Dziesiąty maja 1978 r. Jan Wolski, 71-letni rolnik z podlubelskiego Emilcina, zobaczył coś, co zupełnie zmieniło jego spokojne życie. Jak opowiadał potem wielokrotnie (synom, milicji, badaczom, dziennikarzom), jadąc furmanką przez las spotkał niewielkie postaci w obcisłych kombinezonach: miały zielonkawą skórę i połączone błonami palce. Rolnik nie wystraszył się i podwiózł „obcych” na pobliską polanę, gdzie ujrzał zawieszony kilka metrów nad ziemią pojazd.
Na zaproszenie kosmitów wszedł na pokład, poddał się jakiemuś badaniu, a kilka minut później stał z powrotem obok furmanki. Mimo stawianych jeszcze kilka lat temu zarzutów o to, że cały incydent miał zostać sfingowany przez jednego z miejscowych ufologów, zdarzenie, nagłośnione w peerelowskich mediach, stało się prawdziwym kulturowym fenomenem, „polskim Roswell”.
Kosmiczne objawienia, czyli UFO nad Polską
Osią nowego, polskiego serialu Netflixa pt. „Projekt UFO” jest wydarzenie bliźniaczo podobne. Zamiast Emilcina mamy wioskę na Warmii, zamiast 1978 r. ostatnie dni przed stanem wojennym, a w tle mniejszą i większą politykę, zimnowojenne strachy i paranoje, osobiste rozgrywki oraz postaci wzorowane na prawdziwych: fascynata UFO Sokolika (Mateusz Kościukiewicz) i prezentera Polgara (przepięknie oślizgły Piotr Adamczyk).
Serial, który trafił na platformę 16 kwietnia, wizualnie nawiązuje do „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” Spielberga i „Stranger Things” braci Dufferów. Ale osadzona w realiach komunistycznych produkcja jest przede wszystkim okazją do przypomnienia, że UFO w PRL to nie tylko Emilcin. Kosmici mieli nawiedzać Polskę Ludową wielokrotnie i na wiele różnych sposobów. A do tego za zgodą komunistycznej władzy.
– Niezidentyfikowane obiekty latające sprawiały, że świat stawał się bardziej kolorowy i tajemniczy. Widziano w nich możliwość ucieczki, wyrwania się z szarości PRL – mówi „Tygodnikowi” reżyser i scenarzysta „Projektu UFO”, Kasper Bajon. – Z drugiej strony władze mocno w to ingerowały, bo fenomen UFO, zawsze nieco „nadprzyrodzony”, a jednocześnie wytłumaczalny racjonalnie, traktowano jako coś, co stało w opozycji do Kościoła. Można powiedzieć, że UFO było racjonalnym, materialistycznym odpowiednikiem objawień maryjnych.
Księgarnie w latach 70. i 80. pełne były książek Arnolda Mostowicza czy Lucjana Znicza. Opowieści Ericha von Dänikena o „starożytnych kosmitach” doczekały się niezwykle poczytnej serii komiksów (podobnie zresztą jak historia z Emilcina). A kosmici odwiedzali PRL z dużą regularnością.
Już w 1958 r. nad Muszyną miał pojawić się pojazd, który nawet udało się sfotografować. Rok później w Gdyni tajemniczy obiekt, który przeleciał nad miastem (według badaczy z PAN był nim najprawdopodobniej meteor) miał, według miejscowych pogłosek, rozbić się w porcie, a SB i KGB w sekrecie zabezpieczyły pojazd i wywiozły karetką zwłoki kosmity. W 1978 r. nad zachodnią Polską miały z kolei pojawić się „cygara” przypominające sterowce, a w 1982 r. latający talerz – według relacji stojącego na balkonie funkcjonariusza MO – wylądował na warszawskim Czerniakowie. Dopiero pod koniec lat 80. intensywność takich doniesień zaczęła słabnąć – być może dlatego, że uwaga społeczeństwa skupiła się na całkiem realnych, o wiele bardziej przyziemnych problemach.
