Romowie w małopolskich Koninkach. Na tylu uchodźców nikt nie był przygotowany

Skupisko ukraińskich Romów w Koninkach to szansa na międzykulturowy dialog. Szkoda, że tego dialogu nie ma między Polakami, którzy mają Romom pomagać.
[TEKST]
[ZDJĘCIA]
Czyta się kilka minut
Arsen z żoną Ruzaną i dziećmi. Koninki, 3 września 2024 r. // Fot. Jacek Taran
Arsen z żoną Ruzaną i dziećmi. Koninki, 3 września 2024 r. // Fot. Jacek Taran

Gdy wejdziesz do Gorczańskiego Parku Narodowego od strony ośrodka Ostoja Górska Koninki, zobaczysz rozpostarte na drzewach tyrolki i park linowy. A pod nimi – nowiutki plac zabaw. Między domkami a parkingiem biegają dziesiątki dzieciaków, które odważnie zaczepiają przyjezdnych. Na fotelach zasiadają dumne kobiety w kwiecistych spódnicach. Palą papierosy, rozmawiając z sąsiadkami łamaniną ukraińskiego i romani. 

W samym centrum tego tumultu stanowczym krokiem przechadza się niewysoki krępy mężczyzna, za którym dzieci wołają: „Panie Józkuuu, Panie Józkuu...”. I każde domaga się jego uwagi. 

Józef Pasek jest właścicielem Koninek. Z początkiem pełnoskalowej wojny w Ukrainie przekształcił kompleks górski w ośrodek pomocy dla uchodźców. Wszystkich mieszkańców zna po imieniu. Jeździ z nimi do urzędów, lekarzy, szuka pracy. Wie, które dziecko choruje, kto potrzebuje pomocy z dokumentami, nie potrafi czytać albo ma wszy. Jego własne dzieci biegają po podwórku z ukraińskimi. To właśnie za sprawą Paska Ostoja Górska stała się największym ośrodkiem przyjmującym uchodźców z Ukrainy pochodzenia romskiego w Małopolsce. Kłopot w tym, że na taki rozwój wydarzeń nikt nie był przygotowany. 

Decyzją wojewody ograniczono niedawno liczbę uchodźców w ośrodku do stu. Od początku wojny przez Koninki przewinęło się w sumie ponad trzy tysiące osób. Malutka gmina Niedźwiedź pęka w szwach. Nie wydala służba zdrowia, brak miejsc pracy dla nowo przybyłych, a od 1 września na – w dużej mierze niepiśmienne – romskie dzieci czeka obowiązek chodzenia do polskiej szkoły. 

Wojewoda i kuratorium oświaty przysyłają specjalistów, liczne organizacje pozarządowe pomagają, jak mogą. A Pasek jak przyjmował, tak przyjmuje i nic sobie nie robi z harmidru, który wywołał. Jak to się skończy? Zacznijmy od tego, jak się zaczęło. 

Zasłużony dawca 

Pierwszego maila z pytaniem, czy byłby chętny na przyjmowanie uchodźców, Pasek otrzymał z urzędu wojewody małopolskiego już w 2021 r. – pół roku przed wybuchem wojny. – Zapytałem żonę: „Co ty na to?”. Od razu się zgodziła. Przywykła, bo ja całe życie pomagam. Byłem w pomocy maltańskiej, chodziłem na pielgrzymki, mam taką ilość krwi oddaną, że jestem zasłużonym dla narodu krwiodawcą. Śmieję się, że pomaganie mam we krwi – opowiada Pasek w zawalonym po sufit papierami biurze, na pierwszym piętrze ośrodka w Koninkach. 

