Gdyby 18 maja Polska zagłosowała tak, jak mieszkańcy gdańskiego domu pomocy społecznej, w którym mieszka słynny pan Jerzy, pierwszą turę wygrałby Karol Nawrocki. Siedemnaścioro podopiecznych oddało tutaj głosy na szefa IPN. W skali całej placówki złożyło się to na – wyraźnie większe niż w skali kraju – poparcie ok. 36 proc. ogółu głosujących dla Nawrockiego, bo Rafał Trzaskowski dostał o jeden głos mniej niż kandydat partii Jarosława Kaczyńskiego.
„Na nic propaganda i kłamstwa obozu Tuska! Nawet w DPS-ie, w którym przebywa Jerzy Ż., wygrał Karol Nawrocki!” – donosił triumfalnie tuż po pierwszej turze usłużny w stosunku do obozu prawicy portal braci Karnowskich wPolityce.pl.
Gdyby z kolei Polska wydała w pierwszej turze wyrok taki, jak najstarsi wyborcy, bracia Karnowscy mogliby odtrąbić przewagę bliską zwycięstwa już w I turze. Oto bowiem niemal 45 proc. Polaków po 60. roku życia oddało głos na kandydata PiS, przy 42,6 proc. na Trzaskowskiego (dane na podstawie sondaży exit poll).
Jeśli dodać do tego okoliczność, że sondażowe słupki po aferze mieszkaniowej Nawrockiego nie uległy większym zmianom, można powiedzieć dziś śmiało: kandydat PiS wyszedł z tej historii właściwie bez szwanku. Owszem, eksperci w ocenie wpływu afery na wyniki nie mówią jednym głosem. Są i tacy jak socjolog Jarosław Flis, który na naszych łamach stwierdził, iż pan Jerzy stanął Nawrockiemu na drodze do wyprzedzenia Trzaskowskiego już w pierwszej turze. Jedno jest pewne: afera miała znaczenie o wiele mniejsze, niż życzyli sobie zwolennicy prezydenta Warszawy.
Jak to możliwe, że najpierw matactwa dotyczące liczby posiadanych mieszkań, a następnie afera z transakcją i rzekomą opieką Nawrockiego nad starszym panem [szczegóły w ramce obok – red.] nie zatopiły politycznie kandydata PiS?
Fakt, że Jerzy Ż. był skazany za przestępstwa seksualne, nie mógł być raczej tego przyczyną: informacja ta przebiła się do opinii publicznej dopiero po I turze wyborów.
Kawalerka pana Jerzego, czyli kogo naprawdę porusza los seniorów
Z pewnością rację mają komentatorzy, którzy widzą w tym przede wszystkim efekt zabetonowania debaty publicznej przez polaryzację. Zwolennicy obydwu głównych obozów są dziś właściwie zaimpregnowani na komunikaty drugiej strony. Dotyczy to zwłaszcza najtwardszego elektoratu, który i z lewa, i z prawa a priori klasyfikuje niewygodne informacje o swych politycznych idolach jako kłamstwa i manipulacje.
To by tłumaczyło, dlaczego Nawrocki, któremu przez całą kampanię nie udawało się nawet zrównać z wynikami sondażowymi PiS-u, na ostatniej prostej wystrzelił do przodu, niesiony zapewne poparciem wahających się zwolenników prawicy. Jak zauważa prof. Flis, dopóki temat kawalerki żył głównie w mediach, dopóty był dla Nawrockiego stosunkowo niebezpieczny. Z chwilą, gdy zajął poczesne miejsce w wypowiedziach Rafała Trzaskowskiego i pozostałych polityków Koalicji, jego siła politycznego rażenia uległa osłabieniu: dla wyborców prawicy sprawa pana Jerzego zrównała się z resztą koalicyjnych przekazów dnia.
Niejako przy okazji rodzi się jednak jeszcze jedno pytanie: czy w polskim społeczeństwie, które w swoim systemie wartości od wieków stawia rodzinę na piedestale, samotny starszy mężczyzna, nieutrzymujący kontaktów z bliskimi wskutek własnych życiowych decyzji, mógł w ogóle wzbudzić powszechne współczucie?