Dlaczego talerz
Ufolodzy lubią dopatrywać się śladów obserwacji latających pojazdów w starożytnych kronikach czy inskrypcjach. Faktem jest, że Plutarch, Pliniusz Starszy czy Józef Flawiusz wspominali o „ognistych rydwanach” czy „flocie na niebie”, ale większość podobnych opisów wydaje się odnosić do meteorów czy komet. Jednak już od XVI w. pojawiają się relacje, które bliźniaczo przypominają współczesne: dziwne kule, cygara czy inne obiekty geometryczne pojawiały się i nad renesansową Europą, i nad amerykańskimi preriami. Co ciekawe, nie było wśród nich „latających talerzy”.
Nie było, bo te ostatnie są całkiem nowoczesnym wynalazkiem i wynikiem pewnego nieporozumienia, które dobrze ilustruje, jak fenomen UFO zatacza krąg i zaczyna wzmacniać sam siebie. Pierwsza wzmianka o „talerzach” pochodzi z relacji pilota Kennetha Arnolda, który w 1947 r. zaobserwował grupę dziwnych pojazdów pędzących z ogromną prędkością nad górami zachodnich Stanów Zjednoczonych. Arnold stwierdził, że poruszały się one skaczącym ruchem przypominającym „talerze rzucane na wodę”. Ruch zmienił się szybko w powszechnej świadomości w kształt, a latające spodki zawładnęły ludzką wyobraźnią.
Kulturowe wzorce zaczęły wpływać także na to, jak ludzie postrzegali obcych. Początkowo pasażerami UFO była prawdziwa menażeria: istoty maleńkie, ogromne, piękne, brzydkie, włochate albo rybopodobne. Z czasem jednak – i chyba można spokojnie winić za to Hollywood – kosmici zaczęli się unifikować. Dziś nawet dziecko poproszone o narysowanie kosmity sięgnie po małą istotkę o wielkiej głowie i szarej czy zielonej skórze. Jak pisze prof. Greg Eghigian, historyk z Penn State University i autor książki „After the Flying Saucers Came”, „pokazuje to, jaką rolę kultura odgrywa w przekształcaniu naszych spostrzeżeń w coś łatwo rozpoznawalnego dla każdego”.
Na lęki: obcy
Kultura i polityka kształtowały też to, co UFO dla ludzi znaczyło. W ogarniętych zimnowojenną paranoją USA lat 40. i 50. latające talerze były zagrożeniem. Metaforą „czerwonych”, którzy w każdej chwili mogli dokonać inwazji na miłujących święty spokój mieszkańców amerykańskich suburbiów. W latach 60. i 70. przybysze stali się z kolei symbolem nadziei i tajemnicy. „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977) czy „E.T.” (1982) Spielberga przedstawiały obcych w tonie mistycznym i przyjaznym, a kontakt z UFO jako coś w rodzaju przeżycia religijnego.
Ta optymistyczna wizja nie przetrwała długo. Lata 80. i 90. to teorie spiskowe, manipulacje (zarówno obcych, jak i ziemskich rządów), fascynacje porwaniami i eksperymentami na ludziach. Kulminacją była premiera serialu „Z Archiwum X” (1993), w którym kosmici spiskują z mrocznymi siłami tu, na Ziemi, by zniewolić niczego niepodejrzewającą ludzkość.
Za każdym razem projektowaliśmy na domniemanych kosmitów nasze bieżące nadzieje, obawy i lęki.
– Fale obserwacji UFO zawsze pojawiały się w czasach kryzysowych, w momentach przesilenia – mówi Bajon. –Tajemnica pozwala nam ukierunkować i rozładować lęki.
Nie umknęło to uwadze rozmaitych władz – nie tylko zresztą w PRL. W 1952 r. na biurko zastępcy dyrektora CIA trafiła notatka, która wskazywała, że UFO mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Nie ze względu na potencjalną inwazję z kosmosu, ale dlatego, że fascynacja latającymi talerzami może przerodzić się w masową histerię.