W korytarzu naprzeciwko trwa remont. Tuż obok sali komputerowej robotnicy przygotowują nowe pomieszczenia dla dzieci. Do niedawna miały do dyspozycji jeden wielki pokój, w którym wynajęte animatorki prowadziły dla nich różne warsztaty, uczyły liczenia i pisania. Teraz ma to być całe piętro dawnego hotelu. Rozmowę co chwila przerywają dźwięki wiertarki i telefony oczekujących na decyzje szefa pracowników. Ruchliwy i stanowczy Pasek odpowiada im krótko i rzeczowo. Chwali się, że po wybuchu wojny Koninki były pierwszym ośrodkiem w powiecie limanowskim, który przyjął uchodźców. – Nie robię rozgraniczenia pomiędzy dziećmi polskimi, romskimi czy ukraińskimi – mówi. – Dla mnie dziecko jest dzieckiem.

Szkoła, potem praca 

Pani Wiktoria wita mnie rozpostarta na fotelu przed swoim domkiem. Pod nogami kręcą się dzieci. Pali. Mówi, że na początku wojny uciekli z obwodu zaporoskiego nad Morzem Azowskim. Rok temu trafiła z mężem i sześciorgiem dzieci do Koninek. Przez ten czas utrzymywali się wyłącznie z pomocy Józefa Paska, bo straż graniczna nie wpisała czegoś w papiery przy wjeździe i nie mogli starać się o socjal w Polsce. Dostali tu mieszkanie, jedzenie i ubrania dla całej rodziny. Pytam, czy szukają zatrudnienia.

– Jak bude robota, my pójdą do pracy. Dziecko pójdą do szkoły, a my idą do pracy.

– Dzieci potrafią pisać, czytać?

– Uczyło w ukraińską szkołę, a odkąd ja w Polszy, to dziecki po onlajnie uczę – relacjonuje kobieta pewnym i melodyjnym głosem. 

Polski rząd zadecydował, że jeśli od 1 września dzieci z Ukrainy mieszkające w Polsce nie będą wypełniały obowiązku szkolnego, rodzice nie otrzymają świadczeń socjalnych. Pani Wiktoria nie ukrywa, że nowe regulacje wpłynęły na jej decyzję o posłaniu dzieci do szkoły. Obawia się wydatków: buty trzeba kupić, odzież, książki. Boi się także o różnice programowe. Jej dzieci uczyły się w Ukrainie w drugiej i trzeciej klasie. Tutaj trafią do czwartej i piątej.

– No i budzie sie polskie dzieci na nich obrażać. No, ale Pan Józek pomogą, on dobry. 

Rozglądam się wokół – góry, las, cisza. Przed każdym domkiem zastygła w bezruchu rodzina. Upał. Daleko stąd nie tylko do szkoły, ale do wszystkiego. Pani Wiktoria mówi, że ona to lubi. Wychodzi do sklepu czy szpitala i to jej wystarcza.

– Chcecie tu zostać? – pytam. – Jakie macie plany?

– Budziem tut.

Wiktoria z córką. Koninki, 3 września 2024 r. // Fot. Jacek Taran

Bez cenzury mówiąc 

Pasek co chwila otrzymuje informacje o kolejnych śpiących na dworcu w Rzeszowie uchodźcach romskich. Przyjmuje na potęgę. Odkąd ograniczono liczbę osób, które może gościć, utrzymuje część rodzin z własnej kieszeni i jawnie deklaruje, że bardziej martwi go los ludzi niż ograniczenia narzucane przez oficjeli. Tego zapału do pomagania nie podzielają sąsiedzi, którzy wystosowali już dwie petycje do wójta. 

Właścicielka okazałej góralskiej restauracji położonej bardzo blisko ośrodka, Natalia Cichańska mówi tak: – Przyjeżdżają ludzie, chcą zostawić samochód na parkingu. A tu, bez cenzury mówiąc, cyganiątka coś majstrują przy ich samochodzie. Ludzie widzą ten syf, kiłę i mogiłę, które tam są, i po prostu spontanicznie zawracają. Szukają najbliższego miejsca, żeby iść gdzie indziej na szlak. Ruch turystyczny w pobliskiej Górnej Porębie bardzo się zwiększył. A tu maleje. 

