W Heraklionie trwają przygotowania do wielkiego święta ku czci Zeusa i innych olimpijskich bogów. Rządzący żelazną ręką miastem i wyspą Kretą Minos – rzadko występujący publicznie inaczej niż w obwieszonym medalami galowym mundurze – nie szczędzi starań, by uroczystości faktycznie były godne bogów. Planowane są ofiary z ludzi, odsłonięcie specjalnie przygotowanego pomnika, wreszcie koncert Orfeusza – niezwykle popularnej na wyspie muzycznej gwiazdy, bilbordy zapowiadające jego najnowszą płytę obecne są wszędzie.
Z góry, ze swojej luksusowej willi na Olimpie przygląda się temu wszystkiemu Zeus. Bóstwo oczekujące od ludzi, że będą oddawać mu bezgraniczną cześć. Choć pozornie ma wszystko, czego boska istota, w jakiejkolwiek mitologii, mogłaby sobie tylko zamarzyć, wydaje się dręczony melancholią i czymś w rodzaju boskiego odpowiednika kryzysu wieku średniego.
W ten sposób zaczyna się „Kaos” – dostępny na Netflixie serial rozgrywający się w świecie, który, choć wygląda jak nasz współczesny, to wciąż rządzony jest przez starożytnych bogów. Posejdon w imieniu Zeusa czuwa nad Kretą i prowadzi za rękę Minosa, Dionizos anonimowo towarzyszy śmiertelnikom, zwłaszcza w miejscach, gdzie szukają upojenia i ekstazy, zmarli trafiają do Hadesu, który jest bardzo zużytym kurortem, przerobionym na obóz przejściowy dla uchodźców.
Bogowie za bardzo nam znani
Czemu ma służyć to uwspółcześnienie mitologicznych motywów? Charlie Covell, osoba showrunnerska – Covell identyfikuje się jako osoba niebinarna – ma tu kilka celów. Pierwszy z nich jest satyryczny. Uwspółcześniony świat bogów jest światem komicznym, a zaludniające go postacie są tyleż przerażające, co śmieszne w swojej małostkowości, zazdrości, paranoi, chciwości i braku umiaru.
W postaciach bogów bez problemu rozpoznajemy figury aż zbyt dobrze nam znane z otaczającego nas świata. Zamknięty w kokonie luksusu Zeus jest jak współczesny oligarcha albo dyktator, przekonany, że władza i pieniądze stawiają go ponad zwykłymi śmiertelnikami. Hera jest wariacją na temat znanej z telenowel obrzydliwe bogatej kobiety-łotrzycy w typie Alexis z „Dynastii”. Posejdon wygląda jak gangster, który w swoim fachu doszedł tak daleko, że teraz może wygrzewać się półnagi w słońcu na swoim jachcie, w ramach zasłużonej, bardzo komfortowej emerytury, ale w razie czego potrafi jeszcze zastraszyć, zaszantażować, wymusić, skutecznie zagrozić przemocą. Dionizos wygląda jak pogubiony syn bardzo bogatego rodzica, mający o wiele więcej pieniędzy, niż powinna mieć tak młoda i nierozsądna osoba.
Aktorzy wyraźnie doskonale bawią się, ożywiając tak napisane mitologiczne postaci, tworzą przy okazji znakomite kreacje. Najwięcej pochwał zbiera Jeff Goldblum w roli Zeusa – choć czasami powtarza tu po prostu to, co grał tworząc postać Arcymistrza w marvelowskim „Thor: Ragnarok” (2017) Taiki Waititiego. I są to pochwały w pełni zasłużone.
Zeus według Goldbluma, obok komicznego, ma też autentycznie przerażający wymiar, a obie te strony bóstwa podszyte są realnym lękiem i smutkiem. Znakomici są też Janet McTeer jako Hera, a zwłaszcza David Thelwis jako Hades – z niechęcią, a jednocześnie z poczuciem obowiązku zarządzający Hadesem, jak rutynowy, doświadczony biurokrata, coraz częściej popadający w wątpliwości, czy wyżej postawione władze, którym stara się służyć, nie postradały czasem rozumu.
Serial „Kaos” jest gatunkową hybrydą, nieustannie na nowo łączącą różne telewizyjne konwencje i rejestry. Fragmenty z Olimpu przypominają pastisz telenoweli, odsyłają nas w klimaty bliskie niedawnej uwspółcześnionej adaptacji „Zagłady domu Usherów” (2023) czy znakomitej „Sukcesji” – choć rodzina Zeusa jest znacznie bardziej dysfunkcjonalna niż ta Royów, a jej członkowie jeszcze mniej sympatyczni.