Jednocześnie ówczesny szef CIA, Walter Smith, sugerował, że fenomen daje potencjał „ofensywnego lub defensywnego wykorzystania go do celów wojny psychologicznej”. Na przykład odwracania uwagi czy siania paniki w krajach przeciwnika.
Archiwum Grundmana i incydent z Roswell
Wojsko i wywiad w sprawę UFO zaangażowane były od samego początku. W USA od lat 60. prowadzono owiane aurą tajemnicy projekty Sign, Grudge i Blue Book. W PRL mieliśmy ich odpowiednik w postaci „Teczki Grundmana”, relacji o kontaktach z nieznanymi obiektami zbieranych przez płk. dypl. pil. Ryszarda Grundmana, szefa Służby Ruchu Lotniczego Wojsk Obrony Powietrznej. Teczka miała zaginąć w latach 90., co dało pożywkę dla całej gamy teorii spiskowych.
Celowo manipulowano też opinią publiczną. Nie w celu ukrywania „latających spodków”, przeciwnie, by nakręcać ich popularność. Ujawnione w ostatnich latach dokumenty jasno pokazują, że amerykańscy wojskowi chętnie podsycali „ufomanię”, bo dzięki niej przypadkowe obserwacje tajnych samolotów o nieziemskich kształtach (takich jak słynne SR-71 Blackbird, B-2 czy F-117) można było zamieść pod dywan.
Najlepszym przykładem jest słynny incydent z Roswell. Twierdzenia wojska, że obiektem, który rozbił się na odludnym rancho, był balon meteorologiczny, mało kogo przekonały, choć w rzeczywistości miały sporo wspólnego z prawdą, bo w Nowym Meksyku faktycznie spadł balon. Tyle że niesłużący do badania pogody, a do fotografowania ZSRR w ramach tajnego programu Mogul. Prawdę wyjawiono po 40 latach, choć wielu ludzi pozostało sceptycznych.
Podejrzliwość wobec władz od dawna stała się jednym z kluczowych elementów opowieści o UFO. Skoro władze ukrywały prawdę o tym incydencie – o czym jeszcze nie chcą nam powiedzieć? Dyskusja o UFO toczy się nie tylko o to, co widziano na niebie, ale też o zaufanie publiczne i transparentność władz. UFO stało się sprawą polityczną. W PRL, w którym i tak wszyscy wiedzieli, że władza kłamie, plotki o tym, że „UB zabrało kosmitę z Gdyni”, miały dodatkowy posmak buntu. Skoro nie można otwarcie krytykować władz, historie o kosmitach dawały obywatelom wentyl.
Boska mandala i inne rzeczy widywane na niebie
Fenomen UFO to jednak także głęboka, ludzka nadzieja. Tym głębsza, im mroczniejszy jest świat wokół nas. „To było proste pragnienie – chcieliśmy wierzyć, że gdzieś w niebie jest coś, co może przyjść do nas i nas uratować”, stwierdza badacz społecznej historii „latających talerzy” David Clarke. Twierdzi on, że tysiące świadków, którzy donoszą o niezwykłych spotkaniach, jest święcie przekonanych o prawdziwości opisywanych przez siebie zjawisk. Zapewne faktycznie coś widzieli, ale to, jak zinterpretowali i zapamiętali niezwykłe zdarzenia, jest dziełem umysłów działających pod wpływem kulturowych oczekiwań.
W 1958 r. społeczną i psychologiczną naturą UFO zainteresował się Carl Gustav Jung. W książce „Nowoczesny mit. O rzeczach widywanych na niebie” legendarny psycholog stwierdza, że UFO pełnią w dzisiejszym świecie tę samą rolę, którą miały niegdyś mity i symbole religijne. Znaczenie dla Junga ma nawet fakt, że większość obserwowanych obiektów ma kształt kuli czy dysku, przypominających mandalę – archetypiczny symbol pełni i doskonałości. To tak, jakby ludzka psychika rzutowała na niebo obraz koła, symbol jedności i nadziei.
