Dlaczego tańcząca premierka Finlandii wywołała aż takie oburzenie? Abstrahując już od tego, że, po pierwsze, żyjemy w epoce oburzenia – jest to bowiem najpowszechniejsza bodaj emocja i środek wyrazu w mediach społecznościowych – i po drugie, że akurat to oburzenie mogło zostać celowo podsycone.
Koincydencja między dobiegającym końca procesem akcesji Finlandii do NATO i ogłoszonym 16 sierpnia planem drastycznego ograniczenia fińskich wiz dla Rosjan a publikacją tych materiałów może być oczywiście przypadkowa. Realia wojny informacyjnej każą jednak przynajmniej wziąć pod uwagę i taki scenariusz, że próba demontażu poparcia dla ważnej europejskiej polityczki, która działa wbrew interesom Putina, została przez jakichś speców od wywierania wpływu zaplanowana. Ale nawet jeśli tak nie było – co chyba jest wersją bardziej prawdopodobną, zważywszy na okoliczności: drugie nagranie, na którym Sanna Marin tańczy ze znanym piosenkarzem, zrealizował i wpuścił do mediów przypadkowy klubowicz, pierwsze pochodzi z jej bliskiego towarzyskiego kręgu – bez wątpienia zagrała tu jakaś wrażliwa struna zbiorowej nieświadomości. Przez kilka dni w mediach – nie tylko społecznościowych – reprodukowano tańczącą premierkę w setkach tysięcy postów i rozprawiano o tym tak, jakby faktycznie było to wydarzenie pierwszej, światowej wagi.
Częściowo – powtórzę – jest to prawdopodobnie funkcja samego medium i epoki. Dzień w dzień przez nasze newsfeedy płynie niezliczona ilość afektowanych wpisów poświęconych sprawom z pozoru tylko znaczącym, wokół których wywiązują się intensywne dyskusje. Media społecznościowe są właśnie tak zbudowane, żeby regularnie podsycać emocje i wprawiać swoje użytkowniczki i użytkowników w stan permanentnego wzmożenia. Ma to konkretne komercyjne efekty – ludzie rozemocjonowani łatwiej decydują się na niefrasobliwe decyzje konsumenckie, internet pełen jest zaś atrakcyjnie opakowanych towarów nikomu do niczego niepotrzebnych. I dlatego nieustannie się w sieci czymś ekscytujemy, oburzamy i podniecamy, sądząc, że istnieją po temu zasadne, obiektywne powody (choć przeważnie nie istnieją).
W przypadku Sanny Marin chodzi jednak o coś jeszcze więcej, a mianowicie – o jakieś głębokie, kulturowo uwarunkowane, a infantylne fantazje dotyczące tego, jak powinni wyglądać i zachowywać się politycy. A zatem ci, których delegujemy do roli przewodników i opiekunów, żeby nie powiedzieć… mitycznych rodziców. Otóż wydaje mi się, że – jak to często bywa w przypadku infantylnych fantazji – mamy tu do czynienia ze specyficznym rozszczepieniem. Z jednej strony pragniemy, żeby politycy byli do nas podobni, z drugiej – żeby posiadali cechy zgoła nadludzkie: wyłącznie niezawodną przenikliwość, posągową powagę, mądrość, szlachetność, uczciwość i siłę charakteru. Psychologiczna gra własnym wizerunkiem – czym innym jest bowiem polityczny marketing, jeśli nie manipulacją najwrażliwszymi zasobami zbiorowej psyche – polega właśnie na utrzymywaniu w tym wszystkim równowagi. To znaczy na pilnowaniu, żeby szala nie przechyliła się zanadto w żadną stronę – żeby zatem ktoś nie spadł z piedestału, a jednocześnie, żeby się na nim zbytnio nie wywyższył. Taka jest główna stawka większości kryzysów wizerunkowych. Wyjąwszy sytuacje ewidentnych naruszeń prawa czy obyczajowości, ich obsługa sprowadza się ostatecznie do oswajania kontrowersyjnych zachowań poprzez umieszczanie ich gdzieś pośrodku na skali pomiędzy absolutnym podobieństwem („to jest ktoś taki jak my”) a absolutną obcością („to jest ktoś zupełnie od nas inny”).
Afera wokół tańczącej Sanny Marin pokazuje, że nawet dla części dzisiejszych zachodnich społeczeństw, dla których równouprawnienie płci jest ponoć oczywistością, a hipokryzja zjawiskiem zdecydowanie negatywnym, sprawująca wysokie stanowisko młoda kobieta, która po godzinach pracy relaksuje się w gronie przyjaciół, okazuje się czymś wysoce problematycznym. Wprawdzie w sondażu przeprowadzonym na zlecenie MTV 42 proc. Finów cieszy się, że ich premierka w wolnym czasie potrafi się dobrze bawić, ale zarazem 60 proc. uważa, że jej zachowania „nie licują z powagą urzędu”. Cóż, w zbiorowej wyobraźni archetypowym reprezentantem władzy wciąż najwidoczniej jest starszy mężczyzna w garniturze, który albo nie odpoczywa wcale, albo spędza wolny czas na lekturach. Jeśli zaś pragnie rozrywki, wówczas sięga – w towarzystwie innych mężczyzn – po wysokoprocentowy alkohol. W pozycji wyłącznie siedzącej.
Trochę ironizuję, ale mam wrażenie, że ostatecznie do tego się to sprowadza. Trudno o bardziej wyrazisty symbol realnej emancypacji, realnego równouprawnienia niż młoda, świetnie wykształcona kobieta na najwyższym stanowisku, która po godzinach – zamiast ewentualnie występować na eleganckim balu z mężem – z przyjaciółmi obojga płci dziko pląsa w takt nowoczesnej muzyki.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