Boskość jako zakumulowana nierówność
Ta wymierzona w mieszkańców Olimpu satyra ma przy tym wyraźny polityczny wymiar. Świat rządzony przez bogów odbija problemy tego naszego. Po Heraklionie snują się uchodźcy ze zniszczonej przez bogów Troi – ludzie bez państwa, funkcjonujący na Krecie bez żadnych praw. Napięcia, jakie wywołuje ich obecność, odsyłają do napięć, z jakimi zmagają się dzisiejsze wielokulturowe, ukształtowane przez kolejne fale migracji zachodnie społeczeństwa.
Minos jest patriarchalnym dyktatorem w typie Putina czy Kadyrowa, rządzącym przy pomocy przemocy i strachu. Nieustannie powołuje się na wolę bogów, by zablokować jakąkolwiek zmianę, mogącą zagrozić jego pozycji.
Wreszcie olimpijczycy przypominają współczesnych miliarderów, elitę, która zakumulowała tak wiele różnego rodzaju zasobów, że całkowicie wymknęła się jakiejkolwiek demokratycznej, czy po prostu społecznej kontroli. Oglądając „Kaos” zadajemy sobie pytanie, czy naprawdę, inaczej niż ludzcy bohaterowie serialu, możemy poszczycić się tym, że jesteśmy wolni od kaprysów podobnie niezrównoważonych, samolubnych i okrutnych bóstw jak przedstawieni na ekranie Zeus i Hera? Czy „boskość”, jaką pokazuje serial, nie jest po prostu metaforą skoncentrowanej władzy – ekonomicznej, politycznej, symbolicznej – nawarstwionych nierówności, zinstytucjonalizowanego przywileju? Sił, które ciągle kształtują nasze losy, często w sposób równie okrutny, co olimpijscy bogowie?
Prawda was wyzwoli
W centrum „Kaosu” stoją jednak nie postacie bogów, ale czwórka ludzi. Orfeusz i Eurydyka, Ariadna (córka Midasa), wreszcie Kajneus – uwięziony w Hadesie transmężczyzna, który urodził się jako kobieta wśród Amazonek i został zabity za to, że jako nastolatek stał się kimś, kim od zawsze się czuł.
Historia każdej z tych postaci jest historią buntu przeciw różnego rodzaju władzy. Ariadna buntuje się przeciw ojcu i jego tyranii, Eurydyka przeciw duszącej ją coraz bardziej relacji z Orfeuszem (jest gwiazdorem, śpiewa o niej dla tłumów fanów), Kajneus przeciw całej polityce płci swojej społeczności, Orfeusz przeciw samej śmierci. Wszyscy na różne sposoby rzucają też wyzwanie bogom.
Covell wskrzesza bowiem bogów i inne figury z greckich mitów – Mojry, Furie, Minotaura – nie po to, by potwierdzić „odwieczność”, „uniwersalność” i „niezmienność” zawartych w micie praw, ale by przedstawić historię ludzi buntujących się przeciw ograniczeniom, jakie nakłada na nich mit, walczących o to, by wykroić sobie jak najszerszą przestrzeń wolności i podmiotowości wobec nieuprawnionych roszczeń bogów.
Naszym przewodnikiem po tej historii buntu jest w „Kaosie” chyba najbardziej do tego odpowiednia postać z całej starożytnej mitologii – Prometeusz. W serialu to niegdyś najbliższy przyjaciel Zeusa, pierwszy i jedyny, który miał odwagę mu powiedzieć, że zmienia wszystko w to, czego nienawidził w młodości. Za karę król bogów przykuł go do skał Kaukazu. A jednocześnie pokonany Prometeusz przed swoją klęską podjął kroki, które mają umożliwić scenariusz, mogący – za sprawą zaangażowania wspomnianej wyżej czwórki ludzkich bohaterów – przynieść kres panowania olimpijskich bogów.
W micie darem Prometeusza dla ludzkości, którego przestraszyli się bogowie, był ogień (pamiętajmy, że w tragedii Ajschylosa „Prometeusz skowany” przynosi nie ogień, lecz nadzieję). W „Kaosie” od ognia jeszcze bardziej niebezpieczna jest prawda, jaką na ścieżkach wytyczonych z pomocą Prometeusza odkrywają bohaterowie. Prawda na temat śmierci i tego, co znajduje się po jej drugiej stronie, a przede wszystkim samych bogów i źródeł ich mocy. Największy sekret bogów, który ujawnia w „Kaosie” Prometeusz, polega bowiem na tym, że wbrew całej swojej potędze oni także krwawią, że nie mają żadnej innej mocy niż ta, którą najczęściej wbrew swojej woli dali im ludzie.