Jung interpretował relacje o spotkaniach z obcymi podobnie jak dawne opowieści mistyczne: jako projekcje pragnień i obaw. Obcy mogli jawić się albo jako zbawcy (przynoszący przesłanie pokoju i technologie uzdrawiające świat), albo jako wrogowie karzący nas za pychę i krótkowzroczność. Do podobnych wniosków doszedł badacz Jacques Vallée, który wykazał zbieżności między opisami spotkań z obcymi i średniowiecznymi podaniami o spotkaniach ze światem wróżek (faerie).
UFO vs New Age
W tym sensie UFO należy interpretować przede wszystkim jako zjawisko społeczne, leżące gdzieś na pograniczu religii. Wiara w obcych zawiera wiele elementów, które przewijają się od zarania ludzkości w mitologiach i systemach wierzeń. Jest tu tajemnica, jest odległy, ale baczny obserwator, są wreszcie zagrożenie karą bądź nadzieja na ocalenie.
Nic dziwnego, że fascynacja UFO przeradzała się w prawdziwy kult. Mitologia UFO głęboko osadziła się w wielu ruchach New Age. Przybysze z kosmosu pojawiają się i w mitologii scjentologów, i utworzonym w 1974 r. ruchu raeliańskim, który głosi, że życie na Ziemi zostało stworzone przez zaawansowanych kosmitów Elohim.
Teolodzy sekty Heaven’s Gate przekonywali, że Jezus został zabrany do Nieba właśnie na pokładzie UFO („obłok” z Ewangelii miał być statkiem kosmicznym). W przypadku tego ostatniego ruchu wiara w zbawczość kosmitów przyniosła jednak tragedię. Przekonani o tym, że przelatującej w 1997 r. komecie Hale’a-Boppa towarzyszy obcy statek kosmiczny, który ma zabrać ich dusze do raju, członkowie sekty popełnili zbiorowe samobójstwo.
Spodki w Krakowie
W pierwszej dekadzie XXI w. UFO zeszło nieco do kulturowego podziemia. Po atakach 11 września społeczna uwaga skupiła się na terroryzmie i wojnach, a przybysze z kosmosu zeszli na dalszy plan. Popkultura głównego nurtu traktowała obcych raczej jako retro-ciekawostkę – pojawiały się filmowe pastisze i komedie, dla których UFO było pożywką do żartów. Dziś jesteśmy jednak świadkami renesansu latających spodków.
W 2017 r. dziennik „New York Times” ujawnił istnienie programów Pentagonu badających niewyjaśnione zjawiska powietrzne, a opublikowane wraz z artykułem nagrania z kamer myśliwców pokazywały szybko poruszające się obiekty niewyjaśnionego pochodzenia. Amerykański Kongres prowadził w tej sprawie formalne przesłuchania, podczas których wojskowi przyznali, że nie wiedzą, czym są nagrane obiekty. I choć zapewniali, że nie ma powodów, by sądzić, iż są pozaziemskiego pochodzenia, tajemnica wróciła. Podczas pandemii covid-19 liczba obserwacji UFO niemal się podwoiła.
Czy po premierze nowego serialu doczekamy się fali nowych obserwacji latających spodków w Polsce? Mamy zdecydowanie podatny grunt. Gdy świat balansuje na granicy wojny, każdy z nas potrzebuje nadziei i wiary, że gdzieś tam jest coś więcej. A najgorszym, co mogłoby się UFO przytrafić, byłoby lądowanie prawdziwych kosmitów na krakowskim Rynku. Odarci z zagadkowości staliby się zwykłym, materialnym elementem rzeczywistości, a my musielibyśmy poszukać sobie wielkiej tajemnicy gdzie indziej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