Jaki jest stan zdrowia polskich seniorów
O życiu pana Jerzego – mimowolnego uczestnika największej politycznej afery ostatnich miesięcy – wiemy niewiele. Ale i wystarczająco dużo, by ocenić, że losy 80-latka wpisują się w zjawiska społeczne występujące dziś w Polsce na masową skalę. Do czasu, gdy wylądował w jednym z trójmiejskich DPS-ów, mieszkał sam, zdany (pomimo posiadania rodziny, z którą nie utrzymywał kontaktu) na łaskę i niełaskę pomocy społecznej. W dodatku schorowany.
Ani osamotnienie, ani stan zdrowia bohatera internetowych nagłówków z pierwszej połowy maja nie czynią go jednak w polskich warunkach postacią wyjątkową. Według danych ZUS przeciętny polski pracownik kończy aktywność zawodową w wieku niespełna 62 lat, kiedy, zdawałoby się, kondycja fizyczna i psychiczna pozwala jeszcze na wiele lat aktywnego uczestnictwa w życiu. Niech nas jednak nie zmyli sama metryka.
Ten sam statystyczny polski 62-latek w chwili przejścia na emeryturę ma bowiem za sobą średnio 34 lata pracy, aż siedem więcej od statystycznego Norwega. Ponad trzy dekady temu, gdy wchodził na rynek pracy, rolnictwem parało się 30 proc. aktywnych zawodowo Polaków (dziś około 6 proc.), a około 35 proc. pracowało w przemyśle (tu zatrudnienie stopniało w tym czasie do około 30 proc.). Usługi – sektor stosunkowo najmniej eksploatujący fizycznie – stanowił w roku 1990 niespełna 35 proc. polskiego rynku pracy, czyli dwukrotnie mniej niż dziś.
Pokolenie ludzi, które wprowadziło Polskę do grona krajów wysoko rozwiniętych, udany pościg opłaciło wypaleniem i fizycznym wyniszczeniem. W drugiej edycji ogólnopolskiego badania PolSenior przeprowadzonego wśród osób w wieku od 55 do 64 lat, aż 18 proc. Polaków oceniło swój stan zdrowia jako zły lub bardzo zły, podczas gdy w całej Unii takiej samej odpowiedzi udzielało 11 proc. ich rówieśników.
W grupie wiekowej 65-74 za poważnie chorego uważał się już przeszło co czwarty Polak (26 proc.), choć w całej UE odsetek takich samych odpowiedzi sięgnął zaledwie 14 proc. Statystyczny polski mężczyzna w wieku 65 lat ma przed sobą – jak wynika z tych samych badań – niespełna 8 lat i dwa miesiące życia bez ograniczonej sprawności, czyli o rok i siedem miesięcy mniej od przeciętnego obywatela Unii.
Samotność polskich seniorów: opiekuńczy udział rodziny ciągle maleje
Wyjątkowa – czy statystycznie marginalna – dawno też przestała być samotność polskich seniorów. Owszem, w naszej mentalności, ale też w przestrzeni publicznej, emeryt z rzadka gości jako odrębny byt, z własnymi planami na przyszłość, aspiracjami, prawem do odrębnego zdania. Zdecydowanie częściej posługujemy się figurą seniora albo pod opieką bliskich, albo przeciwnie – opiekującego się wnukami. To odpodmiotowienie słychać nawet w potocznej polszczyźnie, która osoby w podeszłym wieku nazywa – trochę z czułością, ale i lekceważąco – babcią i dziadkiem.
Powyższe stereotypy coraz mocniej mijają się jednak z rzeczywistością. Liczba jednoosobowych gospodarstw domowych w Polsce regularnie rośnie, m.in. za sprawą starzenia się społeczeństwa. Będzie rosła i w długiej perspektywie, i w krótkiej: właśnie do siedemdziesiątki i osiemdziesiątki dobijają wszak przedstawiciele wyjątkowo licznego wyżu powojennego. O ile w 2005 r. 2,32 mln osób mieszkających w pojedynkę stanowiło 18 proc. wszystkich polskich gospodarstw domowych, to w roku 2021 było ich już 3,68 mln – i odpowiednio aż 26 proc.