Covell powtarza za pewną tradycją krytyki religii: to nie bogowie tworzą ludzi, ale ludzie bogów. Bogowie z serialu zostali bogami, bo ludzie pozwolili im zawłaszczyć swoje życiowe siły. Ich władza, choć opiera się na kłamstwach, jest jednak jak najbardziej realna – i będzie tak długo, jak długo ludzie nie przestaną im wierzyć i nie zbuntują się przeciw ich rządom.
Krytycy piszący o „Kaosie” porównywali serial do pisarstwa Neila Gaimana, zwłaszcza powieści „Amerykańscy bogowie” czy powieści graficznych z serii „Sandman” – oba teksty doczekały się w ostatnich latach serialowych adaptacji. W światach stworzonych przez Gaimana ludzie są potężniejsi od bogów, bo nie ma innych bogów niż ci, którzy zostali wyśnieni, wymarzeni, wyfantazjowani, wyhalucynowani przez ludzi, stworzeni jako uosobienie ludzkich lęków, pragnień, marzeń i aspiracji. Ale jednocześnie bóstwa, wyłaniające się z naszych snów, zyskują nad nami realną władzę – przynajmniej tak długo, jak nie zaczniemy śnić o innych.
W „Kaosie” widać miejscami podobną wrażliwość w podejściu do mitów i opowieści, jakie one niosą, Covellowi bliżej niż do Gaimana jest jednak do Philipa Pullmana i jego także zekranizowanej jako serial trylogii „Mroczne materie”. Pullman, piszący swoje dzieło w kontrze do C.S. Lewisa i religijnych wyobrażeń organizujących jego dzieła, na czele z powieściami z cyklu o Narnii, zainspirowany „Rajem utraconym” Miltona, przedstawiał multiwersum skutecznie buntujące się przeciw królestwu niebieskiemu i uzurpującej sobie władzę nad wszystkimi światami quasi-boskiej, tyrańskiej figurze. Ludzcy bohaterowie „Kaosu” – zwłaszcza Eurydyka i Kajneus – wydają się podążać bardzo podobną drogą.
Między wolnością a przeznaczeniem
Jednocześnie „Kaos” nie jest po prostu celebracją ludzkiej wolności, prawa i zdolności do buntu, zdolnych obalać tyranów o największych, boskich pretensjach. Obok bogów i walczących z nimi o własną wolność i godność ludzi, w świecie serialu działają jeszcze znacznie starsze i potężniejsze siły, uosabiane przez Mojry i Furie.
Podstawowy problem dręczący serialowego Zeusa brzmi bowiem: czy jako bóg zdołałem wznieść się ponad swoje przeznaczenie? Czy też podlegam mu jak inni śmiertelnicy? Dla pana na Olimpie to pytanie jest szczególnie dojmujące w kontekście przepowiedni, zapowiadającej upadek władzy jego rodziny.
„Kaos” ostatecznie może więc tyleż okazać się prometejską z ducha opowieścią o wyzwoleniu ludzi spod władzy bogów, co zupełnie inną historią – o tym, że nikt, nawet ci, którym wydaje się, że posiedli boskie atrybuty, nie jest w stanie uciec przed swoim przeznaczeniem. Na końcu którego zawsze znajduje się upadek, rozpad, zniszczenie, rozkład, śmierć. O tym, że pycha, w tym ta boska, zawsze zostanie ukarana przez bezosobowe, obojętne na ludzkie i boskie losy siły, pilnujące, by wszechświat pozostawał w równowadze.
Okaże się to w ewentualnych następnych sezonach. Pierwszy kończy się w zawieszeniu, pozostawiając nas bez odpowiedzi na cały szereg kluczowych pytań. Trzeba przyznać, że to zakończenie jest trochę rozczarowujące, że twórcom nie do końca udało się zebrać wszystkie wątki pracujące w ośmiu odcinkach, tak by widz miał wrażenie, że sezon jest pewną elegancko zamykającą się artystycznie całością, utrzymując przy tym jego zainteresowanie sezonami następnymi.
Covellowi nie zawsze udaje się też do końca pogodzić satyryczną, telenowelową, komiczną warstwę „Kaosu” z wszystkimi mitotwórczymi i filozoficznymi ambicjami, jakie przejawia ta seria. Ale to tylko drobne potknięcia w naprawdę znakomitej, zabawnej, pomysłowej produkcji, która z godną podziwu dezynwolturą mierzy się z najbardziej fundamentalnymi opowieściami zachodniej kultury.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















