Liczba komentarzy, programów telewizyjnych, podkastów, analiz, przewidywań, polemik i oświadczeń poświęconych wyborowi nowego papieża – zwłaszcza po ogłoszeniu, że został nim kard. Robert Prevost – przekroczyła już chyba wszelkie dostępne miary. Jak na wieszczony na Zachodzie „koniec religii” – a w każdym razie jej głęboki kryzys, w wymiarze tyleż indywidualnym, co instytucjonalnym – wydaje się to na pierwszy rzut oka cokolwiek paradoksalne.
Istotnie, od pewnego czasu z różnych stron dochodzą wieści o „chrześcijańskim przebudzeniu”. A to z USA (sekularyzacja się tam ponoć zatrzymała), a to z Francji (w Wielką Sobotę aż 18 tys. dorosłych obywateli Republiki przyjęło chrzest), a to z Wielkiej Brytanii (wśród najmłodszych pokoleń widać rosnące zainteresowanie chrześcijaństwem). Jednak skala tego zjawiska jest w porównaniu do gigantycznego zaciekawienia papieską elekcją więcej niż skromna.
Skoro Kościół, w znacznym stopniu również na własne życzenie, stracił pozycję, jaką ongiś zajmował, dlaczego tak rozlegle pasjonuje nas temat papieski? Przychodzą mi do głowy trzy odpowiedzi.
Po pierwsze, Kościół katolicki – pomimo tych wszystkich skandali, afer i mroków, które w ostatnich dekadach wyszły i wciąż wychodzą na jaw – pozostaje instytucją na swój sposób egzotyczną i malowniczą. Niepodobną do innych, pod pewnymi względami ekstrawagancką, a wręcz kontrkulturową.
Widać to choćby w estetyce, na poziomie szat, ceremoniału, rytualizmu czy ikonografii – z jednej strony dalekich od współczesnych mód, z drugiej strony osobliwie się w te mody wpisujących. Widać to także w metafizyce, w poglądach brzmiących dla wielu archaicznie i przesądnie, ale zarazem traktujących o sprawach zasadniczych. Do tego jeszcze jest to instytucja owiana aurą tajemnicy i niejawności (co oczywiście ma też liczne ciemne strony). Egzotyka, tajemniczość i malowniczość niejako naturalnie rodzą tak wielkie zainteresowanie.
Po drugie, Kościół – znowu: pomimo skandali, afer i mroków – wciąż pozostaje jedną z nielicznych dziś przestrzeni, gdzie w sposób usankcjonowany długoletnią tradycją, systematyczny i zorganizowany rozmawia się o fundamentalnych wymiarach istnienia. I nie tylko rozmawia, ale również wspólnie z innymi, w oparciu o wypracowane przez pokolenia symbole, opowieści i gesty, przechodzi się przez sytuacje graniczne. Zyskuje formę zdolną objąć i nadać znaczenie miłości, śmierci, cierpieniu, przemijaniu, pytaniom o sens i cel życia.
Tego typu refleksje, języki, przestrzenie w zasadzie zniknęły ze współczesnej kultury, a w każdym razie zostały zepchnięte gdzieś na margines. Owszem, zgodnie ze starą psychoanalityczną zasadą, powracają pod różnymi postaciami – w popterapii, nowych-starych duchowościach, wróżbiarstwie. Jednak te nurty i praktyki zostały już niemal bez reszty wchłonięte przez rynkową machinę, podporządkowane merkantylnej logice, skomercjalizowane. Nie dają więc tego, co obiecują, prędzej czy później przynoszą rozczarowanie. Działalność i misja Kościoła natomiast, w pewnym stopniu również zależna od podobnych reguł – ostatecznie Kościół musi wciąż pozyskiwać i zatrzymywać przy sobie wiernych – opiera się mimo wszystko na zupełnie innych podstawach.
Już sama obecność w kulturze siły niezależnej zarówno od polityki, jak i rynku (choć w historii różnie z tą niezależnością bywało) wydaje się istotna. W świecie zaś, w którym polityka i rynek dominują coraz bardziej, stanowi wartość, której ochrona jest ze wszech miar godna wysiłku (przy czym nie tylko nie wyklucza, ale wręcz zakłada krytycyzm wobec chronionego i dążenie do zniwelowania trawiących go patologii).
I po trzecie – pomimo skandali, afer i mroków – papież, człowiek (przynajmniej teoretycznie) oddany bez reszty rzeczywistości nie ludzkiej, lecz boskiej, jest wciąż mniej lub bardziej uświadomionym symbolem nadziei, że gdzieś tam, najdalej, ale i najbliżej, jak to tylko możliwe, istnieje jakaś ostateczna prawda. Że życie nie sprowadza się li tylko do materii i energii, fizyki i ewolucji, ale wypływa z przepełnionego miłością i sensem Źródła. Że gdzieś, u końca czasów, śmierć i cierpienie, okrucieństwo i zło nie będą jednak miały ostatniego słowa.
Ktoś, kto całe swoje życie poświęca głoszeniu tej dobrej nowiny, kto bierze w nawias doczesność, żeby świadczyć o wyzwalającej mocy miłości i ofiary, kto staje się szafarzem obietnicy, która ongiś zmieniła oblicze świata – otóż ktoś taki fascynuje i przyciąga uwagę. I to zupełnie niezależnie od tego, czy się w głoszoną przezeń nowinę wierzy, czy nie, czy też może nie wierzy, ale w głębi duszy by się jednak trochę wierzyć chciało.
Po prostu, już sama obecność kogoś, kto wierzy bez reszty, napawa otuchą. Przy czym najważniejsza, rozstrzygająca jest tutaj wiarygodność. Świat pełen jest ludzi – Kościół, jak wiadomo, również – którzy robią zupełnie coś innego, niż mówią. Człowiek spójny życiowo i myślowo intryguje, bo jego spójność jawi się jako rękojmia sprawy, o którą walczy. W zajmującym nas tutaj przypadku sprawa ta streszcza się zaś w tyleż prostym, co potężnym przesłaniu: nie wszystko stracone!
Zwłaszcza w czasach pogłębiającego się chaosu, niepewności i braku poczucia bezpieczeństwa jest to komunikat, którego wielu z nas coraz bardziej potrzebuje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