A że – jak wiemy z Narodowego Spisu Powszechnego – ponad połowa z owych trzech milionów i niemal siedmiuset tysięcy to gospodarstwa tworzone przez samotnych seniorów, rachunek jest prosty: niemal dwa miliony Polaków w podeszłym wieku gospodaruje samotnie, w zasadzie skazani na to, że prędzej czy później trafią albo pod opiekę rodziny, albo pomocy społecznej w miejscu zamieszkania. Bądź wylądują w placówce.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują w dodatku, że opiekuńczy udział rodziny, który dziś już jest mniejszy niż w przeszłości, będzie nadal malał, wzrośnie zaś – jak w przypadku pana Jerzego i jego niefortunnego „opiekuna” – rola osób trzecich. Jakie to znaki? Po pierwsze, chodzi o demontaż znanego nam z przeszłości – a tylko gdzieniegdzie jeszcze z teraźniejszości – modelu rodziny. Migracje ze wsi i małych miast do aglomeracji sprawiają, że coraz rzadszym zjawiskiem staje się wielopokoleniowa familia pod jednym dachem albo przynajmniej w granicach tej samej miejscowości.
Bezdzietność i małodzietność odwracają – jak powiadają demografowie – piramidę relacji międzypokoleniowych. O ile kiedyś, w dobie krótszego życia i większej dzietności, na jednego pozostającego przy życiu dziadka przypadało kilkoro wnucząt, teraz nierzadka staje się sytuacja odwrotna: czworo mających się dobrze dziadków rywalizuje o względy jednego bądź dwojga wnucząt.
A i to nie zawsze. Jak podaje w jednej ze swoich analiz demograf i gerontolog Uniwersytetu Łódzkiego prof. Piotr Szukalski, około 8-10 proc. Polaków w przedziale wiekowym 60-70 lat nie miało własnych dzieci, zaś dodatkowe 10-15 proc. potomstwa się co prawda doczekało, ale nie może tego samego powiedzieć o swoich dzieciach. Efekt? Setki tysięcy seniorów, osób samotnych w sensie ścisłym oraz osamotnionych, czyli nieczujących więzi z bliskimi.
– W tej drugiej grupie warto wyodrębnić zbiór, którego przedstawicielem jest opisywany przez media pan Jerzy – mówi prof. Szukalski. – To nieznana dokładnie co do skali grupa, głównie mężczyzn, którzy ze względu na swoją trudną ścieżkę życiową, czyli głównie uzależnienia lub odstręczające cechy charakteru, nie mogą liczyć na rodzinę, pomimo że ją mają. W ostatnich dekadach mieliśmy rocznie po kilkadziesiąt tysięcy rozwodów, więc jeśli nawet wspomniane zjawisko dotyczy tylko kilku procent przypadków, możemy mieć liczoną w dziesiątki tysięcy grupę starszych mężczyzn z rodziną, ale bez jej pomocy.
Rodzina albo DPS: ile naprawdę kosztuje opieka nad seniorami
Co wchodzi w pustkę po rodzinie? – Relacje quasi-familijne, najczęściej wieloletnie przyjaźnie, a także czasami te sąsiedzkie – mówi prof. Szukalski. – Te drugie jednak głównie na wsiach i w małych miejscowościach, bo w dużych miastach częsta jest sytuacja, której sam doświadczam, mieszkając w centrum Łodzi. Na osiem znajdujących się w mojej klatce mieszkań tylko cztery zajmują stali lokatorzy. Jak budować więzi z kimś, kto tylko wynajmuje mieszkanie, w dodatku rzadko dłużej niż przez rok? – pyta retorycznie łódzki demograf.
W tej sytuacji trudno się dziwić, że pomimo odmienianej przez wszystkie przypadki deinstytucjonalizacji, czyli odchodzenia państwa z całodobowych placówek na rzecz innych form wsparcia, liczba DPS-ów i podobnych instytucji w Polsce rośnie, zamiast maleć. Zgodnie ze statystykami za rok 2024, pan Jerzy był jednym z ponad 124 tys. polskich pensjonariuszy różnych placówek pomocy społecznej (o 2 proc. więcej niż w roku poprzednim). A to nie wszystko, bo seniorzy trafiają też przecież masowo do całodobowych instytucji systemu ochrony zdrowia: choć w 2022 r. działało w Polsce aż 611 zakładów leczniczo-pielęgnacyjnych i 222 placówki hospicyjno-paliatywne, na miejsca tylko w popularnych ZOL-ach czekały tysiące potrzebujących.
