Chociaż „życie jest nowelą”, to jednak filmy nowelowe, podobnie jak zbiory opowiadań, mają trudniej na szeroko rozumianym rynku. Chyba że autor nazywa się Tarantino, Jarmusch bądź Iñárritu i oprócz rozpoznawalnego stempla potrafi nadać osobnym historiom zaskakujący wspólny mianownik czy fikuśną klamrę. Albo jest Yórgosem Lánthimosem. W jego najnowszym filmie spoiwem jest różnie i bardzo dziwacznie ubrana przemoc. „Rodzaje życzliwości” są bowiem ćwiczeniem z tego, co grecki reżyser umie najlepiej i za co niektórzy widzowie kochają go najbardziej.
Jesse Plemons, Emma Stone, Willem Dafoe, Margaret Qualley i kilkoro innych aktorów wędrują między trzema opowieściami, by pokazać, jak łatwo ulegają spotwornieniu rozmaite międzyludzkie zależności i uzależnienia. A wszystko to z czarnym humorem i oświetleniem niczym w kostnicy – tam zresztą rozpoczyna się ostatnia z nowel.
- RODZAJE ŻYCZLIWOŚCI („Kinds of Kindness”) – reż. Yórgos Lánthimos. Prod. USA/Wielka Brytania/Irlandia 2024. Dystryb. Disney. W kinach od 6 września.
W pierwszej oglądaliśmy narosłą do absurdu patologię korporacyjną, gdzie każdy aspekt życia wiernego pracownika okazuje się reżyserowany przez możnego pracodawcę. Następnie widzimy ten mechanizm na gruncie małżeństwa – presja, żeby być tym, kogo chciałaby widzieć druga połowa, prowadzi do ekstremalnych poświęceń. Nie mniej silna jest potrzeba przynależności i akceptacji w noweli trzeciej, której bohaterowie podporządkowali siebie szemranej sekcie. Słowem: mamy tutaj przykłady życia na zadany temat, żałosne próby wyłamania się z niego i rozmaite doświadczenia utraty.
Postacie, uzależnione od luksusu, miłości, uznania czy jakkolwiek rozumianego komfortu, w kolejnych odsłonach i obsadowych roszadach częściowo zamieniają się miejscami. Wiąże je ze sobą podobny teatr władzy, czasem maskowanej fałszywą troską lub tytułową życzliwością. Same natomiast historie łączy zbliżony poziom rozkosznej niedorzeczności, podanej oczywiście z kamienną twarzą.
A chciałoby się zanurkować trochę głębiej. Gdy mowa o filmach greckiej „nowej fali”, pojawia się często pojęcie biowładzy, czyli zarządzania czyimś ciałem, jego zdrowiem, seksualnością, integralnością. Właściwie wszystkie filmy Lánthimosa, nie tylko realizowane przed laty w ojczyźnie, bywają w mniejszym lub większym stopniu właśnie o tym. W „Kle” stworzył wizję rodziny, której ojciec trzyma swoje dzieci, od urodzenia aż po dorosłość, w wyizolowanym, podporządkowanym własnym regułom świecie, sprawując całkowitą kontrolę nad ich wewnętrznym i fizycznym rozwojem.
Bohaterowie dystopijnego „Lobstera” zmuszani są do życia w parach, bo inaczej grozi im zamienienie w niezbyt lubiane zwierzęta. Bohaterki „Faworyty” rywalizują o względy chimerycznej królowej, zaś pożądanie i cielesna podległość tworzą iście dialektyczny węzeł. Z kolei w „Zabiciu świętego jelenia” mieliśmy różne rodzaje władzy nad czyimś ciałem, począwszy od relacji lekarza i pacjenta, poprzez rzuconą w akcie zemsty klątwę i jej namacalne skutki, aż po moment tragicznego wyboru, kiedy trzeba zadecydować, które życie ma być złożone w przebłagalnej ofierze, by ocalić inne.