Przed restauracją spotykam dwie kwieciście wystrojone Romki, które spokojnie maszerują z dziećmi do lokalnego sklepiku. Właścicielka zna je po imieniu i traktuje serdecznie. Gdy zostajemy sami, opowiada, że od kiedy uchodźcy pojawili się w Niedźwiedziu, trzeba było zacząć wszystko zamykać, bo wchodzili do każdego kąta. W sklepie zdarzały się kradzieże, ale ci, którzy przeszkadzali, na szczęście już powyjeżdżali. A teraz, chociaż nie ma szału, zarabia jednak ciut więcej niż kiedyś. Wydaje się pogodzona ze zmianami. Tym bardziej zaskakuje mnie jej odpowiedź na pytanie, czy to dobrze dla uchodźców, że mają ten ośrodek. – Oni wykorzystują to, że im ktoś daje. Więcej dobrego w tym nie widzę.

Tu dziecki poprywykali 

Paulina Dziób ma w Koninkach pełne ręce roboty. Dynamiczna i rzeczowa kobieta jest pełnomocniczką wojewody ds. kontaktu z organizacjami pomagającymi uchodźcom z Ukrainy. Przyznaje, że sytuacja gminy, w której znajduje się ośrodek, jest nie do pozazdroszczenia. Obywatele Ukrainy pochodzenia romskiego mają problem z integracją. Poziom edukacji seksualnej jest wśród nich bardzo niski. Inny kłopot to obciążenie pediatrów, położnych, ginekologów i systemu pomocy społecznej. Do tego dochodzi bariera językowa. Wojewoda małopolski odpowiedział na sytuację, ściągając do Koninek imponującą liczbę organizacji pozarządowych. Pełnomocniczka jednym tchem wymienia: PCK, Caritas, IOM, UNHCR, UNICEF, Project Home, Zustricz i wiele innych. 

– Mamy niezwykłą pomoc organizacji działających na rzecz Ukraińców pochodzenia romskiego – stowarzyszeń Sawore i Jududoro. Są z nami na spotkaniach, bo przyjezdni niekoniecznie porozumiewają się w języku ukraińskim. Chodzi przede wszystkim o edukację dzieci – mówi Paulina Dziób.

Wracam do Koninek. Zaczepiam drobnego mężczyznę, który siedzi z żoną pod markizą, na tarasie głównego budynku ośrodka. Kobieta jest szczupła, młoda, w dziewiątym miesiącu ciąży. Rok temu uciekli z ośmiorgiem dzieci z zachodniej Ukrainy. Dumny acz wesoły Arsen mówi, że są tutaj bardzo dobrze traktowani. Chwali się, że zna właścicielkę sklepu po imieniu i, gdy nie ma pieniędzy, kupuje u niej „na zeszyt”. Opowiada, że rodziny romskie, które stąd wyjechały, często wracają. 

– Tut dobrze dla dziecka. Sfabodno chulać można. Kamery je, my wsio baczym. Ciężko je zrobić pieniądze, żeby się gdzieś wynająć. Siestra i starszy brat w Germanii i gawarim s niemi, że tu je co kuszać, dach, własnu komnatu, żeby prijechali – mówi mężczyzna. 

Józef Pasek załatwił mu dorywczą pracę przy rozbiórce domków w pobliskim ośrodku letniskowym. Teraz czeka na informację z urzędu pracy, żeby może znaleźć coś na stałe. Spoglądając na jego ciężarną żonę, pytam Arsena, czy nie chcieliby mieszkać bliżej szpitala, w mieście? – Nie choczim wyjeżdżać – odpowiada. – Tu dziecki poprywykali. Tut haraszo.

Józef Pasek z Arsenem, jego żoną Ruzaną i synem. Koninki, 3 września 2024 r. // Fot. Jacek Taran

Krewki radny 

Atmosfera w jasno oświetlonym gabinecie na ostatnim piętrze budynku urzędu gminy Niedźwiedź już od wejścia wydaje mi się ciężka. Wójt wita mnie z rezerwą. W gabinecie czeka na mnie również radny gminy, który wartko rozpoczyna spotkanie tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Problemu nie nastręczają nam uchodźcy, bo my jesteśmy przygotowani i bardzo otwarci. Problemów dostarczają nam osoby, które chcą wykorzystać tych uchodźców i które chcą na nich zarobić – mówi ciągiem radny, nie dając mi dojść do głosu. 