Bo los polskiego seniora, który traci nagle bądź stopniowo siły, pozostaje niemal zero-jedynkowy, wzięty jeszcze ze starego, przywiązanego do rodziny wielopokoleniowej świata. Jak długo się da, odpowiedzialność zań bierze rodzina. Choćby i na odległość, opłacając np. z Anglii albo odległego zakątka Polski prywatną opiekunkę. A gdy i to staje się już niewystarczające, jedyny możliwy wyrok brzmi: całodobowa placówka. Spomiędzy tych dwóch filarów polskiej opieki zionie społeczną próżnią, opornie wypełnianą przez krajowych i samorządowych decydentów, za to ochoczo przez prywatny rynek.
Problem w tym, że na prywatne opiekunki nie wszystkich stać – zresztą wiele z nich nie ma wystarczających kwalifikacji, by zajmować się ciężko chorym seniorem. Z kolei opieka środowiskowa w miejscu zamieszkania jest w Polsce niewydolna – w niektórych gminach jej nie ma, w innych istnieje w ograniczonym zakresie i jest częściowo płatna.
– Okres rządów PiS to przekierowanie środków na świadczenie 800 plus, co tymczasowo ograniczyło skalę ubóstwa rodzin wielodzietnych, za to osłabiło jeszcze bardziej sferę publicznych usług – diagnozuje prof. Piotr Błędowski, ekonomista SGH i gerontolog. – Starzenie się ludności sprawia, że musimy szukać alternatywnych wobec DPS-ów form wsparcia dla niesamodzielnych seniorów. Ale nie zrobimy tego bez inwestycji, choćby w pensje pracowników pomocy społecznej, będących obecnie na samym dole hierarchii płac.
Gdyby ktoś ten postulat chciał odruchowo unieważnić rytualnym okrzykiem „Polski na to nie stać!”, musiałby się najpierw skonfrontować z prostymi wyliczeniami. Jak podawał gdański magistrat, roczny koszt pobytu pana Jerzego w domu pomocy to 92 tys. złotych – bliski polskiemu placówkowemu standardowi, czyli 6-8 tys. miesięcznie na jednego mieszkańca.
To bardzo dużo, zwłaszcza że jakość pobytu nawet w relatywnie nowoczesnym DPS-ie odbiega od tego we własnym miejscu zamieszkania (duże skupisko ludzi, często narzucony odgórnie harmonogram dnia, zwykle co najmniej jeden współmieszkaniec w pokoju itd.). Mimo to dla wielu samorządów to właśnie DPS-y, a nie np. mieszkania wspomagane (akurat w Gdańsku dość częste), stanowią nadal filar pomocy podupadającym na zdrowiu seniorom.
Jak działa odwrócona hipoteka
I wreszcie trzecia część układanki: polscy seniorzy, w większości emeryci, nie tylko relatywnie szybko zapadają na choroby i częściej niż się nam wydaje żyją samotnie. Są również w stosunku do innych grup ubodzy. Przynajmniej w sensie dochodowym – bo równocześnie dysponują często zasobem, o którym przedstawiciele innych kohort wiekowych mogą tylko pomarzyć.
Przeciętny dochód rozporządzalny (czyli po odliczeniu podatków i składek) na osobę w gospodarstwie, w którym mieszkają seniorzy, to dziś ok. 2,9 tys. zł miesięcznie. Jednocześnie – jak pokazują badania na zlecenie ministry ds. polityki senioralnej – aż 42,1 proc. Polaków w wieku powyżej 60 lat ocenia swoją sytuację materialną jako co najmniej dobrą.
Być może jest tak dlatego, że nawet przy relatywnie niskich dochodach gospodarstwa bez kredytów hipotecznych, nieponoszące już kosztów edukacji dzieci, mogą sobie radzić niezgorzej. Blisko 80 proc. Polaków w wieku 60 plus mieszka dziś we własnym mieszkaniu, nierzadko wartym (zwłaszcza w dużych miastach) kwotę, za którą można by dobrze żyć przez nawet kilkanaście lat. Narodziny nowej podkategorii na polskim rynku nieruchomości były w tej sytuacji tylko kwestią czasu.
Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że co roku ok. 16 tys. Polaków zawiera cywilne umowy, przekazując innej osobie prawo do swojego mieszkania w zamian za comiesięczną rentę. W 2022 r. resort szykował się nawet do wprowadzenia przepisów, które umożliwiałyby wypłacanie renty hipotecznej w zamian za mieszkanie tylko osobom spokrewnionym z właścicielem nieruchomości. Nie wiadomo, czy urzędnicy zapomnieli o pomyśle w chaosie przedwyborczych miesięcy, czy raczej resort przychylił się do podszeptów lobbystów. Przepisy nie weszły w życie.
W 2014 r. uchwalono za to ustawę o odwróconym kredycie hipotecznym, która miała stworzyć nowy produkt w ofercie polskich banków. Ustawodawcy zakładali, że krajowy rynek mieszkaniowy i polska demografia podążą zgodnie śladem zachodnioeuropejskich: ceny mieszkań będą szybko rosnąć, podobnie jak liczba samotnych Polaków w wieku emerytalnym, dysponujących cennym, ale niezbywalnym zasobem, jakim jest zamieszkiwana przez nich nieruchomość. Odwrócona hipoteka miała pozwolić tym, którzy nie mają komu zostawić jej w spadku, czerpać korzyści z tego majątku za życia.
Banki wolały jednak oferować spragnionym mieszkań Polakom klasyczne kredyty hipoteczne. W tę rynkową pustkę weszły tzw. fundusze hipoteczne, choć ich oferta z ustawą z 2014 r. nie ma nic wspólnego. Podpisując umowę, klient po prostu sprzedaje mieszkanie za bliżej nieokreśloną kwotę, którą odbiera potem w wypłacanych co miesiąc ratach zwanych rentą. Umowa nie zawiera minimalnej kwoty, którą firma musi udostępnić sprzedającemu, zwykle wymienia jedynie wysokość cyklicznej wypłaty plus ewentualny jednorazowy bonus.
W odróżnieniu od banku fundusze hipoteczne nie są też objęte rządowymi gwarancjami na wypadek niewypłacalności, a wymogi finansowe na wejściu w ten biznes są bardzo niskie. Właściciele mogą w każdej chwili zamknąć interes lub sprzedać aktywa funduszu innemu podmiotowi, na przykład zarejestrowanemu w raju podatkowym. W takim scenariuszu poszkodowanemu seniorowi pozostaje ścieżka cywilnoprawna, czyli kosztowna i czasochłonna procedura sądowa, która przerośnie większość starszych Polaków.
Pisząc dwa miesiące temu o pułapkach tzw. rent hipotecznych, sugerowaliśmy na tych łamach, by o mieszkania seniorów zawalczył z takimi funduszami Skarb Państwa. W ten sposób państwo nie tylko wsparłoby seniorów, ale też zaczęłoby rozwiązywać problem chronicznego braku mieszkań komunalnych na wynajem. Mieliśmy cichą nadzieję, że na finiszu kampanii prezydenckiej pomysł podchwyci i rozwinie któryś z kandydatów. Jak się okazało, bezpodstawnie.
Czy polska klasa polityczna, w której na postać pierwszorzędną wyrasta właśnie – pomimo aferalnego uwikłania – Karol Nawrocki, będzie kiedykolwiek mieć coś nowego do zaproponowania seniorom?
Polityka i wybory: na co mogą liczyć seniorzy
Na razie nic na to nie wskazuje. Polską polityką od dekad rządzi prymat młodości. Właściwie każdy obóz rządzący i niemal każda opozycja snuje wizje wielkiej Polski dla przyszłych pokoleń, o co oczywiście trudno mieć pretensje – gdyby tym planom towarzyszył choć cień namysłu nad bieżącą sytuacją demograficzną.
Oto bowiem liczebność roczników dzisiejszych czterdziestolatków, oscylująca w przedziale 600-660 tys., o ponad sto tysięcy przewyższa liczebność Polaków w wielu 15-20 lat. A rodaków najmłodszych, tych urodzonych w trakcie roku 2024 – mamy już jedynie… ćwierć miliona. Mediana wieku to z kolei 43 lata, choć jeszcze dziewięć lat temu wynosiła 39,9. Gdyby to ona miała władać priorytetami polskiej polityki, w miejsce 2604 „Orlików” należałoby stawiać przychodnie geriatryczne. Zwłaszcza że – jak podaje prof. Szukalski – w ciągu najbliższych kilkunastu lat liczba Polaków powyżej 80. roku życia wzrośnie w Polsce o nawet 80 proc.!
Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno się dziwić krótkiemu przebudzeniu kandydatów na prezydenta, którzy – ożywieni aferą z Karolem Nawrockim w roli głównej – próbowali przed pierwszą turą słać ciepłe komunikaty do najstarszych Polaków. Rafał Trzaskowski wygłosił kilka ogólnie słusznych tez na temat polityki senioralnej jako fundamencie nowoczesnego państwa. Karol Nawrocki odwiedził jeden z DPS-ów i również obdarzył słuchaczy garścią komunałów. Żaden nie wypadł w tej roli przekonująco, bo polska klasa polityczna jest w tego rodzaju przekazie po prostu niewiarygodna.
Owszem, rząd PiS wprowadził trzynastą i czternastą emeryturę, która poprawiła sytuację materialną najuboższych seniorów. Owszem – ich następcy nie tylko tych trzynastek i czternastek nie zlikwidowali, ale jeszcze dołożyli do tego rozwiązanie w postaci łączenia emerytury z rentą rodzinną, co wydatnie pomogło emerytkom, które przeżyły małżonków. Wszystkie te działania wpisują się jednak w dobrze znany z polskiego poletka socjalnego modus operandi państwa, które woli dać obywatelom pieniądze do zakupu świadczeń socjalnych, miast taką pomoc organizować i oferować.
– Dam panom na to jeszcze jeden przykład – mówi prof. Szukalski. – Chodzi o uchwaloną niemal dwa lata temu ustawę o szczególnej opiece geriatrycznej, która do dzisiaj nie doczekała się aktów wykonawczych. Mimo że po drodze były dwa rządy i dwie rządzące koalicje. To jest ustawa, która wprowadza na poziomie powiatów i grup powiatów centra zdrowia przeznaczone dla osób 75 plus. Nie muszę dodawać, że to ustawa bardzo ważna.
A to tylko jeden z przykładów dowodzących, że państwo polskie odwraca się plecami do grupy, która – przynajmniej arytmetycznie – będzie wkrótce przesądzać o wyniku każdych wyborów. To o tyle dziwne, że dwaj główni aktorzy dzisiejszej sceny politycznej to mężczyźni w wieku emerytalnym. Gdy wyłonieni przez nich dwaj kandydaci na prezydenta osiągną ten wiek, po sześćdziesiątce będzie już ponad 40 proc. Polek i Polaków.

Historia kawalerki pana Jerzego
„Sprawa kawalerki” kandydata PiS na prezydenta stała się głośna za sprawą wypowiedzi samego zainteresowanego podczas jednej z debat. Proszony o ustosunkowanie się do pomysłu wprowadzenia podatku katastralnego, Nawrocki powiedział, że ma jedno mieszkanie. Jak ustalili dziennikarze Onetu, to nieprawda.
Posiada też lokum przejęte od byłego sąsiada, Jerzego Ż. Nawrocki najpierw wyłożył ok. 12 tys. zł na wykupienie przez starszego gdańszczanina lokalu komunalnego, który pan Jerzy zajmował od lat. Następnie odkupił od niego mieszkanie, gdy ten przebywał w areszcie skazany, jak ujawniły media, za przestępstwo na tle seksualnym. Jeśli wierzyć umowie notarialnej upublicznionej przez polityków PiS, Nawrocki po prostu przekazał Jerzemu Ż. kwotę będącą równowartością rynkowej ceny mieszkania. Jeśli z kolei dać wiarę samemu Nawrockiemu, na zapłatę składały się opłacane przez polityka rachunki za czynsz, a także – bliżej nieokreślona – pomoc świadczona emerytowi, któremu pozwolił mieszkać w nabytej kawalerce.
Dwie sprawy nie budzą wątpliwości. Pierwsza: że wersje losów byłego lokum Jerzego Ż. nijak się ze sobą nie zgadzają. Druga: że gdański emeryt – pozbawiony już balastu w postaci mieszkania – w 2024 r. wylądował w DPS. Przyciśnięty do muru Nawrocki tuż przed pierwszą turą wyborów ogłosił, że feralny lokal przekaże „na cele charytatywne”.
MR, PW
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















