Co zrobić, kiedy przyleci UFO

Mamy do czynienia z renesansem historii niesamowitych. Ale co by się stało, gdyby faktycznie udało się namierzyć obcą cywilizację i spotkać z jej przedstawicielami?
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Po majówce następuje w Polsce krótki sezon kosmiczny. 10 maja przychodzi bowiem czas na upamiętnienie najsłynniejszego w naszej historii domniemanego kontaktu z obcą cywilizacją. Nastąpiło ono w niewielkiej miejscowości Emilcin na ziemi lubelskiej w roku 1978. Tamtejszy gospodarz Jan Wolski twierdził, że na swojej drodze napotkał pojazd przypominający lewitującą przyczepę, a jego załoga zaprosiła go do środka. Tym, co wyróżnia nasz polski przypadek spośród innych bliskich spotkań trzeciego stopnia, jest fakt, że przybysze, wedle słów Wolskiego wyrażający się „drobniutko a gęsto”, mieli być wyjątkowo uprzejmi.

Uruchamianie odtwarzacza...

Muszę się do czegoś przyznać – nie interesuje mnie zupełnie „prawda” o tym wydarzeniu. Istnieje wiele spekulacji na ten temat, włącznie z teorią, jakoby cała sprawa lądowania kosmitów w Emilcinie była mistyfikacją w ramach wewnętrznych rozgrywek środowiska ufologów. To, w jakich okolicznościach mogło dojść do tego kontaktu, czy był prawdopodobny, czy spreparowany, ma dla mnie zupełnie trzeciorzędne znaczenie. Tak naprawdę to chciałabym, żeby Jan Wolski miał rację. Zresztą, w swojej okolicy cieszył się opinią człowieka godnego zaufania, więc kto wie.

Wolałabym, żeby kosmici przylatywali sobie w niepozorne, malownicze zakątki, wdawali się w pobieżne kontakty z Ziemianami i wracali do siebie. Oczywiście dobrze byłoby, gdyby byli przy tym mili. A przede wszystkim przekonuje mnie wariant świata, w którym jest miejsce na wtargnięcie niezwykłości, i niezwykłość ta jest czymś otrzeźwiająco zwyczajnym. Przyleciało UFO, no i co to za sensacja – tak, żeby nikomu nie chciało się pakować w spiralę podejrzliwości i mnożenia spiskowych domysłów, które owszem, bywają ekscytujące, ale jakim kosztem.

Mamy obecnie do czynienia z małym renesansem PRL-owskich historii niesamowitych. Świeży serial „Projekt UFO” to tylko jego część – prowadząc od lat stronę poświęconą również codzienności schyłku PRL widzę i słyszę, jak chętnie dzisiaj ludzie, którzy nie mogą tego pamiętać, wracają z zainteresowaniem do fenomenów uzdrowicieli, uduchowionych outsiderów, alternatywnych społeczności, czasem nadając im większą rangę, niż w rzeczywistości miały (to znów ta potrzeba niezwykłości). Ale też dzisiaj fascynuje nas nie tyle samo możliwe spotkanie z UFO, co raczej ówczesne o nim opowieści. Emilcin został w swoim czasie bardzo umiejętnie opowiedziany – w reportażu, w filmie dokumentalnym, w komiksie.

Małe lądowisko dla UFO w jednym z polskich miast // Fot. Olga Drenda

Na pewno na to zainteresowanie musi wpływać fakt, że ze wszystkich miejsc uprzejmi kosmici wybrali nie np. stosowny katowicki Spodek, a sielankowy krajobraz Lubelszczyzny, że na pokład zaprosili zupełnie zwyczajnego człowieka, a całość emilcińskiej opowieści emanuje zadziwiająco swojskim klimatem. Dlatego dzisiaj celebrowanie kolejnej rocznicy lądowania UFO w Polsce to skądinąd bardzo sympatyczne i świadczące o zainteresowaniu lokalnością wydarzenie z kategorii „współczesne dziedzictwo”.

Współcześnie media donoszą czasami o wydarzeniach jakby nie z tej ziemi, są one jednak dziwnie pozbawione – by użyć stosownie ezoterycznego terminu – magnetyzmu. Na początku bieżącego roku w pewnej wiosce w Kenii z nieba spadł półtonowy obiekt, jak się później okazało – prawdopodobnie fragment satelity i nie powstała na ten temat żadna wciągająca teoria, raczej miejscowa młodzież dostrzegła w nim potencjalnie cenny złom niż znak. Mija też 10 lat od deklaracji NASA, zgodnie z którą w ciągu dekady mielibyśmy trafić na ślady życia w kosmosie. Mamy na to jeszcze pół roku, i niewątpliwie dzisiaj dysponujemy lepszymi możliwościami technicznymi niż w 2015 roku, nie mówiąc już o czasach Jana Wolskiego.

Co by się stało, gdyby faktycznie udało się namierzyć obcą cywilizację? Może puszczono by te doniesienia mimo uszu? To nie „normalność niezwykłości”, a raczej symptom powszechnego znudzenia czy uniewrażliwienia. W końcu dziś rzeczy zadziwiające czy potworne, dziejące się na Ziemi, krótko utrzymują naszą uwagę, niestety. Może dlatego tak często ludzie dzisiaj spoglądają wstecz, w przekonaniu – słusznym czy nie – że kiedyś umieliśmy się czymś zafascynować, że wydarzenia budziły zainteresowanie, i że może gdzieś tam głęboko, jak w kraterze po meteorycie, wciąż mieszka w nas ten potencjał.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Komu chce się patrzeć w niebo