Jego zdaniem na pięć ośrodków w gminie tylko Koninki „nie funkcjonują w ogóle” i stanowią zagrożenie. Policja – twierdzi – informuje go o kłótniach, libacjach i bijatykach, ścieki z ośrodka zatruwają okoliczną rzeczkę, i tak dalej. Z pisma policji dowiem się później, że przez ostatni rok nie było do Koninek więcej wezwań niż do osiedlowych bloków w Krakowie w tym samym czasie. Jak na ośrodek pełen uchodźców z terenów wojennych, to całkiem niezły wynik. 

Po dłuższym monologu radnego udaje się w końcu zapytać wójta, czy ktoś konsultował z nim przyjęcie tak dużej liczby ludzi. – Oczywiście, że nie – odpowiada Rafał Rusnak. – Ja nawet przypuszczam, że to było z pominięciem wojewody. Gdzie indziej uchodźców ubywa, tu przybywa.

Wójt nie widzi możliwości współpracy z Józefem Paskiem, który zakazał mu wejścia na teren ośrodka. Komunikacja odbywa się poprzez oficjalne pisma. To m.in. dlatego gmina powołała komisję ds. uchodźców, prowadzoną przez radnego, który z nami rozmawia. Niezależnie od jej prac wójt chce zlikwidować Ostoję Górską jako punkt pobytu uchodźców. – Boję się, że zmienią się regulacje i nagle okaże się, że nie ma żadnego dofinansowania – mówi. – I ten przedsiębiorca, który nie będzie miał zysku, przyjdzie do mnie i powie: „Daję Panu na tacy stu pięćdziesięciu uchodźców, proszę coś z nimi zrobić”. 

Państwo w państwie 

– Jak doszło do tego, że w Koninkach wyrósł moloch, który zajmuje się prawie wyłącznie pomocą uchodźcom z Ukrainy pochodzenia romskiego? – pytam rzeczniczkę wojewody. Spotykamy się w jej gabinecie w centrum Krakowa. Joanna Paździo odpowiada, że urząd kierował tam wszystkich, którym ta pomoc była potrzebna. Ośrodek w Koninkach był po prostu jednym z wielu w systemie. Na pytanie, czy Józef Pasek konsultował swoje zamiary z wojewodą, rzeczniczka odpowiada: – Nie może być tak, że ktoś lokuje uchodźców na własną rękę. Cały mechanizm działania musi być koordynowany z poziomu powiatu. Tu potrzebne było przypomnienie, jakie zasady obowiązują. Jeśli te osoby mają funkcjonować w całym systemie, to przyjmowanie ich nie może się odbywać bez naszej wiedzy.

Na początku wojny w Koninkach było ponad trzystu uchodźców, co stanowiło 12 proc. mieszkańców Niedźwiedzia. Pojawił się problem z dostępnością edukacji, ośrodka zdrowia czy dentysty. Urząd wojewódzki zareagował redukcją liczby osób, które mogą tam przebywać. Lawinę reakcji mieszkańców, urzędników i NGO-sów wywołała jednak przede wszystkim wielka fala uchodźców wojennych z Ukrainy pochodzenia romskiego, na którą nikt nie był przygotowany. Z boku wygląda to tak, jakby Józef Pasek namieszał, a teraz całe województwo po nim sprząta. 

– My nie oceniamy postępowania pana Paska – komentuje rzeczniczka wojewody. – Wierzymy, że nie ma tu złych intencji. Jest wola pomocy. Naszym celem jest, żeby tam nie powstało państwo w państwie.

