Jedną z pereł tegorocznego festiwalu Millenium Docs Against Gravity był film „Rok w winnicy” w reżyserii Léo Boudeta. Obejrzeliśmy go z żoną w środku wyborczego szaleństwa, w epicentrum politycznej wojny i polaryzacji, w otoczeniu wylewających się zewsząd histerycznych apeli, pogardliwych prychnięć, frenetycznych podsumowań, analiz i komentarzy.
Obejrzeliśmy go, mając w pamięci naszą niedawną samochodową podróż po Francji. Od Alzacji po Kraj Basków, nie pomijając Doliny Rodanu – królestwa winnic, gdzie po horyzont ciągną się na równinach i zboczach zdyscyplinowane rzędy krzaków winorośli, a w miasteczkach na cokołach pysznią się betonowe kiście, największa regionalna duma. I gdzie wino spotykasz na każdym kroku, w sklepikach i supermarketach, lokalnych barach, restauracjach z gwiazdkami, bo wino jest tam naturalnym, integralnym elementem kuchni i życia. Czy raczej ich nierozłącznego splotu, kuchniożycia, jest to bowiem amalgamat, z którego w zasadzie nie sposób wytrącić żadnego dominującego składnika. I w którym rodzi się – przynajmniej w porze obiadowej – realna, głęboka wspólnota.
Znikają podziały polityczne i klasowe, znikają radykalizmy i różnice. Nie w taki sposób jednak, by się przemienić w jakąś bezforemną masę rodem z fantazmatów minionej epoki, lecz w taki, by pomiędzy ludźmi bardzo przecież odmiennymi pojawiło się naraz poczucie jedności i łączności. Udziału w rytuale, który przekracza bariery, przynosi źródłowe doświadczenie radości, przyjemności życia: przystawka, danie główne, sery, deser, wino, mocna kawa, a do tego widok innych radujących się dookoła.
Oglądając film Boudeta wspominaliśmy tamten francuski czas, choć oczywiście opowieść, którą „Rok w winnicy” powolnie, niezgodnie z regułami współczesności snuje, jest – podobnie jak to doświadczenie radości i przyjemności – tyleż lokalna, co uniwersalna. Przez cały rok kamera towarzyszy Christine Vernay, wykładowczyni, która zostawiła uniwersytet, żeby objąć rodzinną winnicę Domaine Vernay, doprowadziła ją do wielkości, a teraz do roli sukcesorki stopniowo przygotowuje córkę.
Niespieszne manewry operatora, statyczne kadry, precyzyjnie pokazany proces winifikacji, wiedza o najsubtelniejszych aspektach charakteru gleby, winorośli, żywiołów. Niemożliwe do przewidzenia nastroje i afekty przyrody. Niekiedy kapryśnej, niekiedy łaskawej, raz niszczącej, pochłaniającej, mrożącej, innym znowu razem opiekuńczej, dającej komfort, otaczającej miłością, uważnej, przyjmującej. Skrupulatnie wydobywana z tego esencja, zamykana w butelkach arytmetyka grających w tym uniwersum (a może nim?) sił, które rok po roku nadają winu niepowtarzalny, indywidualny rys, a zarazem utrzymują wciąż jednakową – chwiejną, ale stabilną – tożsamość.
Żeby te wszystkie elementy okiełznać i regularnie destylować z nich duszę, trzeba w najdrobniejszych szczegółach poznać anatomię miejsca, jego przeszłość i teraźniejszość. Opanować sztukę doskonaloną przez tysiąclecia. Nauczyć się czytać tajemny język roślin. Dostrzegać przeźroczyste dla niewytrenowanego oka oznaki zmęczenia, widoczne na gałązkach na długo, zanim jeszcze uschną. Wyłapywać mikrofałsze i mikrodysonanse. W porę interweniować, w razie wahnięć pogody. Uzbrajać się przeciwko działającym w ziemi szkodnikom i innym mocom entropii. Słowem – trzeba być z rytmu i w rytmie natury, korzystając z kulturowego dziedzictwa. W ciągłości z tym, co było, a zarazem z odwagą do podążania za postępem, ale bez ślepej, rewolucyjnej pychy, która wierzy, że historię można i trzeba przekreślić, bo tylko na jej zgliszczach zbuduje się raj.
Doprawdy, obcowanie z tym filmem, zwłaszcza w chaosie i zgiełku kampanii, zwłaszcza w chaosie i zgiełku, który ogarnia świat, działa zarazem jak panaceum, przypomnienie o tym, jak istotne są tradycja, sukcesja, pokora wobec potęgi istnienia oraz – last but not least – smutna lekcja dla naszych współczesnych zaślepień.
Panaceum, bo wejście w ten leniwy tryb, choć na początku może wręcz wywoływać dyskomfort – tak bardzo już przywykliśmy do tempa nowoczesności – ostatecznie koi, przywraca proporcje, uświadamia, że uczestniczymy w czymś nieodgadnionym. Przypomnienie, bo pokazuje oczywistość: jak dziś wynika z wczoraj, jak ważna i istotna jest ciągłość przekazu i jak kolejne pokolenia zastępują kolejne i kolejne. A zatem jak kuriozalny jest narastający dziś konflikt pomiędzy „młodymi” i „starymi”, wszak wszyscy tak samo przemijamy, podlegamy nieubłaganej pedagogice czasu. Smutna lekcja – bo etos symbolizowany przez Domaine Vernay kruszeje i odchodzi w przeszłość. Owszem, wciąż jeszcze trwa, wciąż funkcjonują jego enklawy, wciąż wydarza się kontinuum, wciąż zachodzi pokoleniowy przekaz. Ale na horyzoncie majaczy już zarys przyszłości, która opierać się będzie, już się opiera, na odmiennych zupełnie wartościach i stylach bycia.
Jakich? To temat na osobne rozważania. Tymczasem oglądajcie „Rok w winnicy”, zasiadajcie do stołu, podawajcie albo zamawiajcie przystawkę, danie główne, sery, deser i kawę. I – jeśli wam wolno – wypijcie do tego kieliszek (albo dwa) jakiegoś Côtes du Rhône, poczujcie, jak tańczą w nim, jak tańczą w was, siły życia i umierania, przemijania i przyjemności.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