Także w „Biednych istotach”, zanim przemieniły się w emancypacyjną baśń, chodziło głównie o studium frankensteinowskiej wszechmocy nad życiem wykreowanym i totalnie kontrolowanym, również w biologicznym wymiarze. U Lánthimosa, wiadomo, człowiek człowiekowi albo panem, albo podwładnym, i nawet jeśli drugi z nich próbuje się buntować przeciwko swojej kondycji, rzadko udaje mu się ją w pełni przezwyciężyć. Za to język tych opowieści – sterylny, zimny, wykoncypowany – raz po raz bywa skażany tym, co organiczne, fizycznie okrutne, estetycznie odrażające, jakby w ten sposób reżyser poszukiwał na ekranie wyzwolenia. Jakby ciągle „udawał Greka” i dopiero w owym zmieszaniu supersztucznego z superbrutalnym odnajdywał rodzaj katharsis.
W „Rodzajach życzliwości” owe problemy, rozbrajane purnonsensowym humorem, zostają celowo spłaszczone, odarte z wszelkiej dwuznaczności i tragiczności. Ot, śmiejemy się i to raczej półgębkiem, że ktoś w imię miłości zmusił kogoś do samookaleczenia, ktoś inny pod ezoterycznym płaszczykiem ordynuje komuś mordercze oczyszczanie, a jeszcze inny, dla sadystycznego kaprysu, za to z życzliwym uśmiechem, decyduje o czyimś wyglądzie, bezpieczeństwie, prokreacji. I tak jak świat wykreowany w „Biednych istotach” przez swą wypreparowaną dziwaczność zdawał się chwilami dziełem sztucznej inteligencji, tak „Rodzaje życzliwości” sprawiają wrażenie, że już scenariusz, napisany wspólnie z zaprzyjaźnionym Efthymisem Filippou, w rzeczywistości stworzyła AI.
I nie tylko dlatego, że zmontowano go ze znanych skądinąd narracyjnych, intelektualnych czy wizualnych gotowców. Również jego swoboda, bezczelność, absurd zdają się wymuszone, wygenerowane przez algorytm. Aktorzy, owszem, dostają swoje benefisy, lecz nawet im, może z wyjątkiem nagrodzonego w Cannes Jesse’ego Plemonsa, trudno tchnąć w owe humanoidalne konstrukty coś prawdziwie ludzkiego. Co miała na przykład monstrualna królowa w „Faworycie”, para zakochanych z „Lobstera”, przeklęty i zdesperowany ojciec w „Zabiciu...”, a co „biedna istota” Bella Baxter pięknie nadrabiała swą dziką choreografią. W nowym filmie bohaterka Stone też tańczy, ale tym razem jej postać ani na moment nie zrywa się ze sztywnych konceptualnych sznurków.
Dla stęsknionych za Lánthimosem „greckim”, bardziej powściągliwym, „Rodzaje życzliwości” mogą być, zwłaszcza po jego niedawnych hollywoodzkich popisach i sukcesach, ożywczym wejściem do tej samej co kiedyś chłodnej rzeki. Ci, którzy zazwyczaj odbijają się od jego konceptów i wolą efektowne widowiska, zobaczą redukcję i regres. Tak czy inaczej, pozostanie im przynajmniej czysto surrealistyczna zabawa oraz studiowanie indywidualnej brawury i maestrii.
Na przykład zdjęć Robbiego Ryana, który znowu kreuje obłędne przestrzenie i więzi nas w nich. Albo muzycznych ekscesów Jerskina Fendriksa, którego arie i wokalizy przypominają, że jesteśmy w laboratorium życia społecznego i ludzkiej fauny, nie w życiu i pośród ludzi. Po trzech historyjkach błąka się jeszcze tajemniczy pan R. M. F., choć i on tylko pozornie uprasza się o rozszyfrowanie. Podobnie jak cały film – beztrosko krotochwilny i zarazem przyciężki od rzekomo ukrytych znaczeń. Piękny i odpychający. Nowy i stary jednocześnie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