Szansa na dialog 

– Pamiętajmy, że rozmawiamy o ofiarach wojny. Pokazują nam zdjęcia domów, które potracili, albo mężów ukrytych w bunkrach. W Koninkach ci ludzie mają dobre jedzenie, właściciel jest z nimi zżyty i zna każde dziecko po imieniu – mówi Seweryn Szczerba, prezes Stowarzyszenia Jududoro, które zajmuje się m.in. rozwojem edukacji i aktywizacją społeczności romskiej. 

Od lat jeździ po Małopolsce z wykładami o kulturze romskiej. Tłumaczy w szkołach, firmach i urzędach, dlaczego kobiety noszą spódnice oraz inne romskie zwyczaje. Pomaga w mediacjach i promuje to, co w tej kulturze najpiękniejsze. Szczerba jest pokaźnych rozmiarów mężczyzną, mówi spokojnym niskim głosem. Poznaliśmy się wcześniej w Koninkach. Na spotkanie czekałem kilka dni. Nie oddzwaniał: ciągle zapracowany, coś z kimś konsultował, gdzieś jeździł. 

Podczas rozmowy online tłumaczy, że Ostoja Górska jest odizolowana i otoczona gminami, w których nie ma pracy. Jest też problem stereotypów. – Od września te dzieci muszą iść do szkoły – mówi. – Zakładam, że w okolicy Koninek w szkole nigdy nie było ani jednego Roma. Jak zobaczą, że przyjdzie trzydzieścioro nowych dzieci, to dla nich będzie nowość. Dyrektor szkoły albo gmina wyznaczy kogoś do pomocy z Ukrainy. I właśnie po to są tacy asystenci edukacji romskiej jak my. 

Szczerba widzi w Koninkach szansę na dialog międzykulturowy. Wierzy, że obserwacje dzieci romskich ze szkoły wpłyną na postawę ich rodziców. Opowieści o tym, że inne dzieci zostają na świetlicy, gdy rodzice pracują, że wyjeżdżają na weekendy w ciekawe miejsca albo chodzą do restauracji, spowodują, że także ich rodzice tego zapragną. – To tylko kwestia czasu – mówi. 

Pozytywistyczna postawa prezesa Jududoro bardzo przypomina mi entuzjazm Pauliny Dziób z biura wojewody: – Życzyłabym sobie, by te dzieci włączyły się w system edukacji. To byłby pierwszy krok do integracji mieszkańców ośrodka. Jeśli to się wydarzy, to będzie kamień milowy z punktu widzenia historii każdej z tych osób. Ale także okazja, by pokazać, jakie znaczenie ma edukacja.

Granat wrzucił Putin 

Wracam do zawalonego po sufit papierami biura Józefa Paska w Koninkach. W tle słychać dźwięki remontów i krzyki dzieci. Ich matki siedzą przed domkami, jak siedziały. Mówię, że w urzędzie gminy zarzucają mu wzbogacanie się na Romach. 

– To można zarzucić każdemu z trzystu ośrodków w Małopolsce. Ja prowadzę przedsiębiorstwo. To znaczy, że płacę podatki do gminy. Płacę ZUS, wynagrodzenia, płacę za media. To są środki na wyżywienie, remonty. Podnoszę standard ośrodka – odparowuje Pasek bez wahania. 

A na zarzut, iż stworzył getto odpowiada, że z getta nie można wyjść. – My podjęliśmy wyzwanie, by pomóc naszym mieszkańcom żyć w obrębie lokalnej społeczności. Niestety, włodarze gminy robią wszystko, żeby pozbyć się stąd Romów – mówi. Zaś na pytanie, czy wrzucił „granat do ogródka” odpowiada, że granat wrzucił Putin. – Ja na to reaguję, pomagając – dodaje Pasek. – Niezależnie od narodowości. Czuję w tym swoją misję. I jestem chyba jedynym ośrodkiem w województwie, który przyjmuje Romów z otwartym sercem. Jeśli rząd polski podjął wyzwanie, by pomagać uchodźcom z Ukrainy, a ci Romowie są uchodźcami z Ukrainy, to ma im być tak samo dobrze jak dzieciom polskim i ukraińskim.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Budziem tut