbą usłyszenia Jego głosu: niepewnego, znikliwego, z najwyższym trudem przebijającego się przez szum zakłóceń, niczym słowa „Wolnej Europy”, poszukiwane w radiu przez obywatela PRL-u.
W najlepszym razie będącą – jeszcze jeden brawurowy Barańczakowski koncept – dialogiem dwóch jąkałów, którzy z najwyższym trudem rozumieją coś ze swoich słów: „Jakoś rozumiem Cię w sumie, / jak jąkała drugiego jąkałę rozumie, / to znaczy, z nim się męcząc, gdy chce coś powiedzieć”. Lub uporczywym szukaniem Jego śladów w otaczającym nas świecie, owocu pracy Stwórcy najwyraźniej nie do końca pewnego swych rąk, dziele pełnym niedoróbek, przypominającym zestaw rupieci, wystawionych przed dom podczas corocznej yard sale. Czy wreszcie – spotkaniem? mijaniem się? dwóch samotności.
Niedotykalnie drodzy
Bo przecież, wbrew tej dzielnej pracowitości, wbrew ciągłemu akcentowaniu jasności i nadziei, nawet w dziele poetów tak gorzkich jak tłumaczony przezeń Philip Larkin, wbrew rozśmieszającemu do łez poczuciu humoru, którym Barańczak chętnie dzielił się z nami – w jego wierszach człowiek jest najczęściej wydany zwątpieniu i samotny. Jak wtedy, gdy w „Widokówce...” próbuje dowiedzieć się od Boga, „jak boli / Ciebie Twój człowiek”. I jak wtedy, gdy w finale „Podróży zimowej”, życiowej wędrówki, którą odbywamy w „otchłaniach równoległych”, jedynym możliwym spotkaniem zdaje się być widok samego siebie, odbitego w lustrzanej tafli: „Więc to prawda, bracie w zwierciadlanym szkle? / Mam jakiegoś ciebie, masz jakiegoś mnie?”.
Nawet we wspaniałym wierszu „Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził”, poświęconej żonie medytacji nad czułością, nad bólem tej, która jest ze mną w mojej chorobie, cierpieniu, bezradności – powraca myśl o nieprzekraczalnej granicy, o tym, czego nie chcemy wypowiadać, by nie przymnażać ukochanemu człowiekowi troski i czego wypowiedzieć, oddać, przekazać po prostu nie jesteśmy w stanie, gdy „Na wyciągnięcie ręki – ci dotkliwie drudzy, / niedotykalnie drodzy”. I gdy dojmująco równocześnie – powracają do nas „Drobnomieszczańskie cnoty” – „nie do zniesienia jaskrawa” jest świadomość, że „trzeba by, na dobrą sprawę, / w każdej sekundzie życia powtarzać to samo »ratuj«”...
Pewnie właśnie ta wyczulona świadomość kruchości wszelkich ludzkich spraw i więzi kazała zawsze i na przekór wszystkiemu trzymać się w karbach, usiąść z ołówkiem w ręku nad liniami tłumaczenia, dostrzec znaczenie nieraz błahych rytuałów, wszystkiego, „co pomaga / trzymać się życia, iść przez ujadanie sfory / dni”. Zadawać pytania o „składnię współczucia”, zapisać miłość, czy może lepiej, dokładniej: czułość wobec istnienia. Raz jeszcze, na nowo, mając nadzieję, że nienadaremnie, próbować „samą siłą kochania, jak wyspę wśród morza, / uchować coś przed zmianą”.
Brzęk lodu
Tę „Strofę z Roberta Frosta” umieścił Barańczak przed 30 laty w tomie „Atlantyda”, zaczynając wiersz od cytatu: „Nietowarzyskim odludkiem wprawdzie na zawsze zostanę, / lecz klub ludzkości mnie przyjmie, notując w aktach pobieżnie, / że moim zajęciem było coś, co, choć nie zakazane, / jednak wskazane nie jest. I dobrze widziane – też nie”, by zaraz, jakby zdyszanym głosem dopisać:

i ja, i ja także; tak, zgadza się, przybyłem w towarzystwie
tamtego siwego pana, który właśnie wszedł,
ja razem z nim; już prawie kładę dłoń na klamce
drzwi, spoza których ożywione głosy,
brzęk lodu w szklankach, śmiech, synkopy kontrabasu. I ja,
zajrzyjcie do akt, i ja należę, przecież płacę regularnie
składkę tętna, przecież zapisałem swój ostatni oddech
funduszowi wspólnego powietrza.

Dziś, czytając te słowa, trudno nie pomyśleć o pozaziemskim klubie, gdzie gra Glenn Gould i trio Billa Evansa, brzęczy lód w widmowych szklankach, spotykają się ze sobą Will Szekspir i Wisława Szymborska. O ciężkich drzwiach, zamykających się za Stanisławem Barańczakiem.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1971 r. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